Wszyscy przeciw Orbánowi. O prawyborach węgierskiej opozycjiWszyscy przeciw Orbánowi, czyli o prawyborach węgierskiej opozycji. "Konflikt przed drugą turą prawyborów rozwija się z impetem"

Nim lewicowo-zielono-prawicowej opozycji przyjdzie się w kwietniu na serio zmierzyć z Orbánem, to wcześniej sama musi się wykazać trudną sztuką wydobywania się z permanentnych kryzysów.
Węgierskie opozycyjne prawybory są ciekawe przez to, że budując polityczną siłę antyorbanowskiej opozycji, po raz pierwszy organizacyjnie zjednoczonej od lewa do prawa, obnażają zarazem nieuchronne grzechy i sprzeczności tego rodzaju konstrukcji.
Pierwszą turę prawyborów węgierskiej opozycji wygrała 49-letnia Klára Dobrev (35 proc. głosów) – socjalistka, wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego, przed 46-letnim Gergelyem Karácsonyem (27 proc. głosów) – zielonym burmistrzem Budapesztu. W kwietniowych wyborach na Węgrzech ktoś z tej pary wystąpi zatem w roli głównego politycznego wroga i rywala Viktora Orbána, od 12 lat nieprzerwanie sprawującego na Węgrzech rządy osobiste, coś w rodzaju zmodernizowanego pryncypatu.
Wszyscy przeciw Orbanowi
Same prawybory są – jak na razie – sporym sukcesem organizacyjnym sześciopartyjnej opozycji, skoro do zaimprowizowanych namiotów prawyborczych pofatygowało się aż 634 tys. przeciwników rządów Fideszu. Jak piszą węgierskie gazety, jest to liczba dwukrotnie przekraczająca oczekiwania samych polityków. Widać, że po raz pierwszy od przeszło dekady opozycja ma szansę wystąpić w wyborach w roli realnego konkurenta Orbána, a nie wyłącznie śmiesznego tła, no i chłopca do bicia, z racji swej bezsilności dość poręcznego dla potężnego przywódcy prawicy.
Ale węgierskie opozycyjne prawybory są ciekawe przez to, że budując polityczną siłę antyorbanowskiej opozycji, po raz pierwszy organizacyjnie zjednoczonej od lewa do prawa, obnażają zarazem nieuchronne grzechy i sprzeczności tego rodzaju konstrukcji. Wszyscy przeciw Orbánowi – oto cały plan, na którym trzyma się dziś konstrukcja wspólnoty węgierskiej opozycji. Ten eksperyment polega na wspólnym marszu partii, środowisk i liderów skonfliktowanych ideowo, często się nienawidzących, a nawet marzących o wykończeniu się nawzajem, na dodatek pozbawionych wspólnego planu politycznego poza jednym: pozbawieniem władzy Orbána i „deorbanizacją” kraju (cokolwiek miałaby ona oznaczać). No i jeszcze w planie maksimum – przyszłym zamknięciem Orbána w kryminale – gdzie jak dość bezceremonialnie zapowiada mu przywódca prawicowego Jobbiku Peter Jakab:
Viktor wśród więźniów łatwo może się stać Viktorią
Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że te węgierskie realia mogą wiele mówić o bardzo dziś problematycznej polskiej wizji wspólnego marszu po władzę Bosaka, Czarzastego, Gowina, Hołowni, Kosiniaka-Kamysza, Tuska, i kogo tam jeszcze.
W drugiej turze węgierskich prawyborów Karácsony wydaje się mieć nieco większe szanse od swej przeciwniczki. Tym bardziej że udało mu się zyskać wycofanie się i poparcie ze strony innego kandydata – Pétera Márki-Zayego, nieznanego poza Węgrami burmistrza miasteczka powiatowego nad Cisą, który zyskał trzecie miejsce i świetny wynik 20 proc. głosów, przedstawiając się jako rozczarowany Fideszem „katolicki prawicowiec”. Ale to właśnie ów alians dwóch burmistrzów wywołał prawdziwą furię po stronie kluczowych w całej opozycyjnej grze stronników pani Dobrev. W całym bowiem urzędniczo-politycznym życiorysie owej pół Bułgarki, pół Węgierki jest tak naprawdę tylko jeden fakt o wielkiej politycznej doniosłości.
Jest ona trzecią żoną Ferenca Gyurcsánya – byłego premiera, byłego szefa partii postkomunistycznej, dysydenta z tej formacji i twórcy Koalicji Demokratycznej. A przy tym jedynego obok Orbána lidera na węgierskiej scenie z podobną do przywódcy Fideszu determinacją w działaniu i talentem politycznym. To ( jak wszyscy wiedzą) ten sam Gyurcsány, który w 2006 r. wygłosił osławioną tajną „mowę z Őszöd”, której emisja w węgierskim radiu wywołała rewoltę uliczną w Budapeszcie, spalenie gmachu telewizji, utratę władzy przez lewicę i objęcie rządów przez Orbána. Od tamtego czasu przekleństwem tego najbardziej obok Orbána utalentowanego węgierskiego polityka jest jego wyborcza nieobieralność. Ale jako że Gyurcsány od lat pozostaje tak naprawdę spiritus movens antyorbanowskiej opozycji, zamiast siebie wystawia z sukcesem w różnych wyborach… swoją trzecią żonę.
Dla tej niezwykłej polityczno-personalnej taktyki Gyurcsány potrafił zjednać sobie silnego i nieoczekiwanego sojusznika. Stał się nim (wspomniany już wyżej) Péter Jakab – lider Jobbiku, który zręcznie przeflancował swoją partię spod skrajnej niegdyś prawej ściany, z inklinacjami antysemickimi, do zielono-lewicowego sojuszu opozycyjnego, idącego na definitywną wojnę z Orbánem. Jakab – skądinąd Żyd z pochodzenia, którego przodkowie zginęli w Auschwitz – jest typem pragmatycznego cynika, jacy w polityce często odnoszą sukcesy. Jobbik na prawicy był tak zdominowany przez wszechpotężny i świetnie zorganizowany Fidesz, że mógł tam liczyć w najlepszym razie na rolę politycznego klienta Orbána. Tymczasem po wejściu do sojuszu opozycyjnego partia stała się jedyną dobrze zorganizowaną i sprawną strukturą po tej stronie, mogąc liczyć w prawyborach na zdobycie licznych miejsc kandydackich do parlamentu w jednomandatowych okręgach (tych jest na Węgrzech 106). A co za tym idzie, na nieproporcjonalnie spory udział we władzy, w razie gdyby Orbán został jednak w kwietniu pobity.
Sam Jakab też próbował stanąć w prawyborach do walki o kandydaturę na premiera, ale odpadł w pierwszej turze. Jednak o wiele ważniejsze dla Jobbiku jest to, że w rywalizacji o miejsca kandydackie w okręgach jednomandatowych partia już w pierwszej turze prawyborów zdobyła aż 29 nominacji, tylko cztery mniej niż Koalicja Obywatelska Gyurcsánya.
Alians Jobbiku i Koalicji Obywatelskiej
Ci dwaj zatem – Gyurcsány i Jakab, którzy mają wszelkie szanse, by kontrolować dużą większość przyszłej lewicowo-zielono-prawicowej frakcji w parlamencie – związali się taktycznym „sojuszem w sojuszu”. Pikanterii temu aliansowi dodaje to, że w 2006 r. Jobbik był współprowodyrem ulicznej rewolty, która doprowadziła do obalenia rządu Gyurcsánya. Jednak liczy się dzień dzisiejszy. A pozostałe cztery partie opozycyjnego sojuszu to polityczne liliputy, łącznie ze zdegradowaną, a niegdyś potężną formacją postkomunistyczną ( jak w Polsce). Co ciekawe, Dialog, czyli partia burmistrza Budapesztu i lewicowego premiera in spe, to wśród nich superliliput, z poparciem w granicach 1 proc. Więc też Karácsony (choć jest jej szefem) z rzadka się tylko do swej partii przyznaje, stając zaś do prawyborów, ogłosił nawet powołanie innego ugrupowania o nazwie Ruch 99 (ma tu ponoć chodzić o zaufanie 99 proc. Węgrów!).
Dla pełni politycznego szczęścia alians Jakaba i Gyurcsánya potrzebuje jeszcze tylko tego, aby liderką opozycji i kontrkandydatką Orbána została… żona tego ostatniego, bo wtedy trzymaliby wszelkie nici opozycyjne w garści. Nic dziwnego, że ością w gardle stoi im burmistrz stolicy, który choć pozbawiony zaplecza i nie wiadomo już w końcu do jakiej partii należący, ma szanse wygrać prawybory. Te bowiem rozstrzygną się w drugiej turze nie gdzie indziej, jak w Budapeszcie, gdzie opozycja ma nie tylko największe wpływy, ale i największą zdolność mobilizacji zwolenników.
Dwaj alianci atakują więc teraz Karácsonyego za to, że załatwiając sobie wycofanie i poparcie burmistrza Marki-Zayego przed drugą prawyborczą turą, ów „spiskuje za kulisami przeciw zwyciężczyni”. Tak jakby w systemie jednomandatowych okręgów naturalne łączenie sił drugiego i trzeciego przeciw pierwszemu miało być jakąś antydemokratyczną zbrodnią. Ale jest jedna większa „zbrodnia”, za którą burmistrz Budapesztu atakowany jest wewnątrz swego obozu. Otóż pośród przedwyborczych obietnic złożonych przez panią Dobrev dwie są najbardziej głośne: ta, że emeryci mają po obaleniu Orbána dostać po 150 tys. forintów (przykład PiS działa), oraz że orbanowska konstytucja z 2011 r. zostanie unieważniona, bez wymaganej do tego prawnie kwalifikowanej większości parlamentarnej. Bardziej legalistyczny Karácsony ośmielił się nazwać ów ostatni postulat „absurdalną brednią”.
W efekcie znalazł się w ogniu gwałtownej krytyki z dwóch stron. Media związane z Koalicją Obywatelską i Jobbikiem oskarżają go o brak woli zlikwidowania w kraju straszliwych skutków obecnej dyktatury. A gazety i portale prorządowe kpią, że udaje legalizm, a jest jeszcze gorszym totalistą od pani Dobrev. Wszystko jest tutaj jasne. Zarówno Orbán, jak i alians Gyurcsány– Jakab, chciałby prawyborczego zwycięstwa pani Dobrev.
Czy to się uda skleić?
Opozycyjne media gwałtownie podzieliły zatem swoje sympatie. Zwolennicy Karácsonya podkreślają, że wybór Dobrev oznacza de facto nieuchronność kwietniowego zwycięstwa Fideszu i dalsze rządy Orbána aż do 2026 r. Wszyscy bowiem wiedzą, że pani Dobrev to nie jest jakiś samoistny lider, ale po prostu drugie wcielenie Gyurcsánya, czyli skompromitowanego polityka, obalonego niegdyś przez uliczną rewoltę. Dla obozu władzy jej kandydatura jest wyjątkowo łatwa do atakowania. Dopiero co, w 15. rocznicę radiowej emisji „mowy z Őszöd”, główny orbanowski dziennik „Magyar Nemzet” ironicznie dziękował Gyurcsánowi za to, że dzięki niemu Węgrzy do dziś wiedzą, że rządy lewicy oznaczają „kłamstwo w dzień, wieczorem i w nocy”. Jeśli dodać do tego, że sama Dobrev wywodzi się z komunistycznej elity epoki Kádára, to łatwo zrozumieć obawy i namiętności stronników politycznie „czystego” burmistrza Budapesztu.
Na razie konflikt w łonie opozycji przed drugą turą prawyborów rozwija się z prawdziwym impetem. Doszło nawet do tego, że w obronie dobrego imiennie Dobrev (a w zasadzie jej męża) lewicowy dziennik „Nepszava” ogłosił, iż antygurcsanowska rewolta 2006 r. nie była żadnym ruchem demokratycznym, ale „wybrykiem agresywnego motłochu”.
Widać na pierwszy rzut oka, że sklejenie sześciu kompletnie różnych środowisk i liderów, i to po wielu latach politycznej pokuty pod rządami Orbána, jest zadaniem graniczącym z cudem. Węgierski blok opozycyjny może się jeszcze przed kwietniowymi wyborami rozsypać, jeśli Karácsony wygra prawybory, a Gyurcsány i Jakab nie pogodzą się z tego skutkami. Ale nawet jeśli nie nastąpi otwarty rozłam, to węgierską opozycję tak czy owak czeka w najbliższych miesiącach pasmo konfliktów i sporów niemal o wszystko. Nie wiadomo dziś, ile znaczyć może osamotniony politycznie Karácsony, popularny wśród młodej inteligencji budapeszteńskiej, ale wyzbyty instynktu politycznego i niepotrafiący budować własnego obozu. (Nawiasem mówiąc, analogia z Trzaskowskim aż się tutaj narzuca, tyle że Karácsonya wylano z uczelni za niezrobienie doktoratu).
Zapewne z walki o kontrolę nad całą opozycją nie zrezygnują dwaj partyjni macherzy: Gyurcsány i Jakab, których atutem będą liczni zapewne w nowym parlamencie ich partyjni posłowie. Nim więc lewicowo-zielono-prawicowej opozycji przyjdzie się w kwietniu na serio zmierzyć z Orbánem, to wcześniej sama musi się wykazać trudną sztuką wydobywania się z permanentnych kryzysów, jakich w żaden sposób nie zdoła przecież wyminąć.
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
