Kurtyna w górę! Część I
Kurtyna w górę! Część I

Tak. W górę. Koniec pewnej epoki, jak wskazują niektórzy gnostycy (ale także teolodzy), nie oznacza, że zasłona opadnie w dół i nagle wszystko się skończy. Wręcz przeciwnie. W końcu „apokalipsys”, to po grecku nic innego, jak „odsłonięcie”, „zdjęcie zasłony” lub „objawienie”. Wiedzieliście? Wiedzieliście, że bliżej końca drogi jest rodzaj bramy, a nie mur, o który wszyscy się roztrzaskamy? Że to ani żadna bajka, ani legenda, ani tym bardziej oderwany od naszej rzeczywistości jakiś równoległy wszechświat popularnego, amerykańskiego fizyka Michio Kaku? To jak najbardziej przyziemna prawda, łatwa do zweryfikowania, jeśli dobrze się przyjrzeć naszym, ludzkim sprawom. Tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że kurtyna już od jakiegoś czasu mknie do góry.
Któżby, jeszcze za pontyfikatu Ojca Świętego Jana Pawła II-go przypuszczał, że jego następca, Papież Benedykt XVI „nie dowiezie”, a sprawy zajdą tak daleko, że tylko Franciszek był w stanie wziąć je na barki? W rezultacie, zamiast jednego papieża mieliśmy dwóch. A gdy kurtyna poszła już w górę okazało się, że nowo wybrany Ojciec Święty, po którym spodziewaliśmy się pozdrowienia wiernych słowami: „Laudetur Jesus Christus”, tym razem rzekł: „Dobry wieczór”. Interesujące, prawda? Czy to oznacza, że od wtedy liczy się przede wszystkim dobry wieczór i niech każdy na swój sposób zadba sobie, żeby był dobry tak, jak każdy indywidualnie to rozumie? Niech będzie tak, jak każdy sam sobie interpretuje? „Róbta, co chceta”? Niechby wtedy choć padło: „Kochaj i miej dobry wieczór”. A tak? A tak zrobiło się jak w wejściu do włoskiej pizzerii. Kulturalnie, wita Cię właściciel, mówiąc „dobry wieczór” wskazuje stolik, podaje kartę, konsumujesz, gadu-gadu z przyjaciółmi, pijesz do rodaków ze stolika obok, płacisz z napiwkiem i do widzenia. Może jeszcze kiedyś przyjdziesz, jeśli zechcesz. Bo przecież robisz, co chcesz… A! Może dlatego „laudetur” jest jedynie w domyśle. Niech będzie pochwalony, bo daje Ci wolność absolutną. Ty decydujesz, czy postąpiłeś dobrze, czy źle. Sam piszesz sobie przykazania i sam się rozliczasz. O, rany! Chyba za daleko zabrnąłem… Ale piszę o tym nie bez powodu. Bo skoro o lecącej w górę kurtynie mowa, to przyszło mi do głowy, że od tamtego „Dobry wieczór”, przez całkiem niedawną paradę wycieczkowiczów w krótkich spodenkach w Kaplicy Sykstyńskiej, do sugestii, że odprawianie codziennej mszy świętej nie jest ludzkości konieczne do zbawienia, już tylko krok. To co? Czekamy na komunikat, który niebawem wypełni zapowiedź proroka Daniela sprzed tysięcy lat w sprawie kurtyny w górę? Czekamy na poluzowanie zasad, dotyczących odprawiania Mszy świętych na całym świecie codziennie? W ciągu ziemskiej doby, średnio co dwie sekundy, gdzieś na Globie słychać kapłańskie: „Oto ofiara spełniona”. To często. Ale może dzięki temu ten świat jeszcze istnieje? Może to wszystko brzmi nawet trochę za mocno. Ale przecież powołuję się na proroka Daniela.
Któżby, jeszcze za prezydentury Joe Bidena, z jego zastępczynią Kamalą Harris przypuszczał, że za chwilę cały ten kolorowy cyrk za oceanem się skończy? Ideę transczłowieka stworzyć było równie łatwo, jak co raz łatwiej miesza się w genach. To były lata wielkich wysiłków amerykańskich Demokratów, by wpoić obywatelom Stanów Zjednoczonych, że wolność, którą tak ukochali nie ma granic. Także biologicznych. A te moralne są względne i też właściwie nie ma ich wcale, bo jeden człowiek ma prawo decydować o losie innego szczególnie, że człowieka w łonie matki przecież normalnie nie widać, czyli normalnie jakby go nie było. A jeśli kogoś nie ma, to o co ten krzyk? Tak krok po kroku Demokraci, powiązane z nimi fundacje i organizacje przez wiele lat rewolucjonizowały amerykańskie życie publiczne. Do przedszkoli i szkół zapraszano, z przeproszeniem „drag-queens”, czyli zaburzonych dorosłych, których zadaniem było nauczenie kilkuletnich dzieci dotykania miejsc intymnych swoich i rówieśników. Śmiało! Tam nie gryzie! Następnie wmówiono nastolatkom, że nie ma znaczenia, czy masz członka, czy pochwę. Liczy się tzw. płeć mózgu. Czyli facet może mieć mózg kobiety. Swoją drogą ciekawe której? Z jednym i drugim (czyli kobiecym i męskim fizycznym atrybutem płci) możesz nawet zostać psem, ewentualnie nie musisz być ani mężczyzną, ani kobietą, tylko tym trzecim, aż do pięćdziesiątego drugiego. Możesz też sobie usunąć członka, lub go doprawić. Albo nie mieć ani jednego, ani drugiego. Rozumiecie to? Następne. Kliniki aborcyjne na trasie kampanii wyborczej Kamali Harris? Hej! Wpadnij na zabieg! Po co ci ten kłopot? Coś niebywałego, że takie rzeczy działy się we współczesnej Ameryce, która zresztą dzięki swojemu narzędziu finansowemu „USAID” narobiła także i nam wiele kłopotu, jeszcze mocniej lasując mózgi europejskich i polskich neomarksistów. I pozostają zlasowane do dziś. Dosłownie kilka dni temu, podczas orędzia Donalda Trumpa wyszło na jaw, że w 2020 roku ktoś przewalił wyniki wyborów na korzyść Demokratów. Następnie przez pięć lat Trumpa ciągano po sądach, grożąc mu tymczasowym aresztowaniem, a w końcu skazaniem na sto ileś lat więzienia za molestowanie, którego się nie dopuścił. Wszystko po to, żeby tylko nie wygrał wyborów. Żeby było tak, jak było. Ale Trump wygrał. Miażdżącą przewagą, bo między innymi Republikanie patrzyli na ręce liczących głosy. Także na cyfrowe „ręce” maszyn, zainstalowanych w lokalach wyborczych. I wyszło na jaw, jakich wartości chcą normalni ludzie. I kurtyna poszła w górę, odsłaniając transspołeczną karykaturę, która miała stać się modelem dla całego świata.
Któżby, jeszcze w 2004 roku, gdy -o radości- wstępowaliśmy do Unii Europejskiej pomyślał, że za ponad dwadzieścia lat może po nas nie być co zbierać?
CDN…
