Pokolenie bumerang. "Wygodniej jest mieszkać z rodzicami"Pokolenie bumerang. "Wielu młodych ludzi pozostaje długo bezdzietnymi singlami, którym wygodniej jest mieszkać z rodzicami"

Są realistami, którzy od ideałów, ciężkiej pracy i ambicji wolą atmosferę loftu w pracy i dużo wolnego czasu. Co nie oznacza, że zety nie zajmują się polityką.
Wybuch pandemii COVID-19 i wzrost bezrobocia wśród młodych ludzi wywołał falę tzw. boomerang kids, czyli wymuszonych ekonomicznie powrotów dorosłych dzieci do rodzinnego domu. Już wcześniej widać było jednak trend do coraz późniejszego wchodzenia w dorosłość i samodzielność.
Chrissy Walker miała wielkie plany. 22-latka skończyła w 2019 r. studia, tuż przed wybuchem pandemii COVID-19. Mieszkała w Nowym Jorku wraz z innymi studentami. Patrzyła optymistycznie w przyszłość. Wspólnie ze współlokatorami ukuli hasło, które miało im przewodzić przez cały 2020 r.: „Nasz rok, na pewno!” (Our year, for sure!). Zaczęli szukać pracy, mieszkań. Ale potem uderzył koronawirus. Dziś Walker mieszka u rodziców na przedmieściach Austin w Teksasie.
Czuję się, jakbym nie otrzymała szansy na start w dorosłe życie. Nie wiem co dalej
– skarży się w rozmowie z portalem The Atlantic. 30-letni Eric Rivera, choć starszy pokolenie od Walker, ma podobne odczucia. Planował dalszy rozwój kariery w sektorze big tech, zakup własnego mieszkania i „eleganckich mebli, tylko nowych, nie z drugiej ręki”. Ale w marcu 2020 r. zwolniono go z pracy. Teraz koczuje w piwnicy domu rodzinnego w New Jersey.
Byłem na drodze do bycia prawdziwym dorosłym, a wróciłem, chcąc nie chcąc, do okresu dzieciństwa
– podkreśla. Jedyną zaletą mieszkania z rodzicami jest jego zdaniem „dostęp do zmywarki oraz pralki”.
Kryzys egzystencjalny
Walker i Rivera to przedstawiciele tzw. pokolenia bumerang, 20- i 30-latków, którzy po krótkiej wyprowadzce i próbie usamodzielnienia się wracają pod skrzydła rodziców. Pandemia COVID-19 została optymistycznie nazwana „wielką pauzą” (The Great Pause). Miała dać okazję do przemyśleń, do ponownej oceny życia i priorytetów. Ale dla wielu młodych ludzi stała się przyczyną kryzysu egzystencjalnego: musieli spakować rzeczy i wrócić do rodzinnego domu, gdy stracili pracę (restrykcje sanitarne zablokowały branże z dużym udziałem młodych pracowników – np. restauracyjną, fitness, turystyczną czy eventową) bądź wprowadzono zdalne nauczanie. Kampusy uniwersyteckie opustoszały. Odsetek młodych Amerykanów mieszkających z rodzicami wzrósł w 2021 r. do 52 proc. z 47 proc. rok wcześniej.
Według portalu nieruchomości Zillow, który przeanalizował oficjalne dane amerykańskiego rządu, ok. 2,9 mln młodych dorosłych ponownie zamieszkało z rodzicami lub dziadkami w marcu, kwietniu i maju 2020 r. Większość miała 25 lat lub mniej. Część już wróciła bądź wróci na uczelnię, dla innych przyszłość wygląda bardziej niepewnie. Nie jest to też zjawisko ograniczone do USA, ale wspólne dla świata zachodniego.
26-letni Faissal Sharif, student neurobiologii, miał w 2020 r. odbyć staż naukowy w laboratorium w Imperial College London, ale pandemia przekreśliła tę możliwość. Wrócił więc do rodziców, do małej wioski w kraju związkowym Hesja w Niemczech. Było to dla niego ogromnym rozczarowaniem, bo w wieku 18 lat wyprowadził się z domu. Bronił się przed tym powrotem – jak podkreślił w rozmowie z portalem Deutsche Welle – ale nie miał się jak utrzymać w brytyjskiej stolicy, która „całkowicie opustoszała”.
Nie było ani stażu, ani możliwości znalezienia pracy, ani żadnej rozrywki
– dodał. Większość jego kolegów i koleżanek ze studiów wróciła do rodziców. Nie było ich stać na płacenie wysokich londyńskich czynszów, gdy możliwości znalezienia pracy spadły do zera. Jak podkreśliła w rozmowie z portalem The Atlantic Jennifer Caputo, socjolog z uniwersytetu w Chicago, która przeprowadziła badania wśród „dzieci bumerangów” w Stanach Zjednoczonych, szczególnie u tych, które zostały zmuszone do powrotu do domu rodzinnego z powodu COVID-19, występują objawy depresji.
Niezależność finansowa i społeczna, a także prosty fakt życia we własnej przestrzeni są postrzegane jako ważne kroki na drodze do przejścia w dorosłość. Gdy to się nie udaje, młodzi ludzie tracą nadzieję na przyszłość
– dodała. 27-letnia Ruby Webster jest jedną z 3,5 mln młodych, bezdzietnych Brytyjczyków w wieku 20–34 lat, którzy według dziennika „The Guardian” mieszkali jesienią ub.r. u rodziców. Powrót do rodzinnego domu odczuła jako „nienormalny”. Nie miała jednak innego wyboru, ponieważ straciła pracę w administracji publicznej. Dziś dzieli rodzinny dom w West Yorkshire nie tylko z rodzicami, ale i z młodszą siostrą, która musiała zrezygnować z pokoiku w kampusie, po tym jak wykłady na jej uczelni zostały przeniesione na tryb online.
Według danych amerykańskiego Biura Spisu Ludności (Census Bureau) z 2015 r. aż 82 proc. Amerykanów powyżej 40 lat uważa, że wyprowadzenie się z domu rodziców jest ważnym elementem osiągnięcia stanu dorosłości. Większość respondentów uznała ponadto, że powinno to nastąpić w wieku 21 lat. Tymczasem mniej niż połowa 21-letnich Amerykanów opuszcza rodzinny dom w tym wieku. Większość robi to o wiele później.
Przedłużająca się młodość
Myli się bowiem ten, kto sądzi, że powrót 20- i 30-latków, czyli przedstawicieli pokoleń milenialsów i zetów, pod skrzydła rodziców po kilku latach, a czasem kilku miesiącach samodzielności, jest zjawiskiem nowym lub ściśle związanym z pandemią, choć ona je oczywiście zaostrzyła.
Według danych amerykańskiego Biura Spisu Ludności (Census Bureau) od połowy lat 80. do końca lat 2000 odsetek osób w wieku 25–34 lat mieszkających w USA w rodzinnym domu oscylował w granicach 10–12 proc. Liczba ta zaczęła rosnąć wraz z wybuchem kryzysu finansowego w 2008 r., który pociągnął za sobą wzrost bezrobocia, stagnację płac, wzrost czynszów oraz cen nieruchomości i znaczne zmniejszenie się siły nabywczej Amerykanów. W 2010 r. ponad 13 proc. młodych mieszkało z rodziną, w 2015 r. było to 15 proc., by trzy lata później wzrosnąć do 17 proc. Wraz z wybuchem pandemii COVID-19 ten odsetek ponownie wzrósł. W styczniu Pew Research Centre opublikowało dane, z których wynika, że w minionym roku pandemicznym ponad połowa Amerykanów w wieku 18– 29 lat mieszkała z rodzicami lub dziadkami. To najwyższy odsetek od czasów Wielkiej Recesji. W Irlandii odsetek ten wyniósł 78 proc.
Te dane odzwierciedlają stały trend. Coś zmieniło się w sposobie, w jaki młodzi ludzie rozpoczynają dorosłe życie.
Więcej ludzi uczy się dłużej, później zawiera małżeństwa i ma pierwsze dziecko w późniejszym wieku niż kiedykolwiek wcześniej
– zaznaczył Jeffrey Jensen Arnett, psycholog z Clark University, w rozmowie z „The Washington Post”.
W konsekwencji mamy więcej młodych osób pozostających w domu lub przeprowadzających się z powrotem do domu, niż było 40 lub 50 lat temu
– podkreślił.
Według Arnetta okres między 18 a 29 lat to dziś „otwarty etap rozwoju”. Młodym dorastającym jest się do 30. roku życia, a nawet dłużej. Małżeństwo stało się trofeum, które następuje na koniec etapu dojrzewania, a nie na jego początku. Wielu młodych ludzi pozostaje więc długo bezdzietnymi singlami, którym zwyczajnie wygodniej jest mieszkać z rodzicami. Do tego dziś na rynku pracy coraz bardziej cenione jest wyższe wykształcenie. Kto go nie ma, tego często nie stać na samodzielne życie, bo nie jest w stanie znaleźć pracy, która pozwoliłaby mu opłacić wszystkie rachunki. Jak zauważa Karen Fingerman, wykładająca ludzki rozwój na uniwersytecie w Teksasie, na Zachodzie jest też coraz więcej młodych osób samotnie wychowujących dzieci.
Często wprowadzają się wtedy do swoich rodziców, bo mogą liczyć na ich pomoc
– uważa Fingerman.
Nie wszyscy podchodzą jednak tak życzliwie do zwyczajów życiowych milenialsów i zetów. Pismo „Time Magazine” określiło ich jako „wiecznych Piotrusiów Panów”, a amerykańska stacja telewizyjna CNBC wzywała milenialsów w 2017 r. do tego, „by się wreszcie wyprowadzili z domu i zaczęli układać sobie życie!”. Nie brakuje także poradników dla rodziców, jak pozbyć się uciążliwych pociech, które nie chcą wyfrunąć z domowego gniazda. Postrach pracodawców? Fingerman uważa, że to niesprawiedliwe, bo „uwarunkowane kulturowo”. Tymczasem w takich krajach jak Włochy czy Hiszpania życie w ramach wielopokoleniowych rodzin jest „czymś normalnym”. We Włoszech 66,5 proc. 25–29-latków mieszkało w 2018 r. z rodzicami. Niektórzy trzymają się matczynego fartucha zresztą o wiele dłużej i opuszczają rodzinny dom, jeśli w ogóle, gdy przekroczą czterdziestkę. Ukuto dla nich we Włoszech nawet specjalne określenie „bamboccioni”, czyli duże dzieci. Przez włoskie sądy cywilne przetoczyły się setki spraw dotyczących „przymusowego” utrzymania tych dużych dzieci przez rodziców. W jednym przypadków sąd zdecydował, że para musi utrzymywać 35-letniego syna, aspirującego muzyka, ponieważ „nie można od niego oczekiwać, by przyjął pracę nieodpowiadającą jego talentowi”. Bezrobocie wśród młodych we Włoszech (29,8 proc.) czy Hiszpanii (30,6 proc.) zapewne odegrało rolę w powstaniu „bamboccioni”, jednocześnie wydaje się, że dążenie do samodzielności w młodych pokoleniach słabnie. Większość amerykańskich milenialsów bowiem uważa, według Pew Research Centre, że wiek, w którym mieszkanie u rodziców staje się powodem do wstydu, to… 28 lat. A praca to przyjemność, dająca możliwość rozwoju osobistego, a nie przymusowa czynność w celach opłacenia rachunków. Zety są w tej dziedzinie zresztą jeszcze bardziej wymagające od milenialsów. Według niemieckiego ekonomisty Christiana Scholza, autora książki „Pokolenie Z”, dla młodych ważniejsi są znajomi i czas wolny od wysokiego wynagrodzenia. – Żyjesz tylko raz – mówią (YOLO – You only live once). O dziwo, zdaniem Scholza, pokolenie Z nie jest w ogóle idealistyczne, inaczej niż boomersi.
Wiedzą, że świat pracy jest niesprawiedliwy, że prezesi koncernów zarabiają miliony, a inni są zwalniani z dnia na dzień, ale uważają, że tego i tak nie da się zmienić, więc nawet nie próbują. Nie zamierzają się też przepracowywać jak boomersi czy milenialsi, którzy próbują dogonić sukces rodziców. To oznacza niestety także, że gdy w weekend nagle trzeba zrobić prezentację, to szef musi sobie sam z nią poradzić, bo na zetów nie ma co liczyć
– wyjaśnił ekonomista w rozmowie z „Wirtschafts Woche”. Według niego nowe pokolenie młodych nie rozumie także pojęcia lojalności wobec firmy.
Jeśli im coś nie pasuje, zwalniają się po prostu z pracy. Potrzebują stałych pochwał i nie lubią, gdy są obciążani dużą odpowiedzialnością czy ponoszą ryzyko. Potrzebują jasnych wskazówek i sztywnych struktur
– twierdzi Scholz. Są realistami, którzy od ideałów, ciężkiej pracy i ambicji wolą atmosferę loftu w pracy i dużo wolnego czasu. Co nie oznacza, że zety nie zajmują się polityką. Zajmują. To oni stanowią większą część aktywistów klimatycznych. Nie walczą jednak jak milenialsi o lepszą przyszłość tylko o to, by w „ogóle mieć jakąś przyszłość”. Czują się jak małe trybiki wielkiej maszyny, która może ich zgnieść. W końcu urodzili się po 1995 r. w świecie w pełni scyfryzowanym i znajdującym się w permanentnym kryzysie.
Z badań Lorenza Schottera, dyrektora Instytutu ds. Badań nad Pokoleniami w Augsburgu, wynika zgoła coś innego.
Zety są roszczeniowe, przeceniają swoje umiejętności i wykazują się nadmierną pewnością siebie
– podkreślił Schotter w rozmowie z dziennikiem „Die Welt”. Według niego 72 proc. młodych Niemców w wieku 16–30 lat „może sobie wyobrazić przejęcie pozycji kierowniczej w ciągu najbliższych pięciu lat”.
Praca ma być fajna i kolorowa. Masaże po południu czy kursy fitnessu, 40 dni urlopu i od razu na początek 80 tys. euro rocznie pensji
– śmieje się badacz. Jednocześnie, jak zaznacza, zety nie wiedzą, czego chcą. Możliwości jest zbyt dużo i kieruje nimi strach podjęcia złej decyzji.
Jest to egocentryczne pokolenie, choć mniej niż milenialsi. Każdy chce się realizować, ale nie wie jak. Poczucie obowiązku jest u tych młodych jednocześnie bardzo słabe. Także wobec państwa. Jest to pokolenie, które ma duże wymagania, ale jest jednocześnie niesłychanie naiwne. Zety ciągle porównują się do innych, online i offline, boją się, że coś przegapią. W ogóle się boją i mają bardzo negatywny, wręcz cyniczny ogląd rzeczywistości. Z tym pracodawcy będą musieli sobie jakoś poradzić
– konkluduje Schotter.
Artykuł z 46/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
