Cicha prawda natury. „To wprost niewiarygodne"Cicha prawda natury. "Po dniu, czyli domenie człowieka, następuje „druga zmiana”. To czas należący do zwierząt"

Choć w „Przyrodzie miasta” nie ma pompatycznych słów o „płonącej planecie”, to nawet najmłodszy czytelnik nie będzie miał wątpliwości, że miasto jest ekosystemem fenomenalnym.
Lubię spacerować po lasach i parkach. Czasem bardzo potrzebuję spędzonych tam chwil. Szkoda, że tak często, gdy już cisza, spokój i pogoda niemal przybliżają mnie do błogości, czar pryska. I strasznie się wkurzam.
Nie rozumiem takich ludzi. Zostawiają puszki, kapsle, pety, opakowania po batonikach i resztę tego szmelcu. Nie dostrzegają, że robią coś naprawdę paskudnego. Jakby przychodzili nad jezioro specjalnie po to, by zostawić śmieci swojej duszy. Bo przecież każdy ją ma.
A może tak drażniące mnie śmiecenie w lasach dla niektórych stało się jakąś perwersyjną normą kulturową?
Odwieczny instynkt życia
W dzieciństwie nie czytałam książeczki Elżbiety Kozłowskiej „Przyroda miasta” (Nasza Księgarnia 1988). Ostatnio zamówiłam ją przez internet.
Kozłowska pisze: „To wprost niewiarygodne, ile zwierząt żyje w naszych mieszkaniach, zimuje na strychach i w piwnicach, gnieździ się na budynkach, a także zasiedla miejskie parki i zbiorniki wodne. Bo gdziekolwiek istnieje najmniejsza możliwość osiedlenia się – zaraz pojawiają się tam istoty żywe”.
Nie wszystkie żyjątka są miłe i przyjazne. Choć minęły lata, pamiętam dziecięcy strach przed mrówkami faraona, które – byłam o tym przekonana – w chwili nieuwagi można było skonsumować. I wciąż pamiętam swą desperacką walkę z prusakami w jakimś studenckim mieszkaniu.
