Afera katarska. Brukselski system korupcjiAfera katarska. "Pokazuje ona, że w unijnych instytucjach niemal oficjalnie działa system korupcji"

Informacje ze śledztwa, które pełznie pod dywan, ledwie sączą się w mediach i pewnie są przekazywane przez podejrzanych prawników, którzy urabiają opinię.
Pieniądz lubi ciszę. To powiedzenie pasuje do afery brukselskiej, dla zmylenia zwanej katarską. Po co Europejczykom łapówkarskie brudy mają się kojarzyć z Unią? Lepiej z Katarem. Nie można dopuścić do tego, by poddani pomyśleli coś złego o władcach, więc choć od ujawnienia skandali minął ponad rok, choć żarna sprawiedliwości coś mielą, wszystko toczy się tak wolno i w tak sennej atmosferze, iż wiadomo, że chodzi o to, by afera łapówkarska nie zakłóciła święta demokracji – miłej atmosfery czerwcowych wyborów do PE.
Nie chodzi tylko o to, że władcy Unii chcą zamilczeć aferę, lecz także o niezborność unijnej opozycji – ugrupowań, które od lat przyglądają się w PE, jak Europejska Partia Ludowa oraz socjaliści kroją i dzielą miedzy sobą Europę. Ot, chociażby można się pochwalić, że po raz kolejny uchylono immunitet Evie Kaili, socjalistce, bohaterce katarskiej afery, byłej wiceprzewodniczącej PE. Tym razem nie chodzi o oskarżenia o to, że brała pieniądze od różnych państw za robotę na ich rzecz w Brukseli, lecz o oszustwa związane z wydatkami tabunów jej współpracowników, w związku z czym miała wyłudzić 120–150 tys. euro. Za głosował nawet jej kolega od afery, belgijski europoseł Marc Tarabella, również podejrzewany o łapówkarstwo.
