Merkelizm bez Merkel. "Będzie to rząd kontynuacji"Merkelizm bez Merkel. "Bez względu na to, kto będzie rządził w Niemczech, będzie to rząd kontynuacji, a nie zmiany"

Wyrównany wynik wyborczy CDU/CSU i SPD wymusi najprawdopodobniej utworzenie pierwszej od lat 50. koalicji na szczeblu federalnym złożonej z trzech klubów parlamentarnych.
Niemieckie partie polityczne przymierzają się do rozmów koalicyjnych, które mogą potrwać tygodnie, a nawet miesiące. Bez względu na to, kto będzie rządzić, w niemieckiej polityce zagranicznej niewiele się zmieni.
Była to długa kampania wyborcza, pełna błędów, wpadek i gaf. I nikt nie popełnił ich więcej niż kandydat CDU/CSU na kanclerza Armin Laschet. Można powiedzieć, że gafą zakończył wyścig, gdy oddając głos w lokalu wyborczym w swoim rodzinnym mieście, Akwizgranie, nieprawidłowo złożył kartę do głosowania. Osoby postronne mogły bez problemu zobaczyć, co premier Nadrenii Północnej-Westfalii zaznaczył. Media za Odrą miały używanie, zdjęcie źle złożonej karty do głosowania obiegło internet i stało się symbolem porażki chadecji. Bo Laschet uzyskał najgorszy w historii wynik przy urnach dla CDU. Wygrali socjaldemokraci, co najmniej w teorii, mniejsze bowiem partie, Zieloni i Liberałowie – liczone wspólnie – zdobyły większe poparcie wyborców niż SPD (14,8 i 11,5 proc., czyli 210 mandatów). Zieloni jednocześnie przegrali, w końcu jeszcze kilka miesięcy temu sondaże dawały im zwycięstwo i poparcie jednej czwartej elektoratu. Medialny hype wokół Annaleny Baerbock był ogromny. Kobieta walcząca o przyszłość planety, silna, atrakcyjna – zachwycały się media, nie tylko w Niemczech. Baerbock w ten szum medialny uwierzyła. Nastroje u Zielonych były znakomite. Ale potem pojawiły się oskarżenia o plagiat, o mniejsze i większe kłamstewka w CV kandydatki, a jej propozycje programowe stawały się coraz bardziej radykalne: ograniczenie spożycia mięsa, azyl dla wszystkich czy zakaz lotów wewnątrzkrajowych. Nie wspominając o klimatycznej histerii, zupełnie oderwanej od przyziemnych problemów większości Niemców. Podobnie jak Laschet szefowa Zielonych (kieruje partią wraz z Robertem Habeckiem) potknęła się o własne nogi.
Kandydat CDU/CSU także musiał się zmagać z zarzutami o plagiat i z własnymi słabościami, z których największą – oprócz tego, że nie jest Angelą Merkel – jest jego rubaszne poczucie humoru. W lipcu podczas wizyty na terenach zajętych powodzią w Nadrenii-Północnej Westfalii, która kosztowała życie 182 osób, śmiał się głośno z własnych żartów, podczas gdy prezydent Frank-Walter Steinmeier składał rodzinom ofiar kondolencje. Zdjęcia radosnego Lascheta w obliczu tragedii zapewne kosztowały chadeków kilka punktów procentowych przy urnach.
Na tym tle Olaf Scholz jawił się jako prawdziwy profesjonalista polityki. Spokojny, rzeczowy. Pełen empatii. Ta ostatnia cecha jest zresztą w jego przypadku nowością. Gdy był burmistrzem Hamburga (2011–2018), media zarzucały mu, że jest drewniany, pozbawiony emocji. Typ urzędnika, nie wizjonera, a już tym bardziej lidera. Dano mu nawet przydomek „Scholzomat” (połączenie jego nazwiska i automatu). No, ale na bezrybiu i rak ryba. Tak więc Scholz zapewnił socjaldemokratom pierwsze zwycięstwo w wyborach do Bundestagu od 2002 r.
Walka o polityczne przetrwanie
Wyrównany wynik wyborczy CDU/ CSU i SPD – socjaldemokraci wyprzedzili chadeków o 1,6 pkt proc. (25,7 do 24,1 proc.) – wymusi najprawdopodobniej utworzenie pierwszej od lat 50. koalicji na szczeblu federalnym złożonej z trzech klubów parlamentarnych. A inicjatywa utworzenia tej koalicji przypadła mniejszym partiom w możliwym przyszłym rządzie – Zielonym i FDP, nazwanym przez gazetę „Bild” koalicją „cytrusową”. Przy czym będą oni usiłowali się najpierw porozumieć między sobą, zanim przystąpią do rozmów z socjaldemokratami.
FDP to partia prorynkowa, reprezentująca przemysł oraz małe i średnie przedsiębiorstwa. Od lat lobbuje za obniżeniem podatków, zmniejszeniem obciążeń fiskalnych dla przedsiębiorców. Zieloni dążą do czegoś wprost odwrotnego: podwyższenia podatków dla najbardziej zamożnych, nie wspominając o wysokich kosztach forsowanej przez nich transformacji energetycznej. Dla Habecka i Baerbock Niemcy powinny odejść od węgla wcześniej niż w przewidzianym obecnie 2038 r. Jeśli uda im się porozumieć, co wcale nie jest pewne, powstanie szansa na utworzenie tzw. kolacji sygnalizacji świetlnej (Ampelkoalition) – czerwono-żółto-zielonej.
Na to, że się nie uda, liczy Laschet, bo jest to jedyna szansa, by zachował stanowisko szefa CDU oraz kandydata na kanclerza. Wewnętrzne rozliczenia w chadecji już się bowiem rozpoczęły. Premier Hesji i wiceprzewodniczący CDU Volker Bouffier już dzień po wyborach mówił o „ogromnej porażce” i przypominał Laschetowi o tym, że „nie ma prawa do uformowania rządu”. Bo to prawo przypada Scholzowi. Potem odezwali się posłowie chadecji z Badenii-Wirtembergii, którzy zgłosili wątpliwości, czy jeszcze kandydat na kanclerza jest w stanie „wygenerować konieczne do utworzenia koalicji rządzącej energię i entuzjazm”. We własnych szeregach, rozumie się. Pojawiły się też głosy płynące z prawicowego skrzydła CDU, tzw. unii wartości, by Laschet się wycofał i przekazał rolę kandydata na kanclerza oraz negocjatora koalicyjnego komuś innemu, np. premierowi Bawarii i szefowi CSU Markusowi Söderowi, lub zwyczajnie pogodził się z przejściem chadecji do opozycji. Söder zresztą usilnie kopie doły pod Laschetem. Najpierw serdecznie pogratulował Scholzowi zwycięstwa, dodając, że ma on obecnie „największe szanse, by zostać kanclerzem”, żeby potem nawoływać do tego, by Laschet „uznał swoją porażkę”. Jak na razie nie utworzyła się jednak frakcja otwarcie wroga wobec nieudanego kandydata na kanclerza, a on sam przetrwał pierwszą próbę sił w chadecji. Szef frakcji CDU/CSU w Bundestagu Ralph Brinkhaus został ponownie wybrany na tę funkcję – ale tylko do końca kwietnia 2022 r. Wtedy zastąpi go Laschet, jeśli chadecja wyląduje jednak w opozycji. A jak wiadomo, nadzieja umiera ostatnia. FDP w końcu nie ukrywa, że wolałaby być w koalicji z CDU niż SPD. Nawet Zieloni wolą trzymać tę opcję otwartą. W końcu Laschet negocjowałby z nimi ze słabej pozycji w przeciwieństwie do Scholza. Mogliby od niego więc uzyskać o wiele więcej koncesji, szczególnie w tak ważnych dla nich kwestiach, jak rezygnacja z silników spalinowych w niemieckim przemyśle motoryzacyjnym (Zieloni marzą o tym, by przejąć ministerstwo transportu). Szef liberałów Christian Lindner mówił wielokrotnie o „bliskości politycznej” z CDU. Zieloni nie kryją, że im dłużej na stole będzie opcja koalicji z chadekami, tym lepsza ich pozycja negocjacyjna w rozmowach z SPD. Na tej nadziei – porażki utworzenia koalicji sygnalizacji świetlnej i utworzenia zamiast tego koalicji „Jamajka” z CDU/ CSU, Zielonych i FDP – wisi polityczna przyszłość Lascheta. Nawet w Nadrenii Północnej-Westfalii, gdzie CDU rządzi pod jego wodzą od lat i właściwie powinna mieć przewagę, wylądowała trzy punkty za SPD, z 26 proc.
Niemieccy wyborcy nie chcą Lascheta: 68 proc. z nich opowiedziało się w sondażu tygodnika „Der Spiegel” za tym, by wycofał się z polityki. Wiadomo jednak, że rozpoczął on już – równolegle do SPD – negocjacje z FDP i Zielonymi.
Negocjacje koalicyjne mogą potrwać tygodniami lub miesiącami i wcześniej czy później doprowadzą do wewnętrznych napięć zarówno u Zielonych, jak i FDP, najpóźniej wtedy, gdy trzeba będzie podjąć decyzję, z kim rządzić: CDU czy SPD. Kolejna Wielka Koalicja z chadecji i socjaldemokratów, choć nie jest wykluczona, nie jest chciana ani przez obie te partie, ani ich wyborców. Dla SPD byłoby to ponadto ryzykowne. Tak jak porażka chadecji jest w dużej mierze wynikiem potknięć Lascheta, tak sukces SPD jest bez wątpienia oparty na Scholzu. Socjaldemokracja od lat jest w kryzysie i dryfuje bez wyraźnego kierunku. Wikłanie się w kolejną Wielką Koalicję może zniweczyć to, co osiągnęła dzięki swojemu kandydatowi na kanclerza, który jest dokładnie takim politykiem, jakiego lubią Niemcy: centrystycznym, pojednawczym, posiadającym wysoką zdolność koalicyjną. Zupełnie jak Angela Merkel, którą usiłował podczas kampanii emanować. Podobnie jak Laschet, któremu się to nie udało.
Dlatego bez względu na to, kto będzie rządził w Niemczech, będzie to rząd kontynuacji, a nie zmiany. Najwyżej akcenty będą inaczej rozłożone. Sukces Merkel i jej długie rządy opierały się na tym, że była ona emanacją konsensu rządzącego niemiecką polityką. A ten konsens się za jej panowania znacznie pogłębił. Chadecja od lat dryfuje w kierunku Zielonych, a Scholz jest tak umiarkowany jako socjaldemokrata, że dwa lata temu partia nie wybrała go na przewodniczącego, a on był zmuszony zapewniać na partyjnym zjeździe, że jest „naprawdę taki sam jak oni”, czyli lewicowy.
Strukturalne wady
Co to wszystko oznacza dla Europy, dla świata? W kampanii zabrakło wyraźnych odniesień do polityki zagranicznej, żaden z kandydatów nie mówił o ambicji Niemiec prowadzenia Europy, świata, gospodarczo, politycznie czy kulturowo. Wiadomo, że Zieloni byli przeciwni projektowi gazociągu Nord Stream 2, i to od samego początku, oraz opowiadają się za twardszym kursem wobec Rosji. SPD i FDP, tak samo jak CDU, są za zachowaniem status quo. Jaki będzie kurs przyszłego rządu, będzie zależało od tego, co zostanie wpisane do umowy koalicyjnej i na czym Zielonym będzie bardziej zależało – na ekologii czy prawach człowieka. Wiadomo także, że Scholz, podobnie jak szef FDP Christian Lindner, opowiada się za „suwerennością” Unii Europejskiej, czyli wspólną polityką zagraniczną UE „z prawdziwego zdarzenia”. Oznacza to rezygnację z zasady jednomyślności podczas głosowań w Radzie Europejskiej. Ma on także świadomość, że siła Niemiec jako globalnego gracza wynika z jej pozycji w Unii, dlatego – jak zadeklarował – polityka europejska będzie w jego rządzie odgrywała główną rolę. Jest to dość ogólne sformułowanie, ponieważ w detalach partie, które potencjalnie utworzą przyszłą koalicję rządzącą, mają często całkowicie odmienne zdanie. SPD jest za reformą strefy euro, taką, jakiej chcą Francja i przewodzone przez nią kraje południa Europy. FDP jest temu całkowicie przeciwna, a partia Lindnera zapewne zażąda dla siebie teki ministra finansów. Wszystkie trzy partie będą się więc zapewne równoważyć.
W konsekwencji wielkiego odwrotu od tego, co było, dotychczas nie będzie. Niemcy pozostaną na proeuropejskim kursie transatlantyckim. Na dodatek niemiecka polityka zagraniczna od lat jest „merkantylistyczna”, oparta na wąskim interesie przemysłu, szczególnie samochodowego. I tak długo jak niemiecka siła gospodarcza będzie oparta na eksporcie, to się nie zmieni. Dotyczy to stosunku zarówno do Chin, jak i Rosji. Zwolennicy ustępującej kanclerz Niemiec obawiają się końca stabilności, którą według nich stworzyła, i być może zmniejszenia potęgi Niemiec – w Unii Europejskiej i poza nią – które widzą jako wynikające z jej osobistych wpływów i pozycji. Jej krytycy mają nadzieję, że teraz nareszcie dojdzie do tak potrzebnych reform, choćby w dziedzinie cyfryzacji, gdzie nasi zachodni sąsiedzi mają duże zapóźnienia, oraz – jak pisze Hans Kundnani na łamach pisma „Foreign Affairs” – do dostosowania niemieckiej polityki zagranicznej do epoki „zaostrzonej konkurencji wielkich mocarstw”. To jest jednak mało prawdopodobne. Do tego konieczne byłyby strukturalne zmiany, a skomplikowana układanka, którą zawsze jest koalicja trzech partii, raczej na to nie pozwoli.
Może Niemcy zrezygnują z uczestnictwa w programie odstraszania nuklearnego NATO – SPD i Zieloni są przeciwni nuclear sharing – a może nie. NATO w każdym razie wciąż będzie traktowane jako podstawa obrony zbiorowej w Europie.
Zarówno Zieloni, jak i FDP oraz SPD podkreślają także znaczenie tzw. wartości europejskich, czyli liberalnych, i na tym polu może dojść do kontynuacji napięć między Berlinem a Warszawą, a szerzej z Europą Środkową i Wschodnią. Angela Merkel, jeśli miała jakieś zalety z naszego punktu widzenia, to wykazywała je na początku swojego kanclerstwa i polegały one na zręcznym manewrowaniu pomiędzy interesami dużych i małych państw UE, na odgrywaniu roli arbitra. Potem tę zdolność zatraciła i nie ma co liczyć na to, że nagle ją w sobie odkryje Olaf Scholz. Jeśli relacje między Niemcami a Polską są złe, to zdecydowanie z winy Berlina, nie wiemy więc, czy kanclerz SPD będzie szukał nowego otwarcia z rządem PiS, który jego formacja jeszcze bardziej niż CDU/CSU uważa za rząd niewygodny, czy wręcz przeciwnie – zaostrzy jeszcze kurs wobec Polski. Bezpieczniej jest się nastawić na nastanie tej drugiej opcji, co najmniej w warstwie retorycznej. Laschet wprawdzie odwiedził Polskę w trakcie kampanii z okazji rocznicy powstania warszawskiego, ale czy i jak ten przyjazny gest przełożyłby się na politykę wobec naszego kraju, gdyby jednak został kanclerzem, nie wiadomo. Jedno jest za to pewne, nasi zachodni sąsiedzi będą przez najbliższy czas, jak długi nie wiemy, zajęci głównie sobą. A niemiecka chadecja, uważana za martwą i pogrzebaną, jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.
Artykuł z 40/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
