Francuski Trump. "Zemmour jawi się jako światełko w tunelu"Francuski Trump. "Zemmour jawi się jako światełko w tunelu. Wierny wartościom, którym hołdują zwolennicy prawicy"

Zemmourowi udało się ożywić nudną i przewidywalną kampanię, na której końcu miał stać ten sam pojedynek co w 2017 r.
Konserwatywny publicysta Éric Zemmour chce zdobyć Pałac Elizejski, ale jeszcze bardziej zależy mu na stworzeniu nowej siły na francuskiej prawicy, w chwili gdy polityczna gwiazda Marine Le Pen zaczyna blaknąć.
Francja umiera. Nie, Francja jest już martwa. Nasze elity polityczne, gospodarcze, administracyjne, medialne, intelektualne oraz artystyczne plują na jej grób i depczą jej płonące zwłoki
– ostrzegał Éric Zemmour, pisarz, eseista oraz publicysta dziennika „Le Figaro”, w 2014 r. w swojej książce „Francuskie samobójstwo” (Le suicide français). Było to swoiste rozliczenie z krajem, który niszczy się sam.
Oni piszą właśnie ostatnie akapity naszej historii
– przekonywał. Dekonstruują wszystko to, co stanowi fundamenty Francji. Jej tradycje, zwyczaje, wartości, aż zostanie tylko nicość. „Oni” to oczywiście gnuśne liberalne elity. A na ratunek – konstatował Zemmour – jest już za późno.
Ale to było siedem lat temu. Od tego czasu publicysta, bezlitośnie piętnujący poświęcanie „wszystkiego co francuskie” na ołtarzu wielokulturowości, zmienił zdanie. Wszystko nie jest jeszcze stracone. Napisał więc kolejną książkę „Francja nie powiedziała swojego ostatniego słowa” (La France n’a pas dit son dernier mot), która stała się z miejsca bestsellerem (sprzedał w ciągu dwóch tygodni ponad 130 tys. egz.), oraz ogłosił, że rozważa kandydowanie w wyborach prezydenckich zaplanowanych na wiosnę 2022 r. Tytuł książki stał się hasłem jego kampanii. Program Zemmoura jest prosty: Francja upada z powodu masowej imigracji, lewicowej ideologii, dyktatu Brukseli oraz skorumpowania zakochanej w sobie i zepsutej politycznej elity. Upadkowi można jeszcze zapobiec, ale czasu jest mało. „Musimy działać teraz, natychmiast!” – apeluje.
Francji nie uratuje jednak ani Emmanuel Macron, obecny prezydent oraz przedstawiciel krytykowanych przez publicystę gnuśnych elit, ani nawet Marine Le Pen, która łagodząc swój przekaz polityczny w ostatnich latach, zdaniem Zemmoura zdradziła wspólne prawicowe ideały. Ani podzielona centroprawica. Nie, ratować Francję musi on sam.
Trzeci na podium
Początkowo francuskie elity medialno-polityczne nie traktowały zapowiedzi startu Zemmoura w wyborach poważnie. Uznały ją za zabieg piarowski, mający wypromować jego książkę. Tymczasem jego notowania rosły. Z najnowszego sondażu opublikowanego 20 października przez instytut Ifop-Fiducial wynika, że prezydent Macron może liczyć w pierwszej turze na wynik 24–27 proc. głosów. Na drugim miejscu znalazła się przewodnicząca Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen z poparciem 17–18 proc. Podium zamyka właśnie Zemmour (16–17 proc. głosów). To sporo, biorąc pod uwagę, że nadal nie ogłosił oficjalnie swojej kandydatury i nikt do końca nie wie, czy rzeczywiście to zrobi. Na czwartym miejscu uplasował się reprezentujący centroprawicowych Les Républicains (LR) Xavier Bertrand z 15 proc. głosów, a za jego plecami inni kandydaci ze środowiska Republikanów – Valérie Pécresse i Michel Barnier, były unijny negocjator ds. brexitu – oboje w okolicy 10 proc.
Żaden z kandydatów lewicy oraz skrajnej lewicy nie ma szans na przekroczenie 10 proc. poparcia. Francja jest prawicowa. Francuzów martwią: masowa imigracja, radykalny islam i bezpieczeństwo wewnętrzne. Pandemia COVID-19 tylko przyspieszyła skręt społeczeństwa ku politycznej prawicy, obnażając słabości państwa. Przekaz Zemmoura trafia więc na podatny grunt. Pod koniec czerwca br. w wielu gminach (było ich ponad tysiąc) pojawiły się plakaty z podobizną publicysty oraz hasłem: „Zemmour na prezydenta”. Rozwiesiło je stowarzyszenie Przyjaciele Érica Zemmoura. Akcja odbyła się tuż po porażce Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen w wyborach samorządowych. Wsparli ją liczni samorządowcy, np. burmistrz gminy Orange, położonej w dolinie Rodanu, na północ od Awinionu. Jacques Bompard to jeden ze współzałożycieli Frontu Narodowego, który opuścił w 2005 r. Dziś kieruje własną partią o nazwie Liga Południowa. Bompard, podobnie jak wielu innych rozczarowanych byłych politycznych towarzyszy Marine Le Pen, widzi w Zemmourze szansę na pokonanie politycznego establishmentu w Paryżu, do którego zalicza dziś także liderkę Zjednoczenia (a dawniej Frontu) Narodowego. Dla Bomparda i coraz liczniejszych rozczarowanych Le Pen porzuciła zarówno tożsamościowe postulaty partii (Francja chrześcijańska), jak i souwrenistyczne (wyjście Francji z Unii Europejskiej, a co najmniej odzyskanie części władzy decyzyjnej od Brukseli), w zamian za poparcie wyborców centrum i dostęp do salonu. Zdaniem Bomparda Le Pen jest „prosta i wulgarna” i po licznych nieudanych próbach zdobycia fotela prezydenckiego ma dziś taką samą szansę nim zostać, jak on sam ma szansę zostać biskupem. A przyszłoroczne wybory prezydenckie będą przypominały te z 2017 r.: ci sami kandydaci – Macron i Le Pen, te same postulaty, ten sam wynik. A w tle 30 lat nieskutecznej polityki w dziedzinie migracji i bezpieczeństwa.
Politycznie niepoprawny
Na tym tle Zemmour jawi się jako światełko w tunelu. Świeży, nieskalany udziałem w politycznej machinie nad Sekwaną. Wierny wartościom, którym hołdują zwolennicy tożsamościowej prawicy. Bompard już stworzył pierwsze komitety poparcia dla Zemmoura. Zbierane są fundusze na jego kampanię prezydencką. Zemmour otrzymał także poparcie pisarza Michela Houellebecqa, autora „Uległości” (Soumission), który zadeklarował w wywiadzie z pismem „Les Inrockuptibles”, że wprawdzie już dawno nie głosuje w wyborach, ale jeśli miałby to zrobić, to oddałby swój głos właśnie na Zemmoura. Le Pen może, jego zdaniem, zatrzymać masową imigrację, ale nie zatrzyma islamizacji. Jest to proces duchowy, zmiana paradygmatu. Francja muzułmańska wciąż byłaby suwerennym państwem, ale nie byłaby już Francją.
Eric, on to zrozumiał. Obawiam się jednak, że Francuzi nie chcą podjąć ryzyka ratowania samych siebie. Nie obchodzi ich dusza Francji
– zaznaczył pisarz.
Skoro tak, to jakie byłyby realne szanse Zemmoura w tym wyścigu? Mainstreamowe media od dawna przedstawiają go jako nienawidzącego kobiet rasistę oraz islamofoba. Po tym jak w 2019 r. nazwał muzułmanów „kolonizatorami”, został skazany na grzywnę w wysokości 10 tys. euro za podżeganie do nienawiści (był to już drugi raz, za to samo został już skazany w 2011 r.). Jednocześnie ma on niekwestionowane atuty. Jest postacią spoza polityki, popularną (jego program na kanale CNews oglądało średnio milion osób), znaną z ostrej retoryki oraz odwagi: nie boi się mówić, co myśli, nawet jeśli narusza to zasadę poprawności politycznej. Jest to coś, na co wielu mainstreamowych polityków, także tych na prawicy, nie może sobie pozwolić. Ponadto jego przekaz mobilizuje wyborców. Tych, którzy dawno przestali chodzić do urn, oraz tych z konserwatywnej elity, do których nie trafia przekaz Le Pen. Elektorat Zemmoura to dawny elektorat François Fillona, który wypadł z wyścigu prezydenckiego w 2017 r. z powodu zarzutów o korupcję. A miał spore szanse na zwycięstwo.
Wypełnia on także programową pustkę na prawicy, gdzie aż kłębi się od potencjalnych kandydatów (w LR jest ich aż kilkunastu), ale brakuje idei. Nikt nie wie, o co chodzi centroprawicy, a najmniej wie to ona sama. Tymczasem przekaz Zemmoura jest radykalny, ale jasny. Od 20 lat mówi to samo. O elitach, które nad niczym nie panują, kapitulują przed islamem. A jak pokazują badania, 70 proc. Francuzów uważa, że politycy i media mówią o rzeczach, które ich nie dotyczą, przemilczając te, które są dla nich istotne, np. bezpieczeństwo. Zemmour daje więc głos tym, którzy są niesłyszalni. Mówi o rzeczach, o których mówić nie wolno, jak rzeczywistość życia w imigranckich gettach.
Zemmour korzysta na poważnym kryzysie reprezentacji, który toczy Francję. Im bardziej jest stygmatyzowany, tym bardziej rośnie mu poparcie w sondażach, bo ludzie się z nim utożsamiają
– podkreśla politolog Dominique Reynié. Jest wyrazem sprzeciwu wobec zepsutego systemu. Czymś w rodzaju francuskiego Trumpa.
Brak doświadczenia
To, co stanowi jego siłę, jest jednocześnie jego słabością.
Zemmour niczym nigdy nie zarządzał i nagle musiałby zarządzać państwem. Podczas głosowania wyborca zawsze się zastanawia, czy postać odpowiada funkcji. Taka jest różnica między intencją głosowania a aktem głosowania
– ostrzega politolog Olivier Rouquan. Według niego publicysta może się ograniczać do analizowania błędów, wytykania elitom przewinień. Polityk musi mieć program pozytywny. Propozycje jak to, co zostało zepsute, naprawić. A Zemmour takiego programu zwyczajnie nie ma. Bo trudno traktować poważnie jego wypowiedzi o tym, że część muzułmanów mieszkających we Francji należy wywieźć do ich krajów pochodzenia.
Éric to mój przyjaciel. Rozumiem, że chce się angażować w tę walkę, ale to nie jest dobry pomysł. Kampania prezydencka to ogromna machina. On nigdy nie robił takiej kampanii i nie ma za sobą partii politycznej. Nie uda mu się zgromadzić wokół siebie wyborców. Wywieszanie plakatów zwyczajnie nie wystarczy
– powiedziała tygodnikowi „L’Express” Nadine Morano, europosłanka Les Républicains. To oczywiście nie do końca prawda. Zemmour zebrał wokół siebie doświadczonych specjalistów od kampanii politycznych, byłych współpracowników Nicolasa Sarkozy’ego czy Alaina Juppé, oraz zapewnił sobie solidne finansowanie.
Biznesmen Charles Gave, który opuścił Francję po zwycięstwie wyborczym François Mitterranda w 1981 r., wpłacił na jego kampanię już ponad 300 tys. euro. Otoczył się także wieloma byłymi współpracownikami Marine Le Pen. Jednak nie wszyscy są przekonani, że kampania, mimo licznych podróży Zemmoura po kraju i spotkań z wyborcami, zakończy się ogłoszeniem jego kandydatury. Zdaniem niektórych francuskich mediów publicysta ma przesunąć punkt ciężkości debaty w kierunku tematów, takich jak masowa migracja czy bezpieczeństwo, by osłabić pozycję Macrona, który walczy o reelekcję. Jest zającem w tym wyborczym wyścigu, który z niego odpadnie daleko przed metą. No bo jak miałby rządzić bez partii wspierającej go w parlamencie? Macron też partii nie miał, ale ją szybko stworzył (La République en Marche), i nawet jeśli jest ona dziś wydmuszką, grupą poparcia prezydenta ze słabym osadzeniem w terenie, to jest. Zemmour nie ma nawet tego. On sam twierdzi, że taką partię jeszcze stworzy, po wyborach prezydenckich, pozyskując chętnych z centroprawicy i otoczenia Le Pen. Podstawę nowego ugrupowania ma stanowić stowarzyszenie, które go popiera i jest już mocno osadzone w gminach. Jak twierdził Zemmour w rozmowie z radiem Europe 1, trzy czwarte kandydatów w wyborach parlamentarnych, które odbędą się tuż po prezydenckich, już znalazł. Listy są cały czas tworzone. Swoją kandydaturę w wyścigu o najwyższy urząd w państwie ma natomiast ogłosić na przełomie października i listopada.
Nowa prawica
Największe obawy Zemmour wywołuje zresztą w obozie Le Pen. Jeśli uda mu się uzyskać choćby 15 proc. głosów w pierwszej turze wyścigu o Pałac Elizejski, znacznie osłabi liderkę Zjednoczenia Narodowego przed drugą turą. Nie wspominając o ryzyku, że uzyska większe od niej poparcie i sam do niej wejdzie. Im bardziej rośnie mu bowiem w sondażach, tym bardziej spada Le Pen. We francuskiej prawicy się gotuje, a Zemmourowi udało się ożywić nudną i przewidywalną kampanię, na której końcu miał stać ten sam pojedynek co w 2017 r. Ponadto czas Le Pen zaczyna powoli mijać. Dwa starty w wyborach prezydenckich i dwie porażki każą nawet jej zwolennikom wątpić, czy jest ona zdolna do zdobycia Pałacu Elizejskiego. Kolejna porażka otworzyłaby drogę dla nowego ruchu politycznego na prawicy. W sam raz na wybory w 2027 r. Z Zemmourem na czele czy bez. Byłby to ruch o wiele większy niż Zjednoczenie Narodowe, obejmujący wszystkie odłamy prawicy. Tej wywodzącej się z chadecji, ruchu La Manif Pour Tous, centroprawicy i ugrupowań tożsamościowych. Taki jest długofalowy cel Zemmoura i jego doradców. I to może się udać w kraju, gdzie rozdźwięk między elitami a obywatelami jest tak duży i z każdym dniem rośnie.
Zemmour byłby oczywiście z punktu widzenia Polski kandydatem (a jeśli wygrałby wybory prezydentem) kłopotliwym. Jest otwarcie prorosyjski, wielokrotnie podkreślał, jak bardzo podziwia Władimira Putina i jak bardzo mu się nie podoba, że Rosja jest „osaczona przez NATO”. Tą postawą nie odróżnia się on jednak znacząco od reszty kandydatów na tożsamościowej prawicy, którzy okupują podobne pozycje, takich jak Marine Le Pen, Nicolas Dupont-Aignan, oraz tych na skrajnej lewicy, jak Jean-Luc Mélenchon, kandydat Francji Niepokornej (La France Insoumise). Wszystkim im marzy się Europa od Atlantyku po Ural, a Putin jawi się jako instrument powstrzymania zepsucia – Zachodu lub kapitalizmu. Urzędujący prezydent Macron także raczej do rusofobów nie należy. W zeszłym roku podjął kolejną już próbę zbliżenia z Kremlem. W końcu Macron jest zadeklarowanym gaullistą, podobnie jak Zemmour, i jest to jedyna rzecz, która ich obecnie łączy.
Artykuł z 43/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
