Łakoma: Zielona Unia w impasie; bez importu z Chin ani rusz
Łakoma: Bruksela zapędziła się sama w kozi róg: plan zielonej transformacji nie ma szans bez importu na wielką skalę technologii z... Chin

Władze w Brukseli często i chętnie narzekają na gigantyczny deficyt handlowy z Chinami, ale zmiana w tej relacji szybko nie nastąpi. Bo to chińskie dostawy minerałów i komponentów są niezbędne do realizacji najważniejszej unijnej polityki, czyli ratowania klimatu, z której Komisja Europejska jest niezwykle dumna.
Formalnie toczą się dwustronne negocjacje handlowe Brukseli z Pekinem, bo nadwyżka eksportowa Chin rośnie z roku na rok i w ubiegłym wyniosła 360 miliardów dolarów, czyli o 48 mld więcej niż w 2024 r. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen nawet kilka dni temu mówiła, że trzeba szybko je sfinalizować i zagroziła kolejnymi cłami. Ale to Pekin ma więcej atutów w tych rozmowach. Gdyż to chińscy producenci i dostawcy wspierają unijną politykę klimatyczną, czyli proces wielkiej transformacji energetycznej i przejścia na odnawialne źródła. Na dodatek ostatnio niemieckiej polityk w sposób bardzo bezpośredni przypomniała o tej prawdzie grupa 36 firm i inwestorów w specjalnym liście, o którym pisze agencja Reuters. Alarmują, że rozwój energetyki wiatrowej i solarnej w Unii może zostać „zakłócony” z powodu zakazu, jaki sama UE wprowadziła w kwietniu.
Bez chińskich inwerterów energetyka z OZE nie pociągnie
Chodzi o to, że główne unijne instrumenty finansowe w tym pochodzące z Europejskiego Banku Inwestycyjnego i Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego nie mogą być wykorzystywane na projekty, w których wykorzystuje się komponenty pochodzące z krajów tzw. „wysokiego ryzyka”, w tym także z Chin. W praktyce chodzi przede wszystkim o falowniki (inwertery), czyli najważniejsze elementy każdej instalacji fotowoltaicznej, bo przekształcają prąd stały na prąd zmienny, co umożliwia jego wykorzystanie.
Alarm podnosi największa organizacja reprezentująca branżę fotowoltaiczną w Unii czyli SolarPower Europe. Jak podaje portal PV Tech, ostro krytykowała wprowadzenie zakazu bez szerszych konsultacji z firmami. Wskazała, że decyzja KE „_już opóźnia projekty fotowoltaiczne w całej Europie_” i zagraża unijnym celom wyznaczonym na koniec tej dekady. Równocześnie analitycy z Wood Mackenzie szacują, że zakaz finansowania inwerterów z Chin wpłynie negatywnie nawet na 14 proc. zapotrzebowania Unii na energię słoneczną w latach 2026–2030, a poza tym ograniczy inwestycje w magazyny energii. Gdyby w samej Unii produkcja falowników była dostatecznie rozwinięta, a chińskie były po prostu tańsze, zakaz nie stanowiłby wielkiego problemu. Jednak to chińskie firmy zapewniły ponad 80 proc. dostaw falowników do Europy w 2025 r. Z analizy wynika również, że szczególne problemy z inwestycjami w fotowoltaikę będą w krajach Europy Wschodniej i Środkowej, które wykorzystują na ten cel najwięcej funduszy unijnych.
Chińskie technologie to czynnik wielkiego ryzyka
Za zakazem finansowania inwestycji z chińskimi falownikami stoją względy bezpieczeństwa i obawy o sterowanie instalacjami unijnymi (z możliwością ich wyłączenia). To pokazuje jak ryzykowne może być stawianie na import technologii z Chin. Lecz również odsłania słabości polityki klimatycznej nastawionej na inwestycje, które uzależnione są od dostaw komponentów z zagranicy. A skoro Chiny – obok Rosji, Iranu i Korei Północnej – znalazły się na liście krajów „wysokiego ryzyka” (według Komisji Europejskiej), to też powstaje pytanie o przyszłość dostaw minerałów krytycznych i innych produktów z zakresu czystych technologii, na których zależy Brukseli.
Formalnie władze unijne postawiły na transformację energetyczną i przekonały do tego kraje członkowskie, w tym Polskę, argumentując, że chodzi nie tylko o ratowanie klimatu ale przede wszystkim o uniezależnienie od importu kosztownych paliw kopalnych oraz rozwój czystych technologii na kontynencie i stworzenie nowoczesnych branż gospodarki, zapewniających rozwój gospodarczy oraz dobrobyt obywatelom. Zaś głosy krytyki realistów, wskazujących na zamianę zależności – z rosyjskiej na chińską – były tłumione.
Rzeczywistość jest taka, że to Chiny dominują na rynku minerałów kluczowych dla transformacji energetycznej i technologii obronnych. Od dwóch dekad inwestują w nie tam, gdzie tylko mogą i kontrolują sytuację na rynkach. To Pekin ma możliwości wpływania na ponad 70 proc. wydobycia oraz blisko 90 proc. światowych mocy przerobowych potrzebnych do rafinacji metali ziem rzadkich. W przypadku przetwórstwa kobaltu to 70-proc. udział, dla litu wynosi ponad 65 proc., dla manganu 40 proc. a niklu 35 proc. Niezwykle skutecznie także kierują eksportem głównych pierwiastków jak german, grafit, gal czy wolfram, o czym w ostatnich dwóch latach przekonała się także Unia.
Swoistą odpowiedzią na słowa Ursuli von der Leyen, która dała czas na negocjacje z Pekinem i rozstrzygniecie spornych kwestii do października, była publikacja w dzienniku „China Daily”. „Jeśli Unia odetnie się od konkurencyjnych, ekologicznych produktów Chin”, to – według dziennika - „osiągnie pseudo sukces, bo wzrosną koszty zielonej transformacji i jeszcze bardziej spadnie konkurencyjność przemysłu”. „Chiny mają wieloletnie doświadczenie w reagowaniu na skrajną presję i będą stanowczo bronić swoich praw i interesów. Są gotowe korzystać z uznanych kanałów konsultacji z UE, aby prowadzić rozmowy na równych prawach. Ale nigdy nie ulegną groźbom” – czytamy w „China Daily”.
Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że Unia sama siebie zapędziła w kozi róg.
