W Glasgow węgiel nie przejdzie do historiiW Glasgow węgiel nie przejdzie do historii. "Porozumienie 104 państw w sprawie redukcji emisji metanu"

Szefowa Komisji Europejskiej ma ponoć zamiar obwieścić, iż atom i gaz, mimo sprzeciwów „głębokich ekologów”, uznane zostaną w UE za paliwa ekologiczne. To niewątpliwie efekt sojuszu francusko-czesko-polskiego w obronie energii nuklearnej
Wszystko wskazuje, że Glasgow okaże się fiaskiem, gdy idzie o kluczowy aspekt „walki o klimat”, czyli zobowiązania państw co do tzw. neutralności klimatycznej.
Każda kolejna światowa konferencja klimatyczna jest większym i bardziej widowiskowym zdarzeniem medialno-popkulturowym, niźli była poprzednia. Tak samo jest z rozpoczętym dzień przed Wszystkich Świętych szczytem COP26 w szkockim Glasgow. 30 tys. uczestników i obserwatorów oraz 3 tys. dziennikarzy. 400 prywatnych odrzutowców lądujących w Glasgow, dla których brak miejsc parkingowych na tamtejszym lotnisku. Brytyjskie tabloidy pasjonują się tym, kto i skąd nimi przyleciał, a także wyliczają niebotyczne ilości gazów cieplarnianych wyemitowanych przy tej okazji do atmosfery.
Dzięki tabloidom publiczność zainteresowana życiem „wyższych sfer” może się np. dowiedzieć, iż gulfstream właściciela Amazona Jeffa Bezosa przyleciał do Glasgow wprost z urodzin Billa Gatesa, świętowanych na jachcie zakotwiczonym na Morzu Jońskim. I że turecki prezydent Erdoğan zawrócił do Ankary, ponieważ Szkoci nie zapewnili wymaganych przezeń standardów bezpieczeństwa. Na dodatek – to wszystko w symbolicznym kontekście burz, ulew i powodzi („biblijnych” – jak piszą tabloidy), które właśnie nawiedziły północno-zachodnią Brytanię, powodując przerwanie połączeń kolejowych pomiędzy Londynem i Glasgow. A przez wyznawców doktryny „głębokiej ekologii” ogłoszone zostały jeszcze jednym, namacalnym dowodem globalnej katastrofy klimatycznej.
Wydarzeń medialno-popkulturowych nie brakuje więc w Glasgow. Media obiegły (zabawne skądinąd) filmiki i zdjęcia śpiących podczas obrad prezydenta Bidena i premiera Johnsona. Trudno im się zresztą dziwić, zważywszy na to, że obaj pojawili się w Szkocji prosto z rzymskiego, raczej bezowocnego szczytu G20, a z konferencyjnych mów polityków, aktywistów, celebrytów i ekologicznej młodzieży (z przesławną Gretą na czele) wiało niebywałą nudą. Te wystąpienia, które jako najważniejsze czy najciekawsze pojawiły się w sieci, są niemal kropka w kropkę identyczne, niezależnie od tego, czy mówi prezydent USA, młodociana celebrytka, jakiś miliarder albo następca tronu. Motywem przewodnim zawsze są wypowiadane z patosem słowa, iż „nie ma już czasu na słowa, lecz potrzebne są czyny”, oraz namiętne utyskiwania na złych ludzi, z których powodu katastrofa klimatyczna jest coraz bliżej. Sekretarz generalny ONZ Guterres przyleciał, aby konstruktywnie oświadczyć w Glasgow, że „kopiemy własny grób”. Ale bohaterką konferencji stała się upośledzona ruchowo izraelska minister, która nie mogła się dostać na obrady z powodu niedostosowania gmachu do potrzeb ludzi na wózkach.
Obrona lasów, redykcja metanu
O sukces COP26 najgorliwiej zabiega premier Johnson, co zrozumiałe, skoro nazbyt widoczna porażka musiałaby wpłynąć na jego własną pozycję polityczną w kraju. Już jakiś czas przed Glasgow Johnson zmienił swą klimatyczną skórę, przeobrażając się ze znanego sceptyka w neofickiego entuzjastę polityki klimatycznej.
To koniec wielkiej masakry światowych lasów piłą łańcuchową
– oznajmił mediom zaraz po ogłoszeniu deklaracji o ochronie lasów, pod którą podpisało się ( jak dotąd) 128 krajów. Wśród nich leśni potentaci: Rosja, Chiny, Kanada i nawet Brazylia, której prezydent Bolsonaro uznał chyba, iż w ten sposób poprawi swoją reputację zwalczanego przez ekologów „mordercy drzew amazońskich”. Sześciopunktowa deklaracja, której powstanie jest wynikiem osobistych zabiegów Johnsona, to zobowiązanie do zatrzymania w skali globu zmniejszania się powierzchni lasów, najpóźniej do roku 2030. Specjalny publiczno-prywatny fundusz (ok. 20 mld dol.), na który złoży się również sowicie Londyn, ma wesprzeć ochronę lasów w krajach ubogich. Pod deklaracją złożył podpis również premier Morawiecki, co niekoniecznie wzbudzi radość w Lasach Państwowych, czerpiących zyski z gwałtownie rosnących ostatnio cen drewna.
Ale jeśli coś istotnie może się stać postępem polityki ochrony klimatu, to porozumienie 104 państw w sprawie redukcji emisji metanu. Wprawdzie do zakończenia COP26 zostało jeszcze parę dni, ale wiele zdaje się wskazywać, iż to ten akt pozostanie kto wie czy nie jedynym, istotnym krokiem podjętym w Glasgow.
Cała rzecz jest polityczną inicjatywą Bidena, ogłoszoną przezeń w ONZ jeszcze we wrześniu. A fakt, iż to amerykański prezydent jest tu inicjatorem, ma swoje znaczenie, gdyż redukcja emisji metanu to uderzenie w interesy nafciarzy (zwłaszcza tych od złóż łupkowych) oraz przemysłowych ferm hodowli zwierząt, które są przecież „specjalnością” amerykańskiego rolnictwa. Dotychczasowe porozumienia międzynarodowe były wymierzone w dwutlenek węgla, podczas gdy metan, ulatniający się z szybów naftowych i gazowych, wielkich wysypisk śmieci i ścieków oraz przemysłowych hodowli zwierząt, jest drugim gazem wpływającym na ocieplenie atmosfery. Porozumienie z Glasgow zakłada, iż także w jego przypadku nastąpić ma zmniejszenie emisji o 1/3 w ciągu najbliższej dekady. To interesujące, gdyż z jednej strony (niezależnie od poglądu na całą ideologię klimatyczną) miałoby to duży wpływ na zdrowie i jakość życia milionów ludzi, ale z drugiej – nieuchronnie otwiera nowy „front walki”, jakim musi się teraz stać rolnictwo. W przypadku tego porozumienia Morawiecki – jak dotąd – nie złożył swego podpisu.
Polski premier ma tu podwójny kłopot: jeden – z metanem ulatniającym się ze starych polskich kopalń, drugi – z najtańszym i najbardziej popularnym mięsem i wędlinami, które właśnie dlatego są takie tanie, że choć kiepskie w smaku, to jednak produkowane na skalę przemysłową i szpikowane chemikaliami. Metan jest trujący dla ludzkiego zdrowia, wywołuje m.in. miliony przypadków astmy, o czym obszernie pisze się w opublikowanym w sierpniu raporcie ONZ. Emitujące go fermy hodowlane czynią spustoszenie w ziemi, wodzie, powietrzu, ludzkim zdrowiu i jakości życia, na co w Polsce wskazywały dwa dość drastyczne raporty NIK z roku 2013 i 2014.
Z kolei dla bojowników klimatycznych walka z metanem ma tę dodatkową zaletę, iż w przeciwieństwie do CO2 nie osadza się on na długo w atmosferze, a zatem redukcja emisji ma wywołać natychmiastowe i trwałe skutki klimatyczne. Ale jest też druga część prawdy o zwalczaniu metanu. Każda próba realizacji zobowiązania z Glasgow to dodatkowe koszty po stronie nafciarzy, gazowników oraz wielkich ferm hodowlanych. A to oznacza zapowiedź skokowego wzrostu cen benzyny, gazu i mięsa, zwłaszcza tego najtańszego, kupowanego przez niższe i biedniejsze warstwy społeczne. Jednak bez wątpienia perspektywa walki z metanem byłaby impulsem powstrzymującym ekspansję przemysłowego rolnictwa i wspierającym rolnictwo ekologiczne. Tędy zapewne wiedzie trudna politycznie droga do poprawy jakości naszego obecnego jedzenia. Jak widać jasno, polityczna batalia klimatyczna otwiera teraz niebłahe pytania o nasz styl życia, niemające już zgoła nic wspólnego z samą ideologią „walki o klimat”.
Otwarcie przez Bidena kampanii przeciw metanowi nie pozwoli już współczesnemu liberalnemu państwu zachować neutralności, gdy idzie np. o styl odżywiania się społeczeństw. Rządy zostaną zmuszone do wyboru pomiędzy polityką obrony ferm hodowlanych, produkujących żywność przemysłową, schemizowaną, ale tanią, a polityką ekologizacji rolnictwa, skutkującą wzrostem cen żywności. Będzie to wybór kłopotliwy dla każdej formacji politycznej, ale dla partii ludowej, takiej jak PiS, będzie to wybór karkołomny.
Neutralność klimatyczna w praktyce państw
Wszystko wskazuje, że Glasgow okaże się jednak fiaskiem, gdy idzie o kluczowy aspekt „walki o klimat”, czyli zobowiązania państw co do tzw. neutralności klimatycznej. Sierpniowy raport ONZ (firmowany nazwiskami 234 naukowców) dowodzi, iż wypełnienie nadrzędnego „celu paryskiego” (sformułowanego w roku 2015, podczas COP21 w Paryżu), czyli utrzymania wzrostu średniej temperatury w świecie o 1,5 stopnia Celsjusza w stosunku do tzw. ery przedprzemysłowej, jest już całkowicie nierealne. To, że Ziemia się ociepla, jest rzeczą bezsporną. Ale to, w jakim stopniu człowiek w ogóle jest w stanie powstrzymać ten proces, jest ciągle kwestią hipotez z pogranicza nauki i polityki. Niemniej jednak przygniatająca większość nauki i polityki uważa dzisiaj, iż utrzymanie limitu 1,5 stopnia Celsjusza byłoby hipotetycznie możliwe, pod warunkiem likwidacji węgla w skali globu do roku 2030 i „neutralności” w emisji gazów produkowanych przez człowieka przed rokiem 2050.
Chodzi o to, że jak dotąd tylko dwa kraje – Węgry i Izrael – obwieściły w Glasgow, iż przyjmują na siebie takie zobowiązanie. Indie ogłosiły swoją własną drogę do roku 2070. Australia zaakceptowała rok 2050, ale nie zamierza szybko likwidować swych kopalń, przez co traktowana jest jako mało wiarogodna. Dwie emisyjne potęgi – Rosja i Chiny – powstrzymują się od zobowiązań. Chińczycy właśnie zwiększają swoje roczne wydobycie węgla o ponad 100 mln ton, co zresztą zrozumiałe w momencie zaostrzającego się kryzysu energetycznego. Nie przypadkiem w Glasgow nie ma ani Xi Jinpinga, ani Putina. Wylobbowana przez Johnsona deklaracja na temat odejścia od węgla (podpisana także przez Morawickiego) odkłada taką decyzję na dość odległy czas, sięgający aż połowy obecnego wieku, czyniąc ją stosunkowo mało wiarogodną. Brytyjski premier marzył tymczasem, że Glasgow stanie się punktem zwrotnym, w którym „węgiel zostanie przeniesiony do historii”. Taki właśnie slogan ukuł Alok Sharma – minister przewodniczący COP26 z ramienia rządu brytyjskiego. Dziś już jest pewne, że to niemożliwe.
Między strategią a ideologią
Także Polska ma swój udział w owej „niemożliwości”. Po deklaracji złożonej przez prezydenta Jánosa Ádera, iż Węgry mogą odejść od węgla nawet już w roku 2026, Polska pozostaje ostatnim krajem unijnym, który nie wziął na siebie takiego zobowiązania. Morawiecki (zapewne z grzeczności) uznał w swym przemówieniu w Glasgow, iż COP26 jest „kamieniem milowym” dla polityki klimatycznej, ale konsekwentnie przemilczał kwestię polskich zobowiązań w tej materii. I skoncentrował swoją mowę wokół kwestii solidarności bogatych i biednych w ponoszeniu skutków „walki o klimat”. Trudno się zresztą temu dziwić. Polska prowadzi na tym polu swoją własną grę, w której stawką jest skala unijnych ulg i środków pomocowych, które muszą towarzyszyć polskiej zgodzie na wyśrubowany unijny pakiet klimatyczny, nazwany Fit for 55.
Glasgow ma też swojego Czarnego Piotrusia. Został nim czeski premier Babiš, który wykorzystał forum konferencyjne dla całkowitego zdezawuowania tego sztandarowego unijnego programu, który miałby zostać przyjęty w ciągu trzech najbliższych lat. Babiš uznał, iż Fit for 55 to „nie żadna strategia, ale czysta ideologia”, która dla Europy będzie skutkować „zielonym samobójstwem”.
Ta ideologia – mówił czeski premier – otworzy drzwi do władzy ekstremistom, narazi część mieszkańców na ubóstwo energetyczne i wepchnie nas w zależność od rosyjskiego gazu
Niewątpliwie mowa Babiša, choć równie emocjonalna jak wystąpienia najgorliwszych zwolenników doktryny klimatycznej, odbiegała od całej reszty, a przez to była o wiele ciekawsza. Jednak Babiš oddaje właśnie władzę w Pradze po przegranych wyborach, więc nie zostanie już politycznym przywódcą kontestatorów linii klimatycznej, narzuconej przez Komisję Europejską pod wodzą von der Leyen. Stanowisko Babiša w Glasgow to w pewnym sensie paradoks, bo Czechy (w przeciwieństwie do Polski) już dawno podpisały się pod unijnymi celami klimatycznymi. I zapewne to nie Praga, ale Warszawa odegra kluczową rolę w kształtowaniu przyszłego kompromisu co do Fit for 55.
Wskazywałyby zresztą na to najświeższe przecieki z Brukseli, rozpowszechnione zaraz po powrocie von der Leyen z Glasgow. W niedługim czasie szefowa Komisji Europejskiej ma ponoć zamiar obwieścić, iż atom i gaz, mimo ostrych sprzeciwów „głębokich ekologów”, uznane zostaną w Unii (pod pewnymi technicznymi warunkami) za paliwa ekologiczne. Co oznacza, że ich rozwój będzie wspierany politycznie i finansowo przez Brukselę. Do końca 2030 r., czyli w czasie uznanym za okres przejściowy, Komisja miałaby intensywnie wspierać inwestycje w elektrownie gazowe, co oczywiście pozostaje w sprzeczności z planem Bidena co do redukcji emisji metanu.
Gdy idzie o atom, to efekt odniósł niewątpliwie francusko-czesko-polski sojusz w obronie energii nuklearnej. Unijne poparcie dla atomu będzie jednak spektakularną porażką polityki niemieckiej, więc zapewne dla jej osłodzenia Komisja chce uczynić gazowy gest wobec Berlina, rozwijającego właśnie na wielką skalę gazowy import z Rosji. Tak się akurat składa, że oba ustępstwa von der Leyen są dla interesów Polski ze wszech miar pożyteczne. A niemieckiej szefowej Komisji bardzo zależy na nieskonfliktowaniu Polski w kwestii tak politycznie drażliwej jak program Fit for 55.
Artykuł z 45/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
