Zmęczony człowiek i władza. Nieudana prezydentura?Zmęczony człowiek i władza. "Demokraci stoją przed perspektywą nieudanej prezydentury, zaledwie rok po jej rozpoczęciu"

Jeśli prezydent jakoś dotrwa do końca kadencji, to głównie dzięki temu, że demokraci nie mają innych kart, którymi mogą zagrać.
Joe Biden miał wprowadzić nową jakość do amerykańskiej polityki. Po dziesięciu miesiącach jego urzędowania w Białym Domu widać, że nic z tego nie będzie. Prezydent demokrata pozuje na przywódcę, którym ewidentnie nie jest.
6 dol. za 100 sztuk. Tyle kosztują naklejki, które od kilku miesięcy robią furorę na amerykańskiej platformie sprzedażowej Amazon. Widnieje na nich podobizna prezydenta Joego Bidena z napisem: „Ja to zrobiłem!” (I did that!). Niezadowoleni z drożyzny Amerykanie przyklejają je do towarów w supermarketach lub pomp na stacjach benzynowych, gdzie cena benzyny oscyluje między 3,5 a 4 dol. za galon. Kampania naklejkowa stała się prawdziwym hitem na TikToku, podobnie jak okrzyki „Dawaj, Brandon!” (Let’s go, Brandon!), które często witają Bidena, gdy przemieszcza się po kraju. Tak było m.in. w miniony wtorek, gdy prezydent USA pojawił się w Woodstock w stanie New Hampshire, by promować opiewający na ponad bilion dolarów pakiet infrastrukturalny, który udało mu się (z wielkim trudem) przepchnąć przez Kongres. A kimże jest ten tajemniczy Brandon?
Wszystko zaczęło się 2 października w Alabamie. Po wyścigu samochodowym NASCAR zwycięski kierowca Brandon Brown udzielał wywiadu telewizji NBC. Stojący za nim fani coś krzyczeli. Reporterka stacji Kelli Stavast uznała, że jest to: „Dawaj, Brandon!”. W rzeczywistości jednak krzyczeli „Pieprzyć Joego Bidena!” (Fuck Joe Biden). Od tego czasu pierwsze, niewinne hasło stało się synonimem tego drugiego. Korzystają z niego nawet politycy. Republikański kongresmen z Karoliny Południowej Jeff Duncan nosił maskę z napisem „Let’s Go Brandon” podczas posiedzenia Izby Reprezentantów. Teksański senator Ted Cruz pozował z napisem „Let’s Go Brandon” na World Series, czyli meczach finałowych amerykańskiej ligi baseballu. Użył go nawet pilot Southwest Airlines podczas lotu z Houston do Albuquerque, zmuszając linię lotniczą do wystosowania oficjalnych przeprosin.
Demokraci są oburzeni, choć obrażanie prezydentów nie jest niczym nowym w historii USA, a hasła rzucane w ich stronę były w przeszłości zdecydowanie bardziej dosadne. John Quincy Adams uzyskał przydomek „sutener” (pimp), Martin van Buren był nazywany „Martin van Ruin”, a Abraham Lincoln „gorylem”, nie wspominając o Groverze Clevelandzie, na którego widok protestujący skandowali: „Ma, Ma, Where’s my Pa?” (Mamo, mamo, gdzie jest mój tato?), bo krążyły pogłoski, że ma nieślubne dziecko.
Na krawędzi porażki
Demokraci zresztą sami rozkręcili podobną kampanię za prezydentury Donalda Trumpa, gdy rozdawali naklejki i rozwieszali banery z napisem „Nie mój prezydent”(Not my president). Oburzenie obozu Bidena zresztą ma przykryć to, co kryje się za oddolną kampanią przeciwko niemu. Jest to rosnące niezadowolenie z powodu inflacji, stagnacji płac, kolejnej fali pandemii COVID-19 i bezrobocia, wyrażające się w spadających notowaniach prezydenta i zwiastujące katastrofę demokratów w wyborach uzupełniających do Kongresu w 2022 r. Jak wynika z sondażu opublikowanego w minioną niedzielę w dzienniku „The Washington Post”, tylko 41 proc. Amerykanów pozytywnie ocenia prezydenturę Bidena (w innym sondażu tydzień wcześniej, dla „USA Today”, było to 38 proc.). 52 proc. jest przeciwnego zdania. Co gorsza, 51 proc. zadeklarowało, że w wyborach do Kongresu zagłosuje na kandydatów republikanów. O 10 proc. mniej poprze demokratów, a reszta jest niezdecydowana. Ponadto, jak wynika z odrębnego sondażu instytutu Morning-Consult opublikowanego na portalu Politico, 48 proc. amerykańskich wyborców uważa, że Joe Biden nie jest wystarczająco sprawny umysłowo, by sprawować urząd prezydenta, przeciwnego zdania jest 46 proc. Pogłoski o rzekomej demencji gospodarza Białego Domu krążą od dawna, a obrazki pokazujące, jak drzemie na początku listopada podczas konferencji klimatycznej COP26 w Glasgow, tylko podsyciły te spekulacje.
Według dziennika „The Boston Herald” demokratów czeka na jesieni przyszłego roku polityczne „trzęsienie ziemi, żeby nie powiedzieć tsunami”.
Ale czy ktokolwiek jest zaskoczony? Biden potyka się o własne nogi, nie kontroluje niczego, nawet własnej partii. Po dziesięciu miesiącach rządzenia balansuje na krawędzi porażki
– twierdzi gazeta.
Rzeczywiście, wewnętrzne spory u demokratów storpedowały ambitny program prezydenta. Dwa pakiety ustaw utknęły w Kongresie. Jeden, ten infrastrukturalny, udało mu się w końcu przepchnąć, drugi – klimatyczno-społeczny o nazwie Build Back Better Act – wciąż czeka na głosowanie w Izbie Reprezentantów. Miał on spełnić główne wyborcze obietnice Bidena, ale zderzył się ze sprzeciwem bardziej umiarkowanych demokratów w Kongresie. Po trwających wiele tygodni sporów z 3,5 bln dol. wydatków (m.in. 550 mld dol. na transformację amerykańskiej gospodarki pod kątem ekologii oraz ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi) została zaledwie połowa. Nie ma też pewności, że gdy pakiet przejdzie przez Izbę Reprezentantów i trafi do Senatu, nie utknie tam ponownie. Dwoje senatorów demokratów Joe Manchin i Kyrsten Sinema uważa bowiem, że uchwalenie reformy wpłynie negatywnie na inflację (wydatki mają być finansowane przez podwyżkę podatków) oraz rosnący dług publiczny USA. Manchin reprezentuje bogatą w węgiel Wirginię Zachodnią i ani myśli pozwolić na wygaszanie przemysłu węglowego. Demokraci mają tylko 50 na 100 mandatów w izbie wyższej, bitwa o postępowy okręt flagowy demokratów jest więc wciąż daleka od rozstrzygnięcia.
Caryca granicy
Jeszcze przed kłótnią o pieniądze Biden zaliczył wiele spektakularnych błędów i gaf. Było pospieszne i katastrofalne wycofanie wojsk USA z Afganistanu – tylko po to, by udowodnić światu, a przede wszystkim wyborcom, że Biden jest gotów skupić się na innych priorytetach, to znaczy na jednym, czyli Chinach. Bez względu na koszt. Tę porażkę Biden usiłował na dodatek sprzedać jako sukces. Na początku tego roku, kiedy coraz więcej Amerykanów było zaszczepionych, demokraci uwierzyli, że koszmar pandemii COVID-19 jest już za nimi. Biden wskazał 4 lipca (Święto Niepodległości) jako dzień, w którym Amerykanie będą mogli już na dobre wrócić do normalnego życia. Odejście pandemii w niepamięć miało być wielkim sukcesem prezydenta USA.
Ale potem pojawił się wariant delta, liczba zakażeń koronawirusem – oraz zgonów – zaczęła ponownie rosnąć. Do tego doszły inflacja i rosnąca frustracja Amerykanów postępową agendą Partii Demokratycznej. W Wirginii próba zmuszenia rodziców do tego, by godzili się na lekcję krytycznej teorii rasowej oraz toalety przyjazne osobom trans w szkołach, doprowadziła do przegranej demokratów w wyborach na gubernatora. Biden i jego ekipa nie rozwiązali także kryzysu na granicy z Meksykiem, choć była to jedna z głównych obietnic, które złożył podczas swojej kampanii prezydenckiej. Miało być humanitarnie, postępowo, otwarcie. Skończyło się na obozach deportacyjnych, gdzie migranci są przetrzymywani w urągających godności warunkach. W 2020 r. na granicy z Meksykiem schwytano ponad 1,7 mln nielegalnych migrantów. To rekord w historii USA.
Ochrona granic jest oficjalnie zadaniem wiceprezydent Kamali Harris, zwanej złośliwie „carycą granicy”, ale nawet sekretarz bezpieczeństwa krajowego Alejandro Mayorkas nie potrafił w rozmowie z dziennikarzami „New York Post” wyjaśnić, jak Harris się wywiązuje z tego zadania i czym się właściwie zajmuje. „Spotkaliśmy się kilka razy” – zaznaczył. Ile razy? Tego jednak nie potrafił powiedzieć ani tego, czego dotyczyły ich rozmowy. Według amerykańskich mediów Harris jest zresztą coraz bardziej odsuwana na bok przez ekipę Bidena. W ostatnim czasie to nie ona, ale sekretarz stanu Antony Blinken prowadzi negocjacje z Meksykiem czy Gwatemalą w sprawie nielegalnej migracji. Harris jest wysyłana do wyborców na prowincji, na pierwszy ogień. To na niej ma się skanalizować gniew Amerykanów, który powoduje, że Biden dołuje w sondażach. Harris okazała się zresztą bardziej niż przeciętnym, a zarazem nad wyraz aroganckim politykiem. W rozmowie z prezenterem NBC Lesliem Holtem porównała wizytę na granicy z Meksykiem do podróży do Europy. „Tam też nie byłam, i co z tego?” – zapytała.
Jak Jimmy Carter?
W skrócie: demokraci stoją przed perspektywą nieudanej prezydentury, zaledwie rok po jej rozpoczęciu. Biden także jest tego świadomy. Chcąc przekonać demokratów do poparcia Bulid Back Better Act w Kongresie, dawał im do zrozumienia, że jego prezydentura „od tego zależy”. Jak przekonuje amerykański „Newsweek”, uchwalenie pakietu legislacyjnego dawałoby Bidenowi szanse na odbudowę nadszarpniętego wizerunku przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu planowanymi na przyszłą jesień. Przepchnąć ustawy, zacząć wypłacać zasiłki i może nie będzie tak źle. W końcu ponad połowa Amerykanów (53 proc.) popiera zawarte w pakiecie świadczenia socjalne oraz działania klimatyczne. Jeśli demokraci mieliby przegrać te wybory i stracić Kongres na rzecz republikanów, byłaby to zresztą ostatnia ambitna legislacja, którą Bidenowi udałoby się przepchnąć. Dlatego jest mu tak spieszno.
W tle majaczy widmo odwetu za impeachment Trumpa. Partia Republikańska mogłaby postawić Bidena w stan oskarżenia z powodu klęski w Afganistanie lub fatalnego zarządzania kryzysem na granicy. Sam Trump też nie próżnuje i już teraz prowadzi kampanię przed wyborami prezydenckimi w 2024 r. Jest to duże obciążenie dla Bidena, bez względu na to, czy były prezydent ostatecznie w nich wystartuje, czy nie. Niektóre media za oceanem porównują Bidena do innego demokratycznego prezydenta – Jimmy’ego Cartera, który rządził tylko jedna kadencję i wsławił się nieudaną próbą ratowania amerykańskich zakładników w Iranie w 1980 r. Biden może skończyć podobnie, bo ma 79 lat i jest bardziej niż wątpliwe, czy będzie ponownie startował w 2024 r.
Najlepszym argumentem za prezydenturą Bidena było to, że mógłby być swego rodzaju arbitrem – skromnym, spokojnym politykiem, przywracającym Amerykanom poczucie normalności w chwili wyjścia z pandemii. Zamiast tego wykazał się brakiem kompetencji, jak w przypadku Afganistanu, i dał się sterroryzować lewicowemu skrzydłu demokratów, co skłoniło go do podjęcia próby przepchnięcia prawie całości postępowej agendy partii przez Kongres w mniej niż rok. Nie na to głosowali Amerykanie, oddając przy urnach głos na Bidena
– czytamy na łamach „Boston Herald”. Zdaniem gazety „Amerykanie albo wzmocnią, albo obalą tę prezydenturę na przestrzeni najbliższych 12 miesięcy”. A jeśli prezydent jakoś dotrwa do końca kadencji, to głównie dzięki temu, że demokraci nie mają innych kart, którymi mogą zagrać, bo „wiceprezydent USA Kamala Harris byłaby jeszcze gorszym wyborem”. Dlatego uporczywie utrzymują się pogłoski, że demokraci w prawyborach w 2024 r. postawią na obecnego sekretarza transportu Pete’a Buttigiega, zamiast na Harris. Według „New York Post” relacja Bidena z wiceprezydent jest „wysoce dysfunkcyjna”, a demokraci uważają, że jej zdolności przywódcze są żadne. „Byliśmy przekonani, że Harris podejmie kroki, by poprawić los migrantów na granicy, ale ona po prostu zniknęła” – zaznaczył Fernando García, dyrektor Granicznej Sieci na rzecz Praw Człowieka (Border Network for Human Rights) w rozmowie z CNN.
Artykuł z 47/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
