Pandemia niezaszczepionych. Podobne problemy Europy Wsch.Pandemia niezaszczepionych. "Z podobnymi problemami mamy do czynienia w wielu krajach Europy Wschodniej"

Jak poziom szczepień wpływa na sytuację, najlepiej widać na przykładzie Danii, kraju, który już we wrześniu zniósł wszelkie ograniczenia związane z pandemią, ale ostatnio musiał część ich przywrócić.
Stosunek do szczepień przeciw COVID-19 czy – szerzej – polityki w obliczu pandemii może być miernikiem tego, na ile organizm społeczny jest zdrowy, w jakim stopniu obywatele czują się częścią państwa.
Władze dalekowschodniego Kraju Chabarowskiego pierwsze w Rosji wprowadziły, nie oglądając się na Moskwę, paszporty covidowe w postaci specjalnych kodów QR, bez których nie wsiądzie się do samolotu na liniach wewnętrznych ani nie pojedzie pociągiem. Jewgienij Nikonow, urzędnik odpowiedzialny w regionalnej administracji za kwestie związane z ochroną zdrowia, komentując to posunięcie, powiedział agencji RIA Nowosti, że „kwestia niewygody dla pasażerów, z którą związane jest to zarządzenie, nie ma znaczenia, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę skokowy wzrost liczby zgonów na COVID-19, jakie ostatnio odnotowaliśmy”.
Niechlubny lider
Dające się odczuć zaniepokojenie, a nawet oznaki paniki urzędników różnego szczebla w związku z sytuacją epidemiologiczną łączą się z faktem, że Rosja w pierwszym tygodniu listopada odnotowała, według oficjalnych statystyk, 8311 zgonów z powodu pandemii, co oznacza, iż znalazła się według WHO na pierwszym miejscu w świecie w liczbach bezwzględnych. W Stanach Zjednoczonych, mających niemal 2,5-krotnie więcej ludności, na COVID-19 zmarło w tym czasie 8101 osób. Od początku pandemii w Rosji zmarło już z jej powodu prawie 250 tys. osób, choć demografowie są raczej skłonni zwracać uwagę nie na oficjalne statystyki, ale na liczbę „ponadprogramowych zgonów”, czyli ich wzrost ponad średnią ostatnich lat. Ich zdaniem bliższa prawdy w przypadku Federacji Rosyjskiej jest liczba niemal 725 tys. ofiar pandemii. Ale to tylko szacunki i nie brak głosów wśród specjalistów, że Rosja – kraj, który pierwszy na świecie poinformował o wynalezieniu szczepionki przeciw COVID-19 – już jest światowym liderem, jeśli chodzi o liczbę osób zmarłych w wyniku pandemii i z ogólnej liczby 5,1 mln jej ofiar jedna piąta to obywatele Rosji.
W czasie październikowych dyskusji budżetowych w Dumie Państwowej przedstawiciele rosyjskiej Izby Obrachunkowej, odpowiednika naszego NIK, ujawnili, że w ciągu ostatniego roku liczba emerytów w kraju zmniejszyła się o 800 tys. Jest ich teraz ok. 39 mln, podczas gdy rok wcześniej było 39,8 mln. Oczywiście nie wszyscy zmarli na COVID-19, ale też nie jest to choroba, na którą zapadają wyłącznie ludzie w podeszłym wieku. Niezależnie jednak, jak podchodzimy do rosyjskich statystyk covidowych, jedno jest pewne – obecna fala pandemii jest w Rosji najcięższa, a podejmowane przez władze działania, takie jak choćby ogłoszone przez Putina na początku listopada tygodniowe „przedłużone wakacje”, choć dają pewien efekt w postaci spowolnienia liczby nowych infekcji, nie dają podstaw, by mówić o przełomie.
Sytuacja jest na tyle poważna, że jedno z ostatnich posiedzeń rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa poświęcone było walce z pandemią. Wicepremier Tatiana Golikowa, odpowiadająca w rządze za resorty społeczne, w tym ochronę zdrowia, powiedziała wówczas, że aby osiągnąć zakładany 80-proc. stopień odporności zbiorowej, należy niezwłocznie zaszczepić 22 mln Rosjan, a dodatkowo 9 mln musi przyjąć drugą dawkę. W przeciwnym razie „trzeba będzie zaczynać wszystko od nowa”, bo nie tylko nie osiągnie się odporności zbiorowej, lecz i obecny jej poziom spadnie. Będzie to dość trudne, bo do tej pory w Rosji obiema dawkami zaszczepiło się, według danych na 12 listopada, niemal 58 mln osób, a dodatkowo 8 mln przeszło chorobę, co oznacza, że można mówić o wskaźniku na poziomie 45 proc., którego przekroczenie nie będzie łatwe w sytuacji, kiedy połowa Rosjan, jak wskazują badania opinii publicznej, nie ma zamiaru się zaszczepić . Oznacza to, że pandemia jeszcze długo może w Rosji zbierać śmiertelne żniwo.
Oporni na szczepienia
Ale nie tylko w Rosji, bo z podobnymi problemami mamy do czynienia w wielu krajach Europy Wschodniej. Na Białorusi oficjalne statystyki są optymistyczne, ale w mediach co rusz pojawiają się relacje lekarzy, którzy mówią, że każdego dnia w szpitalach, w których pracują, umiera na covid po kilkanaście osób, co oznacza, że w skali całego kraju liczba zgonów, choć nieznana, jest z pewnością większa niźli kilkanaście ofiar, o których informują władze. Na Ukrainie sytuacja wydaje się niewiele lepsza niż w Rosji, tym bardziej że w związku z brakiem szczepionek liczba osób, które ją przyjęły, jest jedną z najniższych w Europie. Do tej pory jedynie 9 mln obywateli kraju, czyli 23–25 proc. otrzymało dwie dawki szczepionek, a liczba koronasceptyków jest podobnie wysoka jak w Rosji. Władze się zdecydowały, jak na kraj borykający się z dużym deficytem budżetowym, na odważne posunięcie – prezydent Zełenski poinformował, że każdy, kto postanowi się zaszczepić, otrzyma specjalną premię w wysokości 1 tys. hrywien. Obecnie już nie 70 proc. obywateli Ukrainy, jak to było niedawno, deklaruje, że nie ma zamiaru przyjąć szczepionki, ale jest to nadal ponad 50 proc. Eksperci są w związku z tym pełni obaw. Sytuację pandemiczną na Ukrainie udało się co prawda w ostatnich dniach ustabilizować, ale liczba nowych infekcji jest nadal duża, przekracza 20 tys. przypadków dziennie. Na wysokim poziomie, ponad 700 dziennie, utrzymuje się też liczba osób umierających każdego dnia. Ukraińscy eksperci są zdania, że jeśli nic się nie zmieni, a niewiele na to wskazuje, nowy rok Ukraina przywita w całości „w czerwonej strefie”.
Równie dramatyczna sytuacja jest w Rumunii, w której na covid umiera od początku listopada powyżej 600 osób dziennie, co doprowadziło do sytuacji, że ten 19-mln kraj już obecnie ma najwyższy wskaźnik zgonów w wyniku pandemii, licząc na 1 tys. mieszkańców, 19-krotnie większy niż np. Niemcy. I tam liczba koronasceptyków, ludzi, którzy za żadne skarby nie chcą przyjąć szczepionki, jest duża, a oficjalne statystyki mówią, że do tej pory jedynie 44 proc. Rumunów zdecydowało się zaszczepić. W tej statystyce gorsze wyniki ma jedynie Bułgaria, gdzie do tej pory obie dawki szczepionki przyjęło 23 proc. populacji.
Nastroje antyszczepionkowe w Rumunii i Bułgarii, ale również na Ukrainie, są wspierane przez niektórych duchownych prawosławnych. Biskup Ambroży z diecezji w Giurgiu na południu Rumunii powiedział nawet publicznie, by Rumuni „nie byli głupi i nie wierzyli we wszystko, co mówi się w telewizji – nie ma powodów, aby obawiać się covidu”. Prokuratura wszczęła w związku z tą wypowiedzią oficjalne śledztwo i ma zamiar postawić duchownemu zarzuty, a przekaz starał się korygować patriarcha Daniel z Bukaresztu, zachęcając wiernych do szczepień, jednak na prowincji, jak donoszą media, wielu duchownych nadal uważa szczepionki za „wynalazek diabła”.
Wydaje się jednak, że nie mamy do czynienia ze szczególnym nasileniem koronasceptycyzmu wśród duchowieństwa prawosławnego, choć tego rodzaju zjawisko występuje, ale z negatywnym dziedzictwem komunizmu i niskim poziomem zaufania społecznego, z którego kraje Europy Środkowej i Wschodniej jeszcze nie w pełni się wyzwoliły. Najlepszym przykładem jest Łotwa, jeden z pierwszych krajów, który był zmuszony wprowadzić w związku z kolejną pandemią lockdown, a nie jest przecież państwem, gdzie prawosławie mogłoby być uznane za dominującą religię. Sąsiadująca z Bułgarią prawosławna Grecja ma 60-proc. wskaźnik szczepień, co skłania do poglądu, że to nie kwestie religijne są głównym motywem koronasceptycyzmu. Niemiecka Saksonia, będąca w przeszłości częścią NRD, ma znakomicie mniejszy wskaźnik „zaszczepienia” niźli pozostałe niemieckie landy, zwłaszcza zachodnie.
Wydaje się jednak, że sceptycyzmu wobec szczepień nie wyjaśni się jedynie spadkiem po komunizmie. Eksperci zwracają uwagę na to, że we włoskiej gminie Bolzano, położonej na północy kraju i zamieszkanej przez niemieckojęzyczną mniejszość, wskaźnik liczby zaszczepionych osób jest znakomicie mniejszy niż w pozostałej części kraju. Ich zdaniem ujawniły się w ten sposób głębsze różnice, na poziomie kulturowym. Mieszkańcy Bolzano, bogatej i żyjącej z turystyki gminy, podobnie jak w innych krajach niemieckojęzycznych mają, w opinii socjologów, większy poziom zaufania do medycyny niekonwencjonalnej, homeopatii, ziołolecznictwa, co skutkuje brakiem wiary w skuteczność szczepień. Generalnie Niemcy, Austria i niemieckojęzyczne kantony Szwajcarii mają największą z krajów Europy Zachodniej liczbę odmawiających przyjęcia szczepionek. W regionach niemieckojęzycznych jest to jedna osoba powyżej 12. roku życia na cztery, podczas gdy we Francji i Włoszech podobny wskaźnik kształtuje się na poziomie 10 proc., a w Portugalii wynosi niemal zero.
Drakońskie ograniczenia, które wprowadziła niedawno Austria, ograniczając wszystkim niezaszczepionym obywatelom mającym więcej niż 12 lat możliwość podróżowania komunikacją zbiorową, zakazując uczestnictwa w imprezach masowych czy ograniczając dostęp do publicznej służby zdrowia, nie mówiąc już o możliwości odwiedzin kawiarni, restauracji czy robienia zakupów, nie prowadzą jak na razie do skokowego wzrostu liczby zaszczepionych, ale raczej do polaryzacji politycznej. W ostatnim czasie w Austrii powstała nawet partia antyszczepionkowa, której przedstawiciele zdobyli w niedawnych wyborach trzy miejsca w parlamencie.
Przykład Duńczyków
Niezależnie od powodów, dla których ludzie nie chcą się szczepić przeciw COVID-19, nie ulega wątpliwości, że czwarta fala, z którą mamy obecnie do czynienia, to „pandemia niezaszczepionych”. Dr Susanne Herold ze Szpitala Uniwersyteckiego w Giessen, której zespół latem tego roku analizował zagrożenia związane z wariantem delta koronawirusa, powiedziała dziennikarzowi „The New York Times”, że z przeprowadzonych wówczas analiz wynikało, iż jeśli przed jesienią nie osiągnie się wskaźnika zaszczepionych na poziomie 85 proc., to kolejna fala pandemii jest nieuchronna.
Nadal ten wskaźnik jest na poziomie poniżej 70 proc. – powiedziała Herold – i nie wiem, czy jesteśmy w stanie wygrać ten wyścig. Właściwie należałoby powiedzieć, że już przegraliśmy z czwartą falą
Potwierdzają to zarówno jednostkowe obserwacje, jak i federalne statystyki. Liczba chorych na covidowym oddziale pulmonologii w Giessen wzrosła w ostatnim czasie trzykrotnie, z czego połowę musiano podłączyć do respiratorów. Wszyscy byli niezaszczepieni.
Jak poziom szczepień wpływa na sytuację, najlepiej widać na przykładzie Danii, kraju, który już we wrześniu zniósł wszelkie ograniczenia związane z pandemią, ale ostatnio, o czym informowały wszystkie światowe media, musiał część ich przywrócić, bo liczba nowych przypadków przekroczyła w skali tygodnia 24 tys. Zapomniano jednak dodać, że rząd w Kopenhadze zdecydował się na taki krok, trochę dmuchając na zimne. Jeślibyśmy spojrzeli bowiem na liczbę osób – 41, które zmarły w ciągu ostatniego tygodnia na COVID-19 w Danii, to sytuacja jest tam o niebo lepsza niż w sąsiednich Niemczech (1309 zgonów), nie mówiąc już o Rumunii (1938) czy Bułgarii (1086). Naukowcy są przekonani, że tak niewielka liczba covidowych zgonów w Danii jest spowodowana przede wszystkim tym, że ponad 90 proc. mieszkańców tego kraju przyjęło szczepionkę, co oznacza, że jeśli zarażą się znowu, to przechodzą chorobę w lżejszej postaci.
Ale dlaczego Duńczycy byli znacznie bardziej skłonni niźli Niemcy, nie mówiąc już o Polakach, przyjąć obie dawki szczepionki? Grupa naukowców z projektu HOPE, która, zebrawszy kilkaset tysięcy ankiet w tej sprawie, w tym 400 tys. w samej Danii, analizowała, jak europejskie demokracje radzą sobie z pandemią, jest zdania, że zna odpowiedź na to pytanie. Ich zdaniem decydujące znaczenie mają trzy czynniki. Po pierwsze, wysoki poziom zaufania społecznego i szacunku, jakim cieszą się instytucje publiczne. Drugim czynnikiem jest niewielki stopień polaryzacji politycznej w kraju. Im żywsze i burzliwsze spory polityczne, tym większy posłuch znajdują antyszczepionkowe narracje. I wreszcie zwracają oni uwagę na trzeci, ich zdaniem decydujący czynnik. Otóż w Danii nadal żywy jest model określany przez nich mianem samfundssind, czyli wspólnego, kolektywnego na poziomie społeczności lokalnych rozwiązywania podstawowych problemów. Im kraj jest bardziej przesiąknięty duchem indywidualistycznym, a władza centralna „oddalona” od życia zwykłych ludzi, tym silniejsza skłonność obciążania odpowiedzialnością „ich”, czyli rząd, i większa też nieufność wobec decyzji władz.
Można się nawet pokusić o tezę, że stosunek do szczepień przeciw COVID-19 czy – szerzej – polityki w obliczu pandemii może być miernikiem tego, na ile organizm społeczny jest zdrowy, w jakim stopniu obywatele czują się częścią państwa. Gdyby spojrzeć na to przez ten pryzmat, to w Polsce nie jest pod tym względem najlepiej, choć nie odstajemy zdecydowanie od naszych zachodnich czy południowych sąsiadów. Niemniej jednak wiele jeszcze mamy do zrobienia.
Artykuł z 47/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
