Front Jedności Narodu TuskaFront Jedności Narodu Tuska. "Były premier nie jest partnerem, tylko dominatorem, w dodatku niewykazującym się specjalną lojalnością"

Tusk orientuje się także, że jego wizja zjednoczenia opozycji to powtórka z wersji komunistycznej, czyli Frontu Jedności Narodu, z którego list wyłącznie można się było dostać do Sejmu.
Wersja zjednoczenia opozycji zaproponowana przez szefa PO to ultimatum i pułapka, a nie propozycja.
Grzegorz Schetyna i Borys Budka tylko apelowali o jedność opozycji w związku z wyborami parlamentarnymi w 2023 r. Donald Tusk uznał, że chodzi o to, żeby opozycję do tego zmusić:
W Polsce do wyborów pójdziemy zjednoczeni. Kto tego nie będzie akceptował, rozumiał, sam znajdzie się na marginesie polityki
I odwołał się nie tylko do tak sprawdzonych oraz skutecznych narzędzi jak „intuicja” oraz „przekonania polityczne”, lecz także do woli „większości Polaków”. Pierwsze zdanie tego tekstu dlatego parodiuje jedenastą tezę o Feuerbachu Karola Marksa, że Tusk wyznaje podobny do Marksa determinizm, gdy chodzi o procesy polityczne. Kto nie uznaje determinizmu dziejów, wypada na margines.
To jest moja misja, moje zadanie, do tego się zobowiązałem, żeby poprowadzić Platformę i pomóc, wspólnie, z innymi partnerami całej opozycji, żeby poprowadzić opozycję do zwycięstwa. […] Inaczej te ciemności, które Polskę zalały będą dalej trwały
– mówił przewodniczący Platformy Obywatelskiej. Tusk używa retoryki jakby żywcem wyjętej z zakończenia „Manifestu komunistycznego”:
Proletariusze nie mają w niej nic do stracenia prócz swych kajdan. Do zdobycia mają cały świat. Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!
Zresztą jego apel do innych partii opozycyjnych:
Jestem absolutnie przekonany, że koleżanki i koledzy z innych partii opozycyjnych, nawet jeśli dzisiaj się trochę droczą albo szukają innych rozwiązań, ale jestem przekonany, że przyjdzie ten moment i będą dokładnie tak samo zdeterminowani, jak ja, żeby poprowadzić Polaków do zwycięstwa
przypomina tezy zawarte w IV rozdziale „Manifestu komunistycznego” („Stosunek komunistów do różnych partii opozycyjnych”). Tradycja jest więc ciekawa, nawet jeśli odwołanie do niej nie jest w pełni świadome, ale tak zwykle bywa z determinizmami.
Podwójny facepalm
Na wezwanie Tuska, wzmocnione dodatkowo tezą, że jest to test patriotyzmu, nieprzypadkowo najszybciej zareagował Szymon Hołownia. A jego odpowiedzią był „double facepalm” (facepalm to gest wyrażający frustrację, wstyd, zażenowanie, rozczarowanie), czyli mem, w którym dwaj bohaterowie „Star Treka” zakrywają twarze dłońmi. A mniejszą czcionką jest wyjaśnienie, że „podwójny facepalm” potrzebny jest wtedy, gdy pojedynczy nie załatwia sprawy. Hołownia dlatego sarkastycznie (facepalm oznacza również sarkazm) zareagował na słowa Tuska, że w istocie to było ultimatum z elementami szantażu – jeśli nie jesteście z nami, nie będzie was wcale. Schetyna i Budka obok wspólnego celu podkreślali wspólny interes.
Liderzy pozostałych partii opozycyjnych dlatego nie zareagowali pozytywnie na ultimatum Tuska, że proponuje on zjednoczenie opozycji na własnych warunkach i pod własnym przywództwem. Władysław Kosiniak-Kamysz i Włodzimierz Czarzasty wiedzą z przeszłości, że Tusk nie jest partnerem, tylko dominatorem, w dodatku niewykazującym się specjalną lojalnością. Poza tym jeden komitet wyborczy skazywałby ich na zależność, także finansową, od tego, kto jest w tym układzie liderem, a liderem może być tylko PO pod wodzą Tuska. Obie partie są po przejściach finansowych i pójście na taki układ oznaczałoby pozbawienie ich suwerenności. Tak przecież stało się z partią Nowoczesna, gdy weszła w ściślejszy układ z PO. I teraz partia zakładana przez Ryszarda Petru jest wydmuszką. Zresztą podobnie na aliansie z PSL (w wyborach w 2019 r.) wyszedł ruch Kukiz ’15, mający kłopoty przede wszystkim przez brak pieniędzy (domagali się od PSL 20 proc. subwencji, nie dostali nic), więc mechanizm jest uniwersalny. Czarzasty pamięta natomiast, jak Tusk apelował o co najmniej neutralność wobec siebie partii opozycyjnych, by potem wezwać wyborców, aby głosowali na silniejszego, bo inaczej zmarnują swoje głosy. Czarzasty nie po to tuż przed kongresem zjednoczeniowym z Wiosną Roberta Biedronia wygrał wewnętrzną wojnę ze zwolennikami podporządkowania się Tuskowi (m.in. Millerem, Cimoszewiczem, Senyszyn, Rozenkiem), żeby teraz iść ich drogą.
Kosiniak-Kamysz i PSL redukowaliby do zera swoją strategię z ostatnich dwóch lat – budowania wokół tej partii bloku centrowo-konserwatywnego, czyli przyznawaliby, że ten czas kompletnie zmarnowali i znowu muszą się oddać pod opiekę Tuska. W PSL się pamięta, że wersja wielkiej koalicji opozycyjnej nie sprawdziła się w wyborach europejskich w 2019 r., kiedy najłatwiej było osiągnąć zwycięstwo nad PiS. Ale była przegrana, a najwięcej na tej koalicji straciło właśnie PSL. W dodatku w wyborach europejskich nie decydowały się kwestie finansowania partii po wyborach. Mimo słabych sondaży, zwykle znacząco za nisko szacujących poparcie dla PSL, liderzy tej partii wiedzą, że stworzona przez nich Koalicja Polska może im zapewnić lepszy wynik wyborczy niż w jakiejkolwiek większej konfiguracji. A poza tym poszerzenie formuły do chadeckiej i centrowej (z mocnymi elementami konserwatywnymi) czyni z PSL podstawowego rozgrywającego po wyborach. Bo Koalicja Polska może wejść do każdego układu po wyborach, a nawet może stawiać warunek, żeby premierem został Kosiniak-Kamysz. W wielkim bloku, o którym mówił Tusk, szanse na to są żadne. Blok powstałby przecież przed wyborami i wtedy ustalono by warunki oraz podzielono wpływy w ewentualnym rządzie, a to pod wieloma względami upośledzałoby PSL (Koalicję Polską), choćby ze względu na obecne notowania w sondażach. Nieprzypadkowo politycy PSL wpychają PO i Lewicę w tworzenie jednego bloku liberalno-lewicowego, gdyż taki blok byłby ograniczający dla obu tych partii, tym bardziej gdyby tylko one się jednoczyły. Wbrew temu, co sądzi Tusk, łatka liberała i lewicowca nie przysparza w Polsce głosów, jakkolwiek antypisowska byłaby potem retoryka.
Front Jedności Mięsa Wyborczego
Hołownia dlatego pierwszy zareagował na wezwanie Tuska, że on i jego Polska 2050 traciliby na takim układzie najwięcej. Najbliższe wybory parlamentarne będą pierwszymi, w których ugrupowanie Hołowni weźmie udział. I od razu w tej pierwszej próbie zrezygnowanie z własnej marki i świeżości lidera oznaczałoby wręcz samobójstwo. Hołownia ma przecież w miarę stabilne poparcie (na poziomie 12–16 proc.) z tego powodu, że jest w polityce nowy, że odcinał się od dłużej funkcjonujących partii, w tym od PO, że chciał się odróżniać od politycznego mainstreamu, że proponował inny sposób budowania i funkcjonowania partii. Przyjmując warunki Tuska i rezygnując z własnej marki, zawodziłby ogromną część swoich sympatyków. A poza tym przyznawałby, że tylko stary układ, ze starym liderem, jest w stanie coś osiągnąć w polskiej polityce. Czym podważałby sens istnienia własnego ugrupowania. Polska 2050 byłaby wtedy na wielu polach poszkodowana (także finansowo, co dla nowej partii jest szczególnie ważne), a zjednoczenie na warunkach Tuska wytrąciłoby mu z ręki wszystkie atuty, przede wszystkim te, które ma w stosunku do Platformy.
Wprawdzie tylko Hołownia nie ma negatywnych doświadczeń z Tuskiem w przeszłości, szczególnie w sprawowaniu władzy, gdyż nie ma żadnych tego typu doświadczeń, ale rozumie, jaką pułapkę na pozostałe partie opozycyjne Tusk wymyślił. Na razie Hołownia ani żaden lider oficjalnie i wprost nie odpowie Tuskowi negatywnie na jego propozycję, czyli ultimatum, ale to wynika wyłącznie z ogólnikowego przekonania, że nie warto palić wszystkich mostów.
Tusk wie, że jego propozycja została trafnie odczytana jako pułapka i ograniczenie dla ewentualnych sojuszników, ale w zakulisowych grach łudzi Hołownię i Kosiniaka-Kamysza (Czarzastego niekoniecznie, bo ten nie jest naiwny), że jednak nie on musiałby być premierem w razie zwycięstwa. Tyle tylko, że inaczej nie utrwaliłby przekonania, iż jest ojcem sukcesu, a to jest mu potrzebne w związku z chęcią wystartowania w wyborach prezydenckich w 2025 r. Tusk orientuje się także, że jego wizja zjednoczenia opozycji to powtórka z wersji komunistycznej, czyli Frontu Jedności Narodu, z którego list wyłącznie można się było dostać do Sejmu. Byli tam więc i przedstawiciele Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, i Stronnictwa Demokratycznego, i reprezentanci organizacji katolickich (najczęściej tzw. koncesjonowani katolicy), tylko nie mieli nic do gadania. Tego właśnie się obawiają liderzy innych partii opozycyjnych. I wiedzą, że Tusk potrzebuje ich partii jako „mięsa wyborczego”. A to nie wzmacnia jego pozycji przetargowej. Front Jedności Narodu Tuska wydaje się w tej sytuacji planem bez szans realizacji.
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
