„Spisek Anglosasów”. "Presja Paryża będzie rodzić podziały"„Spisek Anglosasów”. "Presja Paryża będzie rodzić kolejne podziały i w konsekwencji może sparaliżować NATO"

Frustracja francuskich elit i ich poczucie, że zostały wystrychnięte przez Anglosasów na dudka, nie uzasadnia jednak przyjęcia przez Paryż kursu, który w praktyce pogłębia podziały i faktycznie paraliżuje NATO.
Brytyjski „The Economist” porównał podpisanie przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Australię umowy AUKUS do rzadko oglądanych „tektonicznych zmian w światowej geopolityce”, takich jak kryzys sueski w 1956 r., podróż Nixona do Chin czy upadek muru berlińskiego. Z kolei w Australii pisze się o najważniejszej decyzji geostrategicznej od czasów II wojny światowej.
W Europie reakcja na podpisanie porozumienia AUKUS zdominowana została przez „francuski gniew” z powodu wycofania się Australii z wartego 50 mld euro kontraktu na dostawy 12 okrętów podwodnych typu Shortfin Barracuda napędzanych silnikiem Diesla. Francuski minister spraw zagranicznych Jean-Yves Le Drian nazwał zawarcie tej umowy „ciosem w plecy”, a pytany w wywiadzie telewizyjnym, czy postępowanie Joego Bidena przypomina mu politykę jego poprzednika, odpowiedział, że „za wyjątkiem tweetów”. Paryż zdecydował się wezwać na konsultacje swoich ambasadorów w Waszyngtonie i Canberze, a komentatorzy francuscy otwarcie piszą o kryzysie, a nie konflikcie w relacjach atlantyckich. Umowa zawarta przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Australię prezentowana jest w kategoriach „zmowy Anglosasów”, a w czasie niedawnej wizyty premiera Grecji we Francji Emmanuel Macron powiedział, że „Europa powinna przestać być naiwna” i zacząć budować swą autonomię strategiczną.
W krajach azjatyckich decyzja Waszyngtonu o zawarciu porozumienia AUKUS jest traktowana w kategoriach realnego potwierdzenia reorientacji na Azję amerykańskiej „wielkiej strategii”, w Europie raczej wywołuje ona obawy o przyszłość i skłania do stawiania pytań o siłę więzi atlantyckich.
Paryż wypada z gry
Umowa AUCUS nie dotyczy wyłącznie udostępnienia Canberze technologii budowy atomowych okrętów podwodnych. Jak napisała na łamach „The New York Times” Sylvie Kauffmann, dyrektor wydawnicza „Le Monde”, jej zakres jest na tyle szeroki – obejmuje również transfer zaawansowanych technologii, współpracę wywiadowczą, kwestie związane z bezpieczeństwem w cybersferze czy udzielenie przez Wielką Brytanię wojskowego wsparcia dla Australii – że dla innych spoza tej trójki, przede wszystkim Francji, w układzie nie ma już miejsca.
Paryż ma co najmniej kilka powodów do niezadowolenia. Utrata kontraktu na dostawy okrętów podwodnych nie jest miłą wiadomością, zwłaszcza sześć miesięcy przed wyborami, ale nie to wywołało gniew Francji, która nadal uważa się za mocarstwo mające swe interesy w rejonie Indo-Pacyfiku. Utrzymuje tam cztery bazy wojskowe i posiada kilka wysp, takich jak choćby Reunion czy Majotta. W 2018 r. Paryż opracował swoją strategię obecności w regionie i był głównym orędownikiem tego, aby Unia Europejska również zaczęła być aktywna w tej części świata. Francja, mówiąc w pewnym uproszczeniu, chciała wykorzystać potencjał gospodarczy i polityczny Europy dla realizacji swych geostrategicznych ambicji. Fundamentem, na którym Francja chciała budować, miało być jej partnerstwo z Australią, a kontrakt na dostawę okrętów podwodnych – wisienką na torcie, narzędziem wiążącym na dziesięciolecia Canberrę z Paryżem. Teraz w to miejsce wchodzą Anglosasi, a francuska strategia okazuje się pozbawiona głównego elementu. Co więcej, Europa oprócz dość ogólnych deklaracji Charles’a Michela, który powiedział, że podpisanie umowy świadczy „o braku lojalności i przejrzystości w relacjach między sojusznikami”, jako całość zajęła dość powściągliwe stanowisko.
Zdaniem komentatorów to, co się stało w związku z AUKUS, może wręcz oznaczać powrót do czegoś w rodzaju XIX-wiecznej Wielkiej Gry, rywalizacji mocarstw, w której już na starcie Francja została zdystansowana. To wywołuje frustrację Paryża, tym bardziej że francusko-brytyjskie relacje w szybkim tempie się pogarszają. W ostatnich dniach do starych kontrowersji dołączył ostry spór związany z polityką Londynu w sprawie pozwoleń połowowych dla francuskich rybaków wykorzystujących łowiska u brzegów wyspy Jersey.
Kolejną kwestią wywołującą irytację Paryża jest to, że nie był on informowany o toczących się przez wiele miesięcy rokowaniach w sprawie AUKUS. Tym bardziej że, jak ujawnił doradzający brytyjskiemu resortowi obrony prof. Julian Lindley-French, rokowania między Londynem a Canberrą zaczęły się już wiosną ub.r., a ostatnie szczegóły dopinane były w trakcie tegorocznego czerwcowego szczytu państw G-7 w Kornwalii. Przy czym, jak napisał Lindley-French, rozmowy toczone były w takiej tajemnicy, że w Wielkiej Brytanii wiedziało o nich „nie więcej niż 10 osób”. Rzeczniczka Białego Domu Jen Psaki powiedziała co prawda, że rząd Francji był „informowany z wyprzedzeniem” o planowanym porozumieniu, jednak jak relacjonuje „The Washington Post”, który powołuje się na Antony’ego Blinkena, to „wyprzedzenie” oznacza w tym przypadku jeden, co najwyżej, dwa dni.
W takiej sytuacji trudno się dziwić irytacji Paryża i słowom szefa francuskiego MSZ Le Draina, który w wywiadzie radiowym powiedział, na co warto zwrócić uwagę, że „to, co mnie również zdumiewa, to zachowanie Amerykanów. Mamy do czynienia z brutalną, jednostronną, nieprzewidywalną decyzją, która bardzo przypomina to, co pan Trump robił kiedyś… Sojusznicy nie robią sobie tego. To raczej nie do zaakceptowania”.
Inne reakcje Francuzów były w podobnym tonie. I tak Gérard Araud, były francuski ambasador w Izraelu oraz w USA, napisał w jednym ze swoich tweetów, że „zważywszy na powagę ciosu dla naszych interesów gospodarczych i strategicznych, jakim było zerwanie przez Australię kontraktu na zakup produkowanych przez francuską firmę okrętów podwodnych, Paryż odczuwa potrzebę zrewidowania swojej polityki zagranicznej na obszarze Indo-Pacyfiku w stosunku do USA i NATO, w stosunku do Chin”. W kolejnym wpisie dodał, że nowe realia międzynarodowej rywalizacji powinny skłaniać Francję do przyjęcia strategii, którą on określił mianem gaulizmu 2.0, polegającej na tym, że Francja pozostanie państwem sojuszniczym, ale niezobowiązanym do podejmowania określonych kroków. „Niektóre konfrontacje nie są nasze” – skonkludował Araud. Aby była jasność, o co chodzi, napisał też, że „postrzegane z Europy Chiny są rywalem, konkurentem, ale nie wrogiem. Geografia ma znaczenie”. Francuski dyplomata i publicysta rozwinął tę myśli w komentarzu w „Le Point”, gdzie napisał m.in., że sposób, w jaki Joe Biden przeprowadził ewakuację Afganistanu, oraz afera z okrętami podwodnymi świadczą o tym, że amerykański prezydent „gardzi Francją i czas wyciągnąć z tego wnioski”.
Możliwy paraliż NATO
Frustracja francuskich elit i ich poczucie, że zostały wystrychnięte przez Anglosasów na dudka, nie uzasadnia jednak przyjęcia przez Paryż kursu, który w praktyce pogłębia podziały i faktycznie paraliżuje NATO.
Niedawna wizyta premiera Grecji Mitsotakisa w Paryżu wskazuje, że wnioski, które chciałaby wyciągnąć Francja, sprowadzają się do postawienia na europejską samodzielność strategiczną. Emmanuel Macron podpisaną z Atenami, wartą 5 mld dol., umowę na dostawę trzech fregat określił mianem „śmiałego pierwszego kroku w stronę europejskiej samodzielności strategicznej”. Jak informuje brytyjski „The Guardian”, oferta Paryża nie była najtańsza, ale o jej wyborze przez Ateny zadecydowały inne względy, w tym deklaracje o wsparciu, w razie potrzeby, Grecji przez francuskie siły zbrojne. Precedens w tym zakresie był już uczyniony w 2020 r., w czasie ostrej fazy konfliktu Aten z Ankarą na tle sporu o podwodne pokłady ropy naftowej i gazu ziemnego. Dwustronna umowa wojskowa, którą zawarły dwa państwa będące członkami NATO, wymierzona w trzeciego członka Paktu Północnoatlantyckiego raczej nie wzmocni spoistości tego sojuszu.
Jeśli na tym ma polegać „europejska suwerenność strategiczna”, to presja Paryża na obranie przez Europę tej drogi nie tylko nie spotka się z poparciem, ale wręcz przeciwnie, będzie rodzić kolejne podziały i w konsekwencji może sparaliżować NATO. W tym sensie oceny Emmanuela Macrona o „mózgowej śmierci NATO” mogą się okazać samospełniającą się, w wyniku polityki Paryża, przepowiednią.
Premier Grecji w Paryżu określił francuską wizję budowy europejskich sił zbrojnych w ramach suwerenności strategicznej mianem „dojrzałej propozycji”, a także dodał, że „nasza umowa toruje drogę do autonomicznej i silnej Europy przyszłości. Europy, która może bronić swoich interesów w swoim szerszym sąsiedztwie, na Morzu Śródziemnym, na Bliskim Wschodzie, w Sahelu”.
Mamy tu do czynienia z nieprzypadkowym pominięciem kwestii sytuacji na wschodniej flance NATO i relacji z Rosją. Zarówno z punktu widzenia Paryża, jak i Aten Moskwa powinna zostać wciągnięta do europejskiej polityki bezpieczeństwa, a główne zagrożenia nie są związane z agresywną polityką Putina. Choć obydwaj politycy w swej retoryce akcentowali, że silniejsza Europa będzie lepszym partnerem dla Stanów Zjednoczonych, to konsekwencje zaproponowanych przez nich posunięć mogą być odmienne od deklaracji. Porozumienie dwóch państw członkowskich Paktu Północnoatlantyckiego, wymierzone w innego członka tego sojuszu (Turcja), nieuwzględniające ocen w zakresie bezpieczeństwa państw Północy i wschodu Europy, budowane w kontrze do amerykańsko- brytyjskiej inicjatywy w rejonie Indo-Pacyfiku raczej nie wzmocni NATO.
Konsekwencje geostrategiczne
Eksperci francuscy, tacy jak dyrektor Instytutu Studiów Strategicznych Bruno Tertrais, podnoszą jeszcze jeden istotny wątek. Otóż sprzedaż atomowych okrętów podwodnych Australii może być uznana za złamanie porozumień w sprawie nierozprzestrzeniania broni atomowej. Rosyjscy specjaliści wręcz uważają, że brytyjskie i amerykańskie technologie, oparte na wykorzystaniu wysoko wzbogaconego paliwa uranowego, umożliwiają państwu, które wejdzie w posiadanie tego rodzaju reaktora, szybką budowę własnej bomby atomowej. Tertrais wprost napisał, że Francja, mimo iż w przeszłości podlegała presji ze strony swych partnerów w rodzaju Brazylii, nie zdecydowała się na kontrakt przewidujący sprzedaż okrętów o napędzie atomowym właśnie z tego powodu. James Acton z Carnegie Endowment, wypowiadając się w tej sprawie, napisał, iż wprowadzenie ponownie tej kwestii do agendy debaty światowej może dodatkowo pogłębić podziały.
Jednak geostrategiczne następstwa porozumienia AUKUS wydają się znacznie poważniejsze niż kwestie związane z francuską polityką przemysłową czy zagrożenia dla nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Ulrich Speck, wpływowy niemiecki komentator i dziennikarz zbliżony do chadecji, napisał, że zawarcie porozumienia AUKUS może być uznane jako sygnał płynący z Waszyngtonu, iż administracja Bidena „porzuciła nadzieję, że Europa, szczególnie Francja i Niemcy, będą kluczowymi partnerami w amerykańskiej strategii powstrzymywania Chin”. W jego opinii Waszyngton zniecierpliwiony opieszałością Europy przyjął propozycję Australii i Wielkiej Brytanii gotowych pogłębić współpracę wojskową, a cenę, jaką za ten krok przyjdzie zapłacić, którą będzie „frustracja Francji”, uznał za niezbyt wygórowaną.
Eksperci anglosascy odrzucają zresztą oskarżenia płynące z Europy, że Francja, jak oświadczyła Ursula von der Leyen, „została potraktowana nie fair”. Andrew Small z German Marshall Fund przypomniał, że w grudniu ub.r. przedstawiciele nowej amerykańskiej administracji, która jeszcze nie sprawowała władzy, a konkretnie Jake Sullivan, publicznie proponowali państwom Europy, przede wszystkim Niemcom i Francji, aby te przeprowadziły konsultacje sojusznicze, zanim w przyspieszonym tempie podpiszą umowę z Chinami. Wówczas, jak napisał Small, postawa największych stolic Europy, które zdecydowały się zlekceważyć głosy płynące z Waszyngtonu, przedstawiana była jako triumf „strategicznej autonomii” Europy, a wszelkie sugestie, aby poczekać z umową z Chinami do objęcia urzędowania przez ekipę Bidena, były odbierane w Europie wręcz w kategoriach afrontu. Teraz, kiedy Waszyngton zaczął energicznie realizować politykę koncentrowania swej uwagi na rywalizacji z Chinami, nie przejmując się interesami państw europejskich, ta retoryka uległa zdecydowanej zmianie.
Henry Foy, komentator „The Financial Times”, napisał, że porozumienie AUKUS uświadomiło w wielu stolicach europejskich, że „jest tylko kwestią czasu” wycofanie przez Amerykanów kolejnych sił z Europy i przerzucenie ich w rejon Indo-Pacyfiku. To oznacza, że Europa będzie zmuszona do budowy własnych zdolności wojskowych, ale bez Ameryki, w kontrze do jej polityki, nie będzie w stanie tego w dającej się przewidzieć przyszłości osiągnąć. W praktyce oznacza to, że droga proponowana przez Paryż nie tylko nie prowadzi do wzrostu bezpieczeństwa naszego kontynentu, ale mnożąc podziały i spory, dodatkowo osłabia siły NATO.
Artykuł z 40/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
