NATO – sojuszem europejskim?NATO – sojuszem europejskim? Czasy mamy niepewne, a to uruchamia dyskusje na temat wielkiej strategii

Z wielu głosów na ten temat chciałbym zwrócić uwagę na dwa wystąpienia, których Autorzy różniący się bardzo, afiliowani też w różnych obozach politycznych, czy raczej nurtach dyskusji strategicznej, dochodzą do wspólnego wniosku i postulują aby Ameryka „postawiła” na Europę, „europeizując” NATO i umożliwiając integrację państw naszego kontynentu w obszarze wojskowym.
Analizuje się dotychczasowe priorytety, zastanawia w jaki sposób przygotować się na nowe wyzwania, przewartościowaniu ulegają dotychczasowe aksjomaty, zdawałoby się niekwestionowane założenia na temat systemu sojuszniczego i relacji w szeroko rozumianym bloku Zachodu. Z wielu głosów na ten temat chciałbym zwrócić uwagę na dwa wystąpienia, których Autorzy różniący się bardzo, afiliowani też w różnych obozach politycznych, czy raczej nurtach dyskusji strategicznej, dochodzą do wspólnego wniosku i postulują aby Ameryka „postawiła” na Europę, „europeizując” NATO i umożliwiając integrację państw naszego kontynentu w obszarze wojskowym.
Pierwszym głosem jest artykuł Justin Logana i Joshua Shifrinsona, ekspertów Cato Institute. Jest to libertariański think tank, który w kwestiach polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych prezentuje linię umiarkowanie izolacjonistyczną. Punktem wyjścia rozważań obydwu Autorów jest teza o niezmienności amerykańskich interesów strategicznych w Europie. Tak jak ponad 100 lat temu przystępując do I wojny światowej tak i obecnie głównym celem Waszyngtonu jest niedopuszczenia aby nasz kontynent został zdominowany przez jedno państwo. Nawet jeśli jakakolwiek europejska potęga jest dziś przyjaźnie nastrojona i podkreśla wagę relacji atlantyckich to już sam fakt powstania europejskiego hegemona jest dla interesów amerykańskich groźny, bo nie można wykluczyć sytuacji kiedy stanie się on wrogiem, albo czując swoją siłę i znaczenie zacznie aktywniej zabiegać o realizację własnych interesów, kosztem amerykańskich. To z tego powodu Dean Acheson mówił w momencie kiedy powstawało NATO, że dwie wojny światowe w których Ameryka zmuszona była wziąć udział „nauczyły nas, że kontrola Europy przez jedną, agresywną, nieprzyjazną potęgę stanowiłaby nie do zniesienia zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych”. Ale, jak zauważają Logan i Shifrinson pierwotnie, o czym otwarcie mówił choćby Dwight Eisenhower, intencją Waszyngtonu było doprowadzenie do odtworzenia zdolności europejskich w zakresie obrony i wycofanie się z Europy. To okazało się w czasie zimnej wojny niemożliwe z dwóch powodów – po pierwsze okazało się, że „stare potęgi” takie jak Francja i Wielka Brytania nie mniej niż zagrożenia ze strony ZSRR obawiają się wzrostu znaczenia Niemiec. I ten czynnik blokował integrację organizmów wojskowych europejskich sojuszników Stanów Zjednoczonych, bo z oczywistych powodów, siła militarna, pozostaje ostatnim bastionem suwerenności. Tylko, że teraz, jak argumentują eksperci Cato Institute sytuacja na naszym kontynencie ulegała, z punktu widzenia sytuacji strategicznej, zasadniczej transformacji. Niemcy, ich zdaniem, nie są w stanie zdominować Europy, nie staną się kontynentalnym hegemonem. Ta kontrowersyjna teza, przynajmniej w oczach niektórych komentatorów znad Wisły, uzupełniona jest o kolejną, nie mniej dyskusyjną. Otóż, jak argumentują Logan i Shifrinson Rosja Putina również nie zdominuje Europy. Ma oczywiście wrogie zamiary, niewykluczone jest też to, że zdecyduje się na jakąś lokalną wojnę, ale to nie oznacza zdolności do „zdobycia” naszego kontynentu i wykorzystania jego zasobów i możliwości aby się wzmocnić, co byłoby groźne, bo w dłuższej perspektywie mogłoby nawet prowadzić do naruszenia amerykańskiej, globalnej, pozycji. Przez ponad dwa lata Moskwa nie jest sobie w stanie poradzić z o wiele słabszą Ukrainą, co czyni przesadzonymi obawy, że byłaby w stanie zdominować cały kontynent. Oznacza to, że przejścia do polityki offshore balancing, dbania o to aby nikt w Europie nie naruszył równowagi sił jest dziś możliwe, co więcej jest to dla Ameryki, w związku z zagrożeniem ze strony Chin, jedyną opcją. Te rozważania Autorzy opatrują ważną uwagą. Ich zdaniem nie można utożsamiać równowagi sił na kontynencie ze stanem sprzed 2014 roku, kiedy to sytuacja tak się układała, że większość analityków a za nimi polityków twierdziło, iż nie grozi nam tradycyjna wojna w Europie. Teraz tak nie jest i nie będzie w przyszłości, ale, jak piszą „Bez żadnego kandydata do roli europejskiego hegemona, Stany Zjednoczone nie muszą już odgrywać dominującej roli w regionie. Bez Waszyngtonu u steru, Europa miałaby dziś normalną politykę zagraniczną — która, co prawda, obejmuje perspektywę jakiegoś konfliktu międzypaństwowego na peryferiach — ale bez otwierania drzwi na hegemoniczne wyzwanie.” To ważna uwaga. Oczywistą konsekwencją przejścia przez Amerykę do roli siły wojskowej dbającej o równowagę w Europie jest przyjęcie optyki, którą określić można mianem generalnej. Waszyngton winien dbać o to aby „jądro” kontynentu, czyli stare potęgi nie zostały podporządkowane sobie przez wrogich graczy zewnętrznych, albo nie zmieniły obozu, ale nie oznacza to dbałości i troski o unikanie wojen na peryferiach. Te, zapewne o charakterze lokalnym, toczyłyby się „na obrzeżach cywilizowanego świata”, gdzieś na Łotwie, jak piszą czy na wschodnich rubieżach, ale ich przebieg, tym bardziej wynik, nie równa się groźbie dla generalnej relacji sił. Za bezpieczeństwo na kontynencie, w tym na jego peryferiach winny odpowiadać siły państw europejskich, które muszą odpowiednio zwiększyć swe zaangażowanie i zdolności. Oczywiście mowa jest o „przyjaznym” wycofaniu się Ameryki a nie jakimś porzuceniu strategicznym. Ten scenariusz oznacza redukcję obecności wojskowej, np. pierwszym krokiem mogłoby być odmrożenie decyzji podjętej za czasów pierwszej administracji Trupma w sprawie wycofania 12 tys. żołnierzy z Niemiec i ewakuowanie tych 20 tys., którzy zostali przysłani po wybuchu wojny na Ukrainie. Jednak do mementu kiedy Europejczycy uzyskają zdolności, którymi dziś nie dysponują, Amerykanie winni luki w potencjale uzupełniać. W świetle propozycji ekspertów Cato Institute chodzi właśnie o uzupełnianie a nie zastępowanie europejskich możliwości. Autorzy proponują aby Ameryka „postawiła” na rozbudowę zdolności państw takich jak Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Polska które powinny nie tylko rozbudowywać swe armie, ale również dążyć do ich operacyjnej integracji. Waszyngton powinien wspierać zmiany, a nie postrzegać je, jak to miało miejsce przez wiele lat, w kategoriach zagrożenia dla siły więzi atlantyckich. Korzyści, jakie mogą być udziałem Ameryki w efekcie przekształcenia tego paradygmatu strategicznego są wymierne. Chodzi z jednej strony o zmniejszenie wydatków, dziś szacowanych na 70 do nawet 100 mld dolarów rocznie, jakie amerykański podatnik ponosi na obronę Europy, z drugiej zaś strony to zmniejszenie obszarów strategicznej odpowiedzialności pozwoli lepiej wykorzystać ograniczone zasoby na powstrzymywanie Chin. Docelowo, jak proponują, NATO winno stać się „sojuszem europejskim”. Ich zdaniem działania zaplanowane i podjęte przez Waszyngton winny „pokazać, że Stany Zjednoczone oczekują, że Europejczycy będą zarządzać sojuszem na co dzień. Będą w dobrej pozycji, aby to zrobić: rozbudowana infrastruktura biurokratyczna NATO umożliwia budowanie nawyków współpracy nabytych w trakcie długiego istnienia sojuszu. Polityka USA nie musi mieć na celu ani formalnego wycofania się z NATO ani kontynuacji członkostwa w nim (na dotychczasowych zasadach – MB); musi po prostu jasno dać do zrozumienia, że kadencja Waszyngtonu jako gwaranta pokoju w Europie dobiega końca, a jeśli europejscy planiści obronni uważają, że pozostawia to lukę do wypełnienia, muszą ją wypełnić sami.” Ta luka bezpieczeństwa dotyczy też przyszłości Ukrainy. Jeśli Europejczycy będą chcieli jej przyjęcia do NATO i zdecydują się w związku z tą decyzją na ryzyko regionalnej wojny z Rosją, to muszą to robić na własny rachunek a nie zza pleców Stanów Zjednoczonych. Obecny kryzys bezpieczeństwa związany z wojną, jak argumentują, jest najlepszą od lat okazją aby przeprowadzić fundamentalne zmiany zarówno w amerykańskiej wielkiej strategii jak i w modelu funkcjonowania NATO, a co za tym idzie, otwiera on pole do zmian relacji atlantyckich.
