Męczeństwo Petera Boghossiana. "Studenci i worki z kałem"Męczeństwo Petera Boghossiana. "Skrajnie lewicowi studenci, którym nie podobała się jego działalność, zostawiali worki z kałem"

Uniemożliwiano mu zapraszanie gościnnych wykładowców w ramach jego kursu o krytycznym myśleniu. A był otwarty na wszystkich – od zwolenników teorii płaskiej Ziemi po działaczy Occupy Wall Street.
Filozof Peter Boghossian latami walczył z narastającymi zakazami myślowymi na swoim uniwersytecie. Ideolodzy mieli do niego pretensje za ujawnianie ich nonsensów. Był za to opluwany na ulicy i nękany. W końcu się poddał.
19 maja 2016 r. dwóch amerykańskich badaczy – Jamie Lindsay i Peter Boyle – opublikowało artykuł z dziedziny gender studies w piśmie „The Cogent Social Sciences” pod tytułem „Konceptualistyczny penis jako konstrukt społeczny”. Artykuł był napisany w typowym dla badań gender żargonie pseudonaukowym. Został przyjęty bardzo pozytywnie, choć tezy, które zawiera, są całkowicie nonsensowne. Wynika z niego, że „penis to szkodliwy konstrukt społeczny, a nie anatomiczna rzeczywistość”. Z tego konstruktu społecznego wywodzi się toksyczna męskość, która jest „siłą napędową neokapitalistycznego materializmu”. A ten znów napędza zmiany klimatu. Ergo, penisy są odpowiedzialne za zbliżającą się katastrofę klimatyczną, ponieważ „narzucają czystej, dziewiczej naturze swą dominację”.
Autorzy artykułu są rzeczywiście naukowcami, ale nie w dziedzinie gender studies. Peter Boyle to pseudonim dr. Petera Boghossiana, amerykańskiego filozofa i pedagoga. Przez dziesięć lat był adiunktem filozofii na Portland State University w stanie Oregon. A Jamie Lindsay to tak naprawdę dr James Lindsay, matematyk i krytyk kulturowy. Przez lata Boghossian, Lindsay oraz brytyjska pisarka i wydawczyni pisma „Areo” Helen Pluckrose publikowali bzdurne artykuły w fachowych pismach naukowych, by pokazać, że nowe, postmodernistyczne dziedziny badawcze – gender studies, krytyczna teoria rasowa czy badania queer – „są skorumpowane do cna” i z nauką nie mają nic wspólnego. Są ideologicznym nonsensem, który usiłuje się wznieść na poziom nauki. Rakiem, który należy usunąć z uniwersytetów.
Brak rygoru badań i metodologii
Boghossian, Lindsay i Pluckrose napisali 20 takich artykułów, z czego siedem zostało opublikowanych. Jeden pod tytułem „Wasza walka jest naszą walką” trafił do feministycznego pisma „Affilia” i składał się z pasaży z „Mein Kampf ” Adolfa Hitlera, wzbogaconych o postmodernistyczny, lewicowy żargon. Był chwalony przez recenzentów – jak pisał Tom Whipple w „The Times” – za „bogaty i ekscytujący wkład w badania nad nakładaniem się męskości na analność”. W 2018 r. Pluckrose, pod pseudonimem Helen Wilson, opublikowała artykuł w „Journal of Feminist Geography” o „ludzkich reakcjach na kulturę gwałtu i queerowej performatywności” wśród psów w mieście Portland. W badaniu zaznaczyła, że podczas 1 tys. godzin obserwacji zachowania czworonogów oraz ich ludzkich towarzyszy w trzech parkach dla psów odkryła, że „próby gwałtu wśród psów mają miejsce średnio co 60 min”.
Psie parki to mikrokosmosy, w których w środowisku międzygatunkowym można zaobserwować hegemoniczne, maskulinistyczne normy regulujące zachowania queerowe i przymusową heteroseksualność
– głosił artykuł.
Z tego powodu parki dla psów pozostają opresyjnymi przestrzeniami, które zamykają zarówno ludzi, jak i zwierzęta w hegemonicznych wzorcach konformizmu płciowego, a opresyjne normy patriarchalne sięgają tam zenitu
– czytamy.
Gdy pismo się zorientowało, że Helen Wilson nie istnieje, wybuchł skandal. Wielu krytyków porównywało działalność Boghossiana, Lindsaya i Pluckrose do tzw. afery Sokala z 1996 r., czyli publikacji w czasopiśmie naukowym „Social Text”, poświęconym studiom kulturowym, pracy amerykańskiego fizyka Alana Sokala pod tytułem „Transgressing the Boundaries: Towards a Transformative Hermeneutics of Quantum Gravity” (Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce grawitacji kwantowej). Sokal przedstawił wtedy fikcyjną koncepcję związków między emancypacją, feminizmem oraz dekonstruktywizmem a grawitacją kwantową. Artykuł odniósł wielki sukces. Był jednak wyssany z palca. Sokal chciał w ten sposób udowodnić panujący w nowych prądach nauk społecznych brak rygoru badań i metodologii. Jak podkreślił, pisma takie jak „Social Text” są gotowe „opublikować wszystko, co jest zgodne z wyznawaną przez nich ideologią, nawet jeśli nic z tego nie rozumieją”. Po tekście Sokala redakcja „Social Text” opublikowała artykuł, z którego wynikało, że rzeczywistość nie istnieje, bo jest konstruktem społecznym.
Wojna kulturowa narasta
Między 1996 a 2018 r. upłynęło jednak trochę czasu. Wtedy Sokal był chwalony za ujawnienie liberalnego przechyłu w środowisku naukowym. Teraz na Boghossiana, Lindsaya i Pluckrose spadła fala krytyki. Niektórzy badacze odrzucili metody całej trójki jako nienaukowe i „haniebne”. „Boże, jakie to głupie” – stwierdził, krótko, politolog z Harwardu Matt Blackwell. Oskarżono ich o otwieranie kolejnego „niepotrzebnego” frontu w amerykańskiej wojnie kulturowej. Chcąc obnażyć hipokryzję lewicy, która opanowała amerykańską akademię wraz z jej kulturą unieważnienia, Bhogossian, Lindsay i Pluckrose mieli „obnażyć samych siebie”. Ich pierwszy artykuł o penisie został odrzucony przez wiele fachowych pism specjalizujących się w naukach gender, by końcu wylądować w „The Cogent Social Sciences”, piśmie – jak podkreśla portal Vox – o niskiej jakości naukowej, które publikuje wszystko jak leci i pobiera za to od autorów opłatę. Kolejne fejkowe badania trójki były jednak lepiej przygotowane i zostały opublikowane w renomowanych pismach. Choćby artykuł o możliwości przezwyciężenia transfobii u mężczyzn za pośrednictwem analnej masturbacji.
Według Lindsaya potwierdziło to ich początkową tezę: że większość teorii poststrukturalnych leżących u podstaw współczesnych badań dotyczących rasy i płci jest całkowicie bezsensowna.
Straciłem zdolność ufania nauce. Jestem pewien, że część badań jest bardzo dobra. Problem w tym, że nie da się tego stwierdzić z pewnością, odróżnić tych bzdurnych od tych sensownych
– uważa matematyk. Dlatego, jego zdaniem, należy zamknąć katedry badań nad gender i rasą na zachodnich uczelniach.
Wszystkie osiągnięcia ruchu praw obywatelskich zostały dawno wypaczone. Został po nich bezsensowny bełkot, którego używa się przeciwko ludziom, niszcząc kariery i życia
– dodał.
Wstyd dla akademii?
Batalia, którą wytoczyli trzej naukowcy postmodernistycznemu dyskursowi, znalazła także zwolenników. Wykładowca Harwardu i publicysta „The Atlantic” Yascha Mounk widzi w niej powód do wstydu – dla akademii. Według niego jest niezrozumiałe, jak tak poważne pismo jak „Gender, Place and Culture” mogło opublikować artykuł Boghossiana o tym, że zachodnia astronomia jest seksistowska i lepiej praktykować „nowoczesny taniec interpretacyjny”. Czy artykuł Pluckrose o tym, że jak mężczyzna się masturbuje i jednocześnie myśli o kobiecie, to popełnia na niej gwałt, „bo nie udzieliła mu ona na to zgody”. „Ujawnia to nie tylko niskie standardy czasopism, które publikują tego rodzaju chłam. Pokazuje również, do jakiego stopnia wiele z nich jest skłonnych stosować dyskryminację, jeśli służy ona pozornie postępowym celom” – uważa Mounk.
W jednym z artykułów Boghossian i Lindsay proponowali, by w ramach zwalczania „białego przywileju” wykładowcy nie pozwalali białym studentom dojść do słowa, a gdyby stawiali opór, przykuwali ich do podłogi łańcuchami. Został opublikowany. Mounk tak jak wielu innych krytyków „afery Sokala do kwadratu” ostrzega jednocześnie przed „graniem w ręce prawicy”, która na podstawie takich zajść „usiłuje zdyskredytować naukę jako taką, także tę dotyczącą zmian klimatycznych”. Bo Mounk jest liberałem, podobnie zresztą jak są nimi Boghossian, Lindsay i Pluckrose.
Boghossian to ateista wojujący, zaprzyjaźniony z prof. Richardem Dawkinsem. Lindsay od lat walczy o wyższe podatki dla bogatych, a Pluckrose to była feministka. Cała trójka sprzeciwia się jednak nowej lewicy, tej poprawnej politycznie, wykluczającej i wojującej, wyrażonej w ruchach takich jak #MeToo czy Black Lives Matter. W artykule opublikowanym w 2017 r. Lindsay i Pluckrose argumentowali, że „polityka tożsamościowa w formie sprawiedliwości społecznej może cofnąć dziesięciolecia postępu społecznego i dostarczyć uzasadnienia dla odrodzenia rasizmu, seksizmu i homofobii”.
Liberał sprzeciwiający się najnowszym pomysłom postępowej lewicy to pozycja niezbyt wygodna, o czym przekonał się Boghossian.
Worki z kałem zamiast debaty
W 2018 r. Uniwersytet w Portland, gdzie był adiunktem, rozpoczął śledztwo przeciwko niemu, oskarżając go o to, że przeprowadzał badania na ludziach (czytelnikach jego fejkowych artykułów) bez ich zgody oraz „fałszował dane”. W obronie filozofa wystąpiło wielu akademików, w tym prof. Richard Dawkins czy psycholog prof. Jordan Peterson. Ostatecznie uczelnia uznała jednak, że złamał on zasady etyczne i zakazała mu prowadzić jakichkolwiek badań do czasu, gdy ukończy on specjalne szkolenie i „nauczy się chronić prawa ludzkich podmiotów”.
Już wcześniej Boghossian miał coraz większe trudności w nauczaniu. Uniemożliwiano mu zapraszanie gościnnych wykładowców w ramach jego kursu o krytycznym myśleniu. A był otwarty na wszystkich – od zwolenników teorii płaskiej Ziemi po działaczy Occupy Wall Street.
Krok po kroku uniwersytet uniemożliwił mi tego rodzaju intelektualną eksplorację. Przekształcił bastion wolnego słowa, którym powinna być każda uczelnia, w fabrykę sprawiedliwości społecznej, której jedynymi wkładami w naukę były rasa, płeć i status ofiary, z czego wynikały tylko kolejne pretensje i podziały
– zaznaczył.
Skrajnie lewicowi studenci, którym nie podobała się jego działalność, zostawiali worki z kałem pod drzwiami jego biura i rysowali na ścianach swastyki z jego nazwiskiem. Na ulicy przechodnie pluli mu w twarz. Rozdawano ulotki z jego twarzą i nosem Pinokia. Uczelnia, jak twierdzi, ścigała za to jego, a nie sprawców. Wielu studentów odmawiało wysłuchania poglądów odmiennych od ich własnych i pisało na niego skargi. Innym odradzali uczęszczanie na jego zajęcia. Kierownictwo uczelni zabroniło mu także wyrażać opinię o „chronionych grupach”, czyli osobach o innym kolorze skóry, czy płci bądź „nauczać tak, by jego poglądy o takich grupach stały się znane”.
Klimat na uczelni stał się dla Boghossiana w końcu nie do zniesienia. 8 września tego roku filozof postanowił zrezygnować ze stanowiska adiunkta. W otwartym liście wysłanym do kierownictwa uczelni podkreślił, że przestała ona być miejscem dla „ludzi wolno myślących i chcących eksplorować różne idee”.
Nie pozwala mi się wyrażać moich poglądów, jestem nękany za korzystanie z prawa do wolności słowa. Uczelnia ogranicza to prawo, by promować równość rasową i sprawiedliwość społeczną
– czytamy w liście. Według filozofa lewica znalazła sobie „nową religię”, którą praktykuje z zapałem.
Studentów Portland State University nie uczy się myśleć. Mają naśladować moralną pewność ideologów. Chciałbym móc powiedzieć, że to wszystko mnie nic nie kosztowało. Ale kosztowało: życie zawodowe coraz bardziej nie do zniesienia, i to bez ochrony stałego stanowiska. Ale nie chodzi tu o mnie, tylko o rodzaj instytucji, jakich chcemy w naszym kraju, o wartości, które wybieramy. Wolność zadawania pytań jest jednym z naszych podstawowych praw. Instytucje oświatowe powinny nam o tym przypominać, że jest to także naszym obowiązkiem. Mamy uczyć studentów, jak myśleć, a nie co myśleć. Uniwersytet w Portland tego zadania nie spełnia
– podsumowuje swój list Boghossian.
Jego dalsza przyszłość naukowa jest obecnie niepewna.
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
