Przemytniczy biznes. bezlitośnie wykorzystywani migranciPrzemytniczy biznes. "Te historie dobitnie pokazują, jak bezlitośnie wykorzystywani są migranci"

W Iraku niemal każdy ma kogoś w rodzinie lub wśród znajomych, kto próbował dostać się w nielegalny sposób na teren Unii Europejskiej. To temat, który na Bliskim Wschodzie nie jest żadną tajemnicą.
Irak, Syria i Afganistan – to głównie obywatele tych krajów szturmują od wielu tygodni polską granicę przy wsparciu białoruskich służb. Nikt rozsądnie myślący nie ma wątpliwości, że to element wojny hybrydowej. Przyznają to także przemytnicy ludzi, z którymi rozmawialiśmy, przebywając na Bliskim Wschodzie.
W Iraku niemal każdy ma kogoś w rodzinie lub wśród znajomych, kto próbował dostać się w nielegalny sposób na teren Unii Europejskiej. To temat, który na Bliskim Wschodzie nie jest żadną tajemnicą. Wręcz przeciwnie: o stawkach, trasach i europejskich miastach, które najbardziej przyciągają migrantów, porozmawiać można niemal z każdym: z kelnerem w restauracji, taksówkarzem czy pracownikiem stacji benzynowej. Najlepiej jednak zawsze pytać u źródła. W tym przypadku u przemytników, którzy tym nielegalnym biznesem trudnią się od lat. Mówią wprost, które trasy są najbezpieczniejsze i najlepiej sprawdzone oraz ile trzeba za taki „kurs do Europy” zapłacić.
Szmuglerski cennik
Stawki zaczynają się od kilku tysięcy dolarów lub euro, a zamykają na nawet kilkunastu tysiącach. Wszystko zależy od tego, jak szybko imigrant chce się dostać do Europy, jakim środkiem transportu, do jakiego kraju i jaką trasą. Nie ma wątpliwości, że ten nielegalny biznes od lat funkcjonuje jak dobrze naoliwiona maszyna. Jeden z przemytników, z którymi rozmawialiśmy, zaproponował nawet zniżkę w przypadku, gdy uda się zebrać większą grupę migrantów, których będzie trzeba przemycić.
Koszty się wówczas rozłożą i nie dość, że stawka dla każdego będzie niższa, to jeszcze ty, jako osoba, która zebrała grupę, zapłacisz dużo mniej
– zapewnił z rozbrajającą szczerością przemytnik.
Z wszystkimi przemytnikami rozmawialiśmy według tego samego schematu: chcemy z irackiego Kurdystanu dostać się do Niemiec. Najniższą stawką, jaka została zaproponowana, było 4 tys. euro. Taką cenę podał co prawda przemytnik z Turcji, ale od razu zaznaczył, że w tym przypadku klient może czekać na „przerzut do Europy” nawet kilka miesięcy. Dodał jednocześnie, że średnia cena mieści się w widełkach 6–9 tys. euro.
Mamy duże doświadczenie w tej branży. Dzięki Bogu, pracujemy w tym biznesie od trzech–czterech lat. W całej naszej działalności, przez całe życie, żaden klient do nas nie wrócił, ponieważ wszystkim udało się dotrzeć do Niemiec
– zachwalał swoje usługi. Ten akurat zaproponował trasę przemytu przez Grecję i Bułgarię. Inny namawiał na przemyt do Polski przez Białoruś, ale zażądał 10–11 tys. dol.
To dla ciebie lepsza opcja, masz 100 proc. gwarancji. Tam, w Niemczech, taką sumę zdobędziesz w ciągu dwóch–trzech miesięcy
– zachęcał przemytnik. Podobnej zapłaty oczekiwał jeszcze inny szmugler za podróż do Niemiec, ale przez Włochy.
Z Iraku do białoruskiego lasu
W Irbilu, stolicy irackiego Kurdystanu, idziemy do kilku biur podróży. Pytamy o wycieczkę i wizę na Białoruś. Gdy nie ukrywamy, że jesteśmy telewizją z Polski, słyszymy, że „to dramatyczne wykorzystywanie ludzi” i że rzecz jasna „akurat to biuro podróży taką działalnością niemal się brzydzi”. Jednak gdy do jednego z biur podróży udaje się nasz arabski współpracownik, od razu zostaje mu zaproponowana wycieczka w pakiecie z wizą za 1250 dol. Widać jednak, że właściciele biur podróży starają się być ostrożni. Gdy pada pytanie:
Czy z Białorusi będzie się można dostać do Niemiec
odpowiedź jest krótka i wymijająca:
Nie wiem. Moja rola to dostarczyć cię na Białoruś
– odpowiada pracownik biura podróży.
Droga przemytu przez Białoruś do Polski nie jest łatwa. To przyznaje większość przemytników, z którymi rozmowy udaje nam się zarejestrować. Poza oczywiście tymi, którzy o problemach nie wspominają ani słowem. Mamią migrantów wizją szybkiego przekroczenia granicy Unii Europejskiej, a ci, może nie wszyscy, ale ich spora część, wierzą im na słowo.
Nie jedziesz sam, tylko z grupą ok. 20 osób. Idziesz z nimi do Polski. Z Polski odbierze cię samochód i zawiezie do Niemiec
– opowiada jeden ze szmuglerów, nie wspominając nawet, że granicy pilnują polscy strażnicy graniczni i żołnierze.
W kontekście polsko-białoruskiej granicy, od wielu tygodni oblężonej przez migrantów, najciekawsza jest jednak rozmowa z innym przemytnikiem, którego pytamy o to, czy białoruskie służby pomagają przy przestępczym procederze. Mężczyzna bez wahania przyznaje, że tak:
Bracie, oni pomagają. Powiedzą ci, że ta droga jest darmowa [droga na granicę – przyp. red.]. Kiedy już tam dotrzesz, nie wypuszczą cię. Dlatego ludzie tam utknęli
– przyznaje przemytnik.
Nie jest zresztą jedynym, który potwierdza, że o ile białoruskie służby pomagają migrantom dotrzeć do granicy, o tyle w wielu przypadkach uniemożliwiają im drogę powrotną. Trudno się oprzeć wrażeniu, że na takie zagrywki musiała zostać wydana zgoda polityczna. Z Mińska na pewno, a prawdopodobnie również z Moskwy. Przemytnik, z którym rozmawiamy, jest wyraźnie zorientowany nie tylko w sytuacji na polsko-białoruskiej granicy, lecz również w jej politycznych przyczynach:
Otworzyli granicę tylko po to, by wywierać nacisk na Europejczyków. Między nimi są problemy
– tłumaczy.
Bez skrupułów
W Irbilu spotykamy się również z kilkoma osobami, które opowiedziały nam o doświadczeniach ich bliskich z przemytnikami. Wszystkie te historie spokojnie mogłyby robić za opowieści do scenariusza filmu akcji.
Jena Badri Habib mieszka w wysokim bloku przy zabytkowej irbilskiej cytadeli. To chyba najbardziej charakterystyczny punkt miasta. Na oko 40-letnia kobieta opowiada nam historię swojego kuzyna, któremu w końcu udało się dostać do Niemiec. W końcu, bo próbował trzy razy. Dwie pierwsze próby skończyły się dosyć groźnie: ukradzionymi przez przemytników pieniędzmi i dokumentami.
Wrócił wtedy do Turcji. Tam został zamknięty w więzieniu, które udało mu się opuścić tylko dzięki jego kuzynowi. Z Turcji wrócił do Iraku. To był drugi raz, kiedy go oszukali. Za pierwszym razem porzucili go w lesie
– opowiada Jena.
Sąsiadka Jeny, Harleen, mieszka na tym samym piętrze z dwójką kilkuletnich dzieci. Opowiada o swojej siostrze, która też na własnej skórze odczuła, co to znaczy być zdanym na łaskę przemytników.
Moja siostra zapłaciła przemytnikom pieniądze, a ci je zwyczajnie ukradli razem z paszportem i zostawili ją w lesie na granicy Grecji i Turcji. Nie dali jej nawet szansy na powrót
– opowiada oburzona Harleen.
Takie historie są niestety dramatyczną normą. Migranci często oddają przemytnikom oszczędności swojego życia, a ci, gdy tylko pojawiają się jakiekolwiek problemy, w najlepszym wypadku porzucają ich jak przedmioty, wcześniej okradając. Są też sytuacje dużo groźniejsze, o których opowiada nam nasz informator.
Mój znajomy zapłacił przemytnikom, a ci zabrali mu paszport i kazali czekać w hotelu w Turcji. Po tygodniu, gdy ten zadzwonił i zagroził, że jeśli dalej nic się nie ruszy, będzie musiał się wycofać, usłyszał od przemytnika: Uważaj! Mam twój paszport i mam broń.
Te historie dobitnie pokazują, jak bezlitośnie wykorzystywani są migranci. Przez przemytników, którzy robią na nich biznes. I przez wielką politykę. Tak było półtora roku temu na granicy grecko-tureckiej. Tak jest teraz na polsko-białoruskiej.
Artykuł z 46/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
