Coś się stało z igrzyskamiCoś się stało z igrzyskami. Wszystko wskazuje na to, że igrzyska w Tokio nie zapiszą się w historii jako ważne wydarzenie

Jeśli zamiast o rywalizacji sportowców mówi się dziś głównie o ich preferencjach seksualnych czy o tzw. tożsamości płciowej, to nie jest to już widowisko sportowe, lecz impreza polityczna lub propagandowa.
Zainteresowanie olimpiadą jest wyraźnie mniejsze niż w poprzednich latach. Z powodu pandemii zawody rozgrywane są bez udziału publiczności, a rywalizację o medale przesłoniły ideologiczne i polityczne manifestacje. Być może czeka nas więc zmierzch idei olimpijskiej.
Igrzyska w Tokio od dawna prześladuje pech. To już trzeci raz, gdy japońska stolica organizuje olimpiadę. Za pierwszym razem miały się one odbyć w 1940 r., ale te plany pokrzyżowała wojna. Ostatecznie sportowcy spotkali się na igrzyskach w Tokio dopiero w 1964 r., ale już w zupełnie innych realiach międzynarodowych.
Po raz kolejny mieli przystąpić do zawodów olimpijskich w zeszłym roku, jednak niespodziewanie wybuchła pandemia i otwarcie igrzysk trzeba było przesunąć o rok. To wydarzenie bez precedensu, dotąd bowiem w sytuacjach, gdy zawody nie mogły się odbyć, po prostu je odwoływano. Jednak pandemia to nie wojna, więc XXXII igrzyska ostatecznie doszły do skutku. Tyle że – również po raz pierwszy w historii – bez publiczności na trybunach.
Kłopotliwe igrzyska
Czytelnicy, zwłaszcza ci w średnim lub starszym wieku, pamiętają zapewne, że olimpiada letnia była kiedyś wielkim wydarzeniem sportowym. Z uroczystym, patetycznym ceremoniałem i śledzonymi na całym świecie zmaganiami stanowiła powód do dumy dla kraju będącego gospodarzem, a także bodźcem do jego rozwoju – w Japonii przykładowo pozostałością po poprzedniej olimpiadzie z 1964 r. jest znakomicie dziś rozwinięta sieć szybkich kolei Shinkansen. Dziś jednak jest zupełnie inaczej.
Termin otwarcia olimpiady w Tokio do samego końca wisiał na włosku, bo – to kolejne novum – igrzysk nie chcieli mieszkańcy Tokio. W Japonii ciągle rosną wskaźniki zakażeń koronawirusem, dlatego dość powszechnie obawiano się niekontrolowanego wybuchu zarazy. W styczniu – według informacji brytyjskiego dziennika „The Times” – rząd japoński miał całkiem poważnie rozważać odwołanie igrzysk i przeniesienie ich na pierwszy wolny termin, który przypadał dopiero w 2032 r. Jak wiemy, ostatecznie do tego nie doszło.
Nie zmienia to jednak faktu, że japońscy gospodarze igrzysk postanowili zrobić wszystko, aby uspokoić złe nastroje w kraju. Przede wszystkim zrezygnowano z udziału publiczności i bardzo zaostrzono reżim sanitarny. Niewiele to jednak pomogło, bo – jak wynika z sondażu opinii publicznej przeprowadzonego przez Kyodo News tuż przed otwarciem igrzysk – aż 87 proc. ankietowanych wyrażało poważny niepokój w związku z olimpiadą, a blisko jedna trzecia z nich chciała jej odwołania.
Olimpiada jest na tyle niepopularna, że japońskie firmy sponsorujące zawody, nie chcąc narażać się na utratę klientów i straty wizerunkowe, postanowiły się wycofać z emisji reklam promujących igrzyska. Jako pierwsza zdecydowała się na taki krok Toyota, a jej prezes Akio Toyoda odwołał swój udział w ceremonii otwarcia. Później w ślad Toyoty poszły jeszcze firmy takie jak Panasonic i Bridgestone. Z kontraktów sponsorskich zrezygnowali także producenci żywności i gadżetów – nic dziwnego, bo nie byłoby komu ich sprzedawać.
Sytuacja, w której promocja olimpiady może zaszkodzić wizerunkowi firmy lub jej dochodom, jest bezprecedensowa. W tej chwili nie zaszkodzi to jeszcze Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu (MKOl), bo duże kontrakty sponsorskie i reklamowe są zazwyczaj wieloletnie, ale jeżeli obecny spadek zainteresowania igrzyskami okaże się bardziej trwały, to za kilka lat ruch olimpijski może czekać poważny kryzys.
Pandemiczne znużenie
Potencjalne kłopoty budżetowe mogą zresztą dotyczyć nie tylko igrzysk olimpijskich. Słabsze zainteresowanie – choć nie aż tak niskie jak w przypadku olimpiady – notuje się również ostatnio w przypadku innych wydarzeń sportowych, jak choćby niedawnego Euro 2020. Tu wprawdzie dopuszczono niewielką liczbę publiczności na trybunach, ale chodzi głównie o telewidzów. A ci nie dopisali już tak bardzo jak kiedyś. W przypadku olimpiady w Tokio jest jeszcze gorzej, bo nie dość, że emocje nie te, to jeszcze ze względu na różnicę czasu transmisje odbywają się w Europie w środku nocy lub nad ranem. Mało kto jest tak zdeterminowany, aby ślęczeć o tej porze przed telewizorem, choć pewnej nocy słyszałem przez okno, jak ktoś wyjątkowo wytrwały oglądał transmisję z igrzysk.
Oczywiście to nie pierwszy raz w historii, gdy olimpiada odbywa się w innej strefie czasowej, więc eksperci tłumaczą słabsze zainteresowanie igrzyskami reakcją na pandemię, która wymusiła u ludzi długie przebywanie w domach i spowodowała tym samym przesyt internetem oraz telewizją. Inni dodają, że nie opłaca się organizować w jednym roku dwóch dużych wydarzeń sportowych, bo z jednej strony publiczność jest znużona, a z drugiej sponsorzy – zwłaszcza w dobie pandemii – muszą się bardziej liczyć z finansami.
Wszystko więc teoretycznie powinno wrócić za jakiś czas do normy. Ale tylko teoretycznie, bo zapewne łatwiej będzie znaleźć sponsorów na rozgrywki w mocno skomercjalizowanych dyscyplinach, takich jak piłka nożna, niż na wyraźnie coraz mniej pociągającą olimpiadę z jej niszowymi zawodami, atrakcyjnymi wyłącznie dla pasjonatów.
Wiadomo już, że tegoroczna olimpiada, pozbawiona turystów, publiczności i reklam, przyniesie straty finansowe. Nie wiadomo tylko, czy będą one na tyle wysokie, aby pobić dotychczasowy rekord z 2000 r. w Sydney, gdy siedmiokrotnie przekroczono początkowy budżet i utopiono ponad 2 mld dol. Jak na razie łączne koszty XXXII igrzysk wyniosły 15,6 mld dol., czyli dwukrotnie więcej niż planowano, z tego 3 mld dol. pochłonęły same środki bezpieczeństwa związane z pandemią. Jednak zdaniem ekspertów tegoroczna olimpiada może kosztować od 22 do nawet 28 mld dol. Jak z tego wynika, igrzyska w dzisiejszych czasach coraz mniej się opłacają.
Polityka zamiast sportu
W sytuacji, gdy gospodarze olimpiady nie mogą się doczekać jej zakończenia, sponsorzy zachowują bezpieczny dystans, a na trybunach nie ma publiczności, pojawiają się nieoczekiwanie zupełnie inne emocje. I to zgoła niesportowe. Dość bezbarwna olimpiada w Tokio stała się bowiem areną wydarzeń politycznych oraz głośnych manifestacji ideologicznych.
Najgłośniejszym echem odbiła się – jak dotąd – próba porwania białoruskiej lekkoatletki Krysciny Cimanouskiej, która ośmieliła się skrytykować trenerów swojej kadry w kwestiach dotyczących walki z dopingiem. Cimanouska, którą w odpowiedzi na krytykę białoruski reżim wycofał z zawodów i chciał ściągnąć karnie do Mińska, zdołała wyrwać się swoim „opiekunom” na lotnisku w Tokio, skąd ostatecznie – z pomocą polskich władz – przybyła do Warszawy, MKOl wszczął zaś śledztwo w jej sprawie.
Potyczka Cimanouskiej z reżimem Łukaszenki zdominowała przez kilka dni doniesienia z Tokio, odsuwając na dalszy plan kwestie sportowej rywalizacji. Oczywiście podobne sytuacje działy się już w przeszłości. Polityka często łączy się ze sportem, niekiedy nawet w dramatyczny sposób. Wystarczy przypomnieć sobie olimpiadę w Monachium z 1972 r., gdy terroryści palestyńscy dokonali zamachu na sportowców z Izraela. Emocje polityczne towarzyszyły też igrzyskom w Moskwie (1980 r.) odbywającym się w cieniu sowieckiej agresji na Afganistan. Z udziału w moskiewskiej olimpiadzie zrezygnowały wtedy w proteście Stany Zjednoczone i wiele innych państw. W odwecie państwa komunistyczne (z wyjątkiem Rumunii) zbojkotowały cztery lata później igrzyska w Los Angeles. Zmagania sportowe – lub ich brak w przypadku bojkotu – były więc niejako uzupełnieniem rywalizacji międzynarodowej. Dziś jednak trudno szukać podobnych emocji w rywalizacji chińsko-amerykańskiej, a znajdująca się na dalszych pozycjach Rosja, w ramach kary za stosowanie dopingu u swoich sportowców, nie występuje na obecnej olimpiadzie pod swoją flagą.
Żadną nowością nie są też demonstracje ideologiczne podczas olimpiady – najsłynniejszym przykładem są tu berlińskie igrzyska z 1936 r. Dotąd jednak mieliśmy do czynienia z politycznymi lub ideologicznymi gestami państw, teraz zaś wykonują je poszczególni uczestnicy igrzysk. Jest to o tyle zaskakujące, że tego rodzaju manifestacje są sprzeczne z duchem olimpijskim zakładającym czysto sportową rywalizację. Okazuje się jednak, że ten duch jest wśród sportowców coraz słabszy.
W tym kontekście warto wspomnieć o sporym skandalu, który wywołały deklaracje dwóch judoków: jednego z Algierii, a drugiego z Sudanu, którzy odmówili wyjścia na ring przeciwko Izraelczykowi. Jeden z nich miał powiedzieć, że nie chce sobie „brudzić rąk” dotykaniem zawodnika z Izraela. Obaj zostali ukarani przez Międzynarodową Federację Judo za naruszenie „rygorystycznych zasad przeciwko dyskryminacji”.
Zawody LGBT
W czasie gdy federacja judo walczy z dyskryminacją w swojej dyscyplinie, MKOl, raczej z umiarkowanym sukcesem, próbuje pilnować, zgodnie z własną deklaracją z jesieni 2020 r., aby ideologia i polityka całkiem nie przesłoniły sportu. Wiąże się to – choć nie tylko – z przybierającą falą lewicowego radykalizmu zalewającą w ostatnich latach społeczeństwa zachodnie.
Przedsmak zideologizowania sportu mieliśmy podczas turnieju Euro 2020, gdy m.in. drużyna angielska przyklękała przed każdym meczem w geście „protestu przeciw rasizmowi”, a barwy tęczy pojawiały się w różnych konfiguracjach – a to na opasce kapitana drużyny niemieckiej (a potem i angielskiej), a to na zdalnie sterowanym samochodziku Volkswagena, który podwoził piłkę na boisko. UEFA nie dostrzegła w tym żadnej manifestacji politycznej, przeciwnie – uznała to za deklarację „różnorodności” i otwarcie wsparła środowiska LGBT. Zapalono tym samym zielone światło dla podobnych demonstracji w przyszłości, także w trakcie olimpiady. Nic więc dziwnego, że brytyjskie piłkarki zadeklarowały, iż wbrew zakazowi MKOl i tak będą przyklękać przed każdym meczem na jedno kolano.
Wygląda też na to, że spośród reprezentacji obecnych na olimpiadzie i ich klasyfikacji medalowych najważniejsza stała się ponadnarodowa reprezentacja przedstawicieli środowisk LGBT. Jak skrupulatnie wyliczono, w tokijskiej olimpiadzie bierze udział rekordowa liczba sportowców LGBT – 142 osoby. Dla porównania w poprzednich igrzyskach w Rio de Janeiro występowało 56 takich zawodników, a w 1988 r. w Seulu zaledwie jeden (amerykański jeździec Robert Dover).
Podkreśla się również, że w kobiecej reprezentacji Kanady w piłce nożnej startuje 26-letnia (26-letni?) Quinn deklarujący się (deklarująca się?) jako osoba niebinarna. Najwięcej emocji budzi jednak 43-letnia sztangistka Laurel Hubbard z Nowej Zelandii. Niespełna dziesięć lat temu była ona mężczyzną o imieniu Gavin, który pobił kilka rekordów w kategorii juniorów. Krytycy dopuszczenia Hubbard do zawodów olimpijskich zwracali uwagę, że ma ona inny budulec mięśni i była trenowana inaczej jako mężczyzna, co musi przełożyć się teraz na wynik rywalizacji. Zawodniczka spełniła jednak kryteria kwalifikacyjne MKOl. Belgijka Anna Van Bellinghen, która również jest sztangistką, uważa, że obecność Hubbard wśród kobiet należy uznać za „kiepski żart”.
Jesteśmy bezsilne. Debata odbywa się pod kątem dyskryminacji osób transgenderowych i jest naznaczona ideologią
– mówi belgijska zawodniczka. Hubbard nie odniosła jednak sukcesu w Tokio.
Liczą się preferencje
W chwili gdy piszę te słowa, nie wiadomo jeszcze, jak tak szeroka obecność osób LGBT przełoży się na wyniki sportowe, w każdym razie – jak donoszą media – złoty medalista w kategorii skoków synchronicznych do wody, Brytyjczyk Tom Daley, w czasie przerw między zawodami robi swetry na drutach, które zamierza potem sprzedać na aukcji, a z zarobionych pieniędzy wesprzeć „homoseksualne dzieci wyrzucone z domów przez rodziców”. W ten sposób, jak twierdzi, wspiera postulaty LGBT.
Daley po zdobyciu złotego medalu ogłosił, że jest „niesamowicie dumny” z tego, iż jest gejem i mistrzem olimpijskim. Lewicowy dziennik „Guardian” skomentował jego zwycięstwo zdaniem, że „cała nadzieja, rozczarowanie, rozpacz i radość, jakie Brytyjczyk znosił przez ostatnie 13 lat [odkąd dokonał coming outu], zostały oczyszczone olimpijskim złotem”. Do niedawna wydawało się, że w Polsce nie ma rozróżnienia na sportowców LGBT i pozostałych. O tym, że wszystko się zmienia, przekonał się w zeszłym tygodniu prezydent Andrzej Duda, który pogratulował srebrnego medalu polskim żeglarkom. Jedną z medalistek jest Jolanta Ogar, która używa również podwójnego nazwiska Ogar-Hill po swojej – nieuznawanej w Polsce prawnie – żonie. Prezydent został zalany falą hejtu przez aktywistów LGBT, którzy wypominali mu pominięcie drugiego członu nazwiska, choć formalnie – zgodnie z dokumentami – żeglarka ma tylko jednoczłonowe nazwisko i właśnie pod nim występuje w igrzyskach.
Wszystko, o czym piszę, wskazuje na to, że igrzyska w Tokio nie zapiszą się w historii jako ważne wydarzenie sportowe. Bo jeśli zamiast o rywalizacji sportowców mówi się dziś głównie o ich preferencjach seksualnych czy o tzw. tożsamości płciowej, to nie jest to już widowisko sportowe, lecz impreza polityczna lub propagandowa.
Coś się stało z olimpiadą. Coś niedobrego.
Artykuł z 32/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
