Gazowy szantaż. "Polska jest w lepszej sytuacji"Gazowy szantaż. "Polska jest w lepszej sytuacji od innych państw UE. Zdołała sobie w ostatnich latach zapewnić alternatywne źródła gazu"

Gaz ma stanowić główne paliwo pomostowe na drodze do dekarbonizacji i pełnej transformacji energetycznej Europy. Rosjanie zyskują więc doskonałe narzędzie nacisku na państwa Unii.
Wszystko wskazuje na to, że za gwałtowny skok cen gazu w Europie odpowiada rosyjski Gazprom, który rozmyślnie ograniczył dostawy do Unii, aby wymusić w ten sposób jak najszybsze uruchomienie zbudowanego już gazociągu Nord Stream 2. Gazowy szantaż Kremla coraz mocniej uderza w unijną gospodarkę.
Zbyt ambitna polityka klimatyczna przyjęta przez Unię Europejską jeszcze tej zimy może się przyczynić do deficytu energii, wzrostu cen i wywołania perturbacji gospodarczych na naszym kontynencie. Od kilku tygodni mamy bowiem do czynienia z bezprecedensowymi, sięgającymi kilkuset procent na przestrzeni ostatnich miesięcy, podwyżkami cen gazu na rynku energetycznym.
Powodów tego stanu rzeczy jest kilka, wśród nich ożywienie gospodarcze po zeszłorocznym uderzeniu pandemii, które znacząco zwiększyło światowy popyt na gaz, niewystarczające zapasy tego paliwa w europejskich magazynach oraz ciągle rosnące ceny za emisję dwutlenku węgla, które ograniczają opłacalność produkcji energii z innych paliw kopalnych.
Jednak wszystko wskazuje na to, że za gwałtowny skok cen tego paliwa w największej mierze odpowiada rosyjski Gazprom, który pomimo wzrostu popytu na gaz rozmyślnie ograniczył dodatkowe dostawy do Europy, aby wymusić w ten sposób jak najszybsze uruchomienie zbudowanego już gazociągu Nord Stream 2.
Tymczasem, zgodnie z założeniami unijnej polityki klimatycznej, gaz ma stanowić główne paliwo pomostowe na drodze do dekarbonizacji i pełnej transformacji energetycznej wspólnoty. Rosjanie, którzy dostarczają dziś ok. 43 proc. całego gazu używanego w Unii Europejskiej, zyskują więc doskonałe narzędzie nacisku na państwa wspólnoty i – jak widać – nie zawahają się go użyć, aby osiągnąć swoje cele.
Ceny zwariowały
Gaz na rynkach sprzedawany jest w przeliczeniu na megawatogodziny (MWh). 6 października cena megawatogodziny na rynku hurtowym w Holandii skoczyła do 161 euro, czyli tyle kosztowała ilość gazu potrzebna do wyprodukowania jednej megawatogodziny energii. Dla porównania trzy miesiące wcześniej za taką samą ilość gazu płacono zaledwie 32 euro. Daje nam to pojęcie o skali podwyżki. Cytowany przez portal energetyka24.cm analityk francuskiej grupy energetycznej Engie przyznał, że w ciągu swojej kilkunastoletniej kariery nigdy nie widział tak wysokich cen gazu. Wprawdzie ceny potem nieco spadły, ale i tak utrzymały się w okolicy 100 euro za MWh.
Konsekwencją tych podwyżek mogą być nie tylko wyższe koszty ogrzewania, gdy zimą – zwłaszcza w naszej części Europy – wzrasta zapotrzebowanie na gaz, lecz również problemy w innych sektorach unijnej gospodarki. Gaz coraz częściej wykorzystywany jest do produkcji energii elektrycznej, uważa się go bowiem za paliwo bezpieczniejsze dla środowiska naturalnego od węgla. Nic więc dziwnego, że w ślad za deficytem gazu gwałtownie rosną ceny energii elektrycznej. Przykładowo w Hiszpanii i Portugalii w ciągu ostatniego pół roku energia podrożała aż trzykrotnie. Z kolei w Belgii – jak podał tamtejszy regulator rynku energetycznego CREG – rachunki za energię mogą skoczyć o 700 euro w ciągu roku.
Dodatkowo gaz jest szeroko wykorzystywany w przemyśle chemicznym, m.in. przy produkcji nawozów sztucznych. Wzrost cen nawozów wraz ze wzrostem cen energii elektrycznej musi się więc przełożyć na wyższe ceny żywności i innych towarów. Im dłużej potrwa kryzys na rynku gazu, tym konsekwencje będą dłuższe i poważniejsze.
W Polsce również widać podwyżki na rynku. Od stycznia do września ceny gazu dla odbiorców przemysłowych skoczyły średnio o 200 proc. W sierpniu na Towarowej Giełdzie Energii za jedną megawatogodzinę płacono powyżej 200 zł, tymczasem na początku października cena skoczyła do 560 zł. Na razie podwyżki omijają klientów indywidualnych, przynajmniej tych, którym gaz dostarcza państwowe PGNiG. Jeśli zaś chodzi o udział gazu w produkcji energii elektrycznej, to jest on w Polsce stosunkowo niewielki i według danych z 2020 r. wynosi ponad 10 proc., ale skoro płacimy coraz wyższe opłaty emisyjne za energię pochodzącą z węgla (w Polsce blisko 70 proc. produkcji prądu pochodzi z węgla kamiennego i brunatnego), to nasze rachunki za prąd też będą rosły.
Kosztowna ekologia
Wiele wskazuje na to, że Europę może czekać w tym roku ciężka zima. Zapewne byłoby inaczej, gdyby Bruksela nie zdecydowała się na tak ambitną transformację energetyczną. Gwałtowne odchodzenie od węgla i obłożenie energii wytwarzanej z tego surowca wysokimi opłatami emisyjnymi sprawiło że Europa zmaga się z coraz większym deficytem energii. Rozwiązaniem problemu mogłaby być energetyka jądrowa, ale elektrownie atomowe również są na cenzurowanym. Niemcy promują denuklearyzację kontynentu i wygaszają swoje siłownie, a projekty budowy nowych elektrowni atomowych, realizowane np. w Polsce, są coraz ostrzej zwalczane.
Alternatywą mają być odnawialne źródła energii, ale ich wadą jest to, że produkują energię jedynie w sprzyjających warunkach pogodowych. Gdy na dłuższy czas zabraknie słońca lub wiatru, co w naszych warunkach klimatycznych jest zjawiskiem spotykanym dość często, prądu po prostu nie ma. I dopóki postęp technologiczny nie umożliwi magazynowania zielonej energii w specjalnych akumulatorach, farmy wiatrowe i słoneczne nie zapewnią stabilnych dostaw.
Za tak gwałtowną transformacją energetyczną stoi oczywiście zielona ideologia, ale nie tylko. Transformacja – i szerzej cała polityka klimatyczna – jest bowiem kolejnym skokiem na kasę, który utrwali przewagę najbogatszych państw i pozwoli wyciągnąć z kieszeni biedniejszych jeszcze więcej pieniędzy. Europejskimi liderami w zielonych technologiach są Niemcy i to one potencjalnie najbardziej zyskają w Unii na nowej polityce klimatycznej. To również dlatego ostro atakuje się brudną energetykę węglową i znacznie mniej brudną, a przez to konkurencyjną, energetykę atomową.
Problem w tym, że promowane przez Niemcy i Unię odnawialne źródła energii dostarczają dziś w Europie nie więcej niż 38 proc. energii i zapewne minie jeszcze sporo czasu, zanim – jeśli w ogóle tak się stanie – będzie można oprzeć na nich gospodarkę kontynentu. Z tego powodu konieczne jest paliwo przejściowe, na którym dojedziemy do końca zielonej transformacji. Takim paliwem jest dziś gaz, na który – wraz z odchodzeniem od węgla i atomu – zapotrzebowanie jest coraz większe.
Według danych BP za rok 2018 największym konsumentem gazu w Europie są Niemcy (88 mld m3), przed Wielką Brytanią (79 mld m3) i Włochami (69 mld m3). Dalej jest Francja (43 mld m3), Holandia (36 mld m3) i Hiszpania (32 mld m3). Dla porównania roczne zużycie gazu w Polsce wynosiło w tym czasie ok. 19 mld m3.
Presja Kremla
Na rozwoju energetyki gazowej najbardziej korzysta Rosja, która jest głównym dostawcą tego surowca do Europy, w tym Niemiec, które dzięki dwóm nitkom gazociągu Nord Stream stają się głównym dystrybutorem gazu w Unii. Nie powinna więc nikogo dziwić determinacja Berlina, aby pomimo agresywnej polityki Kremla oraz nałożonych na Rosję sankcji, sfinalizować budowę Nord Stream 2 i uruchomić tym rurociągiem przesył gazu.
Okazało się jednak, że o ile po objęciu władzy w Białym Domu przez Joego Bidena udało się wycofać amerykański sprzeciw wobec Nord Stream 2 i skończyć jego budowę, o tyle uruchomienie gazociągu i rozpoczęcie dostaw wymaga jeszcze stoczenia kilku bitew wewnątrz Unii Europejskiej. Chodzi przede wszystkim o stwierdzenie zgodności działania Nord Stream 2 z unijnymi przepisami antymonopolowymi. W tej sytuacji Rosjanie najwyraźniej postanowili przyspieszyć proces decyzyjny, ograniczając dostawy i wywołując w ten sposób kryzys gazowy na kontynencie.
Moskwa tłumaczy oficjalnie, że Gazprom wywiązuje się z długoterminowych kontraktów (takich jak wygasający z końcem przyszłego roku kontrakt jamalski z Polską). Problemy są jedynie z dodatkowymi dostawami, które – zdaniem Rosjan – nie mogą być na razie zrealizowane z powodu większego zapotrzebowania krajowego i konieczności zapełnienia własnych magazynów gazu po ubiegłorocznej mroźnej zimie. Te wyjaśnienia to w rzeczywistości jedynie zasłona dymna, Rosja zwleka bowiem ze zwiększeniem dostaw do czasu uruchomienia gazociągu Nord Stream 2, co niemalże wprost przyznał rosyjski minister energetyki Aleksander Nowak, mówiąc, że obecną sytuację na unijnym rynku mogłoby zmienić dopiero uruchomienie Nord Stream 2.
Wprawdzie rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, a potem sam Władimir Putin zasugerowali, że być może możliwe byłyby dodatkowe dostawy istniejącymi szlakami, to przekaz płynący z Rosji jest czytelny – bez odblokowania Nord Stream 2 stabilizacji na rynku gazowym w Europie nie będzie. Zwłaszcza że istniejące rurociągi, o których wspomniał Putin, mają jeszcze spore rezerwy przepustowości, ale mimo to Rosja z nich – jak dotąd – nie skorzystała. Widać więc, że nie chodzi tu o kwestie techniczne, lecz o wywarcie politycznej presji.
Gazprom traci na tym finansowo, bo przecież, korzystając ze zwiększonego popytu w Europie, mógłby teraz sprzedać dodatkowy gaz za znacznie większe pieniądze. Ale Gazprom jest jedynie narzędziem ekspansywnej polityki Kremla, więc straty finansowe nie mają znaczenia wobec spodziewanych zysków politycznych.
Ambasador pisze do Onetu
Na pytanie, czego domaga się Rosja w zamian za dodatkowy gaz, niemal wprost odpowiedział ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andriejew. W swoim liście opublikowanym na łamach portalu Onet.pl dyplomata obarczył winą za deficyty na rynku dostawców gazu skroplonego (czytaj: Amerykanów), którzy jakoby wolą sprzedawać go drożej w Azji niż w Europie. Jednocześnie jednak przyznał, że Rosja nie może dłużej nie dostrzegać wymierzonych w nią „nielegalnych sankcji”, „bezczelnej kampanii” dyskredytującej Gazprom oraz „prób wypchnięcia” koncernu z rynku europejskiego pod pozorem dywersyfikacji. Jest to oczywiście zawoalowane uderzenie w państwa Europy Środkowo-Wschodniej, przede wszystkim w Polskę, w kraje bałtyckie i Ukrainę. W tej sytuacji – jak twierdzi ambasador – nie należy oczekiwać, że Rosja będzie pilnie podejmować jakieś nadzwyczajne środki, aby zapobiec kryzysowi energetycznemu w Europie.
Jest jednak rozwiązanie, które zapewni bezpieczeństwo dostaw – to oczywiście Nord Stream 2. Ambasador zachwala nowy gazociąg jako „krótszy, bezpieczniejszy, tańszy i bardziej ekologiczny sposób przesyłu gazu do Europy Zachodniej, pozwalający w sytuacjach kryzysowych szybko i na wzajemnie korzystnych warunkach zaspokoić rosnące potrzeby naszych partnerów, mimo przeszkód różnego rodzaju”. Po przeczytaniu tego listu wszystko jest więc jasne: albo Europa Zachodnia uspokoi Polaków oraz Litwinów i odblokuje wreszcie Nord Stream 2, albo będzie musiała się liczyć z dalszymi zakłóceniami dostaw gazu.
Kwestią otwartą pozostaje pytanie, czy w obliczu dalszych wzrostów cen energii i wywołanego tym niezadowolenia Europa Zachodnia ugnie się pod gazową presją Kremla i skapituluje, zwłaszcza że Nord Stream 2 jest już przecież ukończony. W Berlinie – jeśli nie liczyć Zielonych uważających gaz za nie dość czyste źródło energii – właściwie wszystkie liczące się siły polityczne chcą uruchomienia drugiej nitki Nord Stream. Jednak Bruksela ma jeszcze opory, zapewne zdając sobie sprawę z tego, że pójście na ustępstwa może w przyszłości jeszcze bardziej rozzuchwalić Rosję.
Ambasador Unii w Moskwie Markus Ederer ostrzegł więc Rosjan, że ich strategia jest ryzykowna, bo obecna sytuacja może zagrozić ich wiarygodności i przyspieszyć proces odchodzenia od gazu na rzecz odnawialnych źródeł energii. „Nie mówię nawet o tym, że brak reakcji może zostać potraktowany jako próba wywarcia presji w celu przyspieszenia oddania do użytku Nord Stream 2” – zaznaczył. Moskwa jednak niezbyt przejmuje się tymi słowami, bo dobrze wie, iż Niemcy, które oparły swoją politykę energetyczną na rosyjskich surowcach, nie pozwolą jej wypchnąć z unijnego rynku. A gdy gaz przestanie się liczyć jako podstawowe źródło energii, prawdopodobnie zastąpi go rosyjski wodór. Obopólny interes będzie się więc kręcił dalej. Po co więc to psuć?
Wolni od szantażu
Niezależnie od tego, jaki będzie ostateczny wynik wojny gazowej, Polska jest w o tyle lepszej sytuacji od innych państw Unii, że znając metody Kremla, zdołała sobie w ostatnich latach zapewnić alternatywne źródła gazu. Chodzi tu przede wszystkim o kontrakty na dostawy gazu skroplonego LNG ze Stanów Zjednoczonych i Kataru, które mają zapewniać docelowo 12 mld m3 gazu oraz o budowę gazociągu Baltic Pipe z Norwegii o rocznej przepustowości 10 mld m3, który – według planów – zostanie uruchomiony w przyszłym roku. W ten sposób, włączywszy krajowe wydobycie gazu na poziomie 4 mld m3 rocznie, jesteśmy w stanie zapewnić sobie całkowitą niezależność od dostaw z Rosji, a zarazem stopniowo zwiększać zużycie gazu (docelowo do poziomu 30 mld m3 gazu rocznie wobec 20 mld m3 dzisiaj) i jego udział w krajowym miksie energetycznym. Obecnie obowiązujący kontrakt jamalski, który przewidywał dostawy gazu z Rosji, wygaśnie z końcem przyszłego roku.
Nie oznacza to niestety, że energia pochodząca z bezpiecznych, przewidywalnych źródeł będzie znacząco tańsza od rosyjskiej. Możemy być za to pewni, że nikt nie zakręci nam kurka i posługując się gazem, nie wywoła kryzysu. Jest tylko pytanie, czy w obliczu obecnej presji ze strony Rosji do podobnych wniosków dojdzie również cała Unia.
Artykuł z 42/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
