WYWIAD "SIECI". Piotr Semka: Tego się nie da zapomniećWYWIAD "SIECI". Piotr Semka: Tego się nie da zapomnieć. "Mija prawie pół roku, a ja wciąż nie wróciłem do domu"

Czasami i do mnie dochodziły echa tej walki. Mam do dzisiaj w uszach krzyk człowieka, który straszliwie bał się śmierci. Chwilami wszyscy mieliśmy wrażenie niekończącego się covidowego koszmaru.
Przychodziły do mnie pielęgniarki, które np. musiały dyżurować przy łóżku umierającego na COVID-19 człowieka. Mówiła mi jedna z nich: „Proszę pana, trzy godziny byłam przy człowieku, który umierał, a bardzo chciał żyć”. Czasami i do mnie dochodziły echa tej walki. Mam do dzisiaj w uszach krzyk człowieka, który straszliwie bał się śmierci. Chwilami wszyscy mieliśmy wrażenie niekończącego się covidowego koszmaru - Michał Karnowski rozmawia na łamach tygodnika „Sieci” z Piotrem Semką, publicystą, pisarzem, historykiem, który w marcu zachorował na COVID-19 i w ciężkim stanie trafił do szpitala. Bitwę o życie wygrał, teraz walczy o powrót do sprawności.
Piotrze, gdy najgorsze minęło, twoi bliscy, przyjaciele i sympatycy odetchnęli z ulgą, wszyscy mieliśmy poczucie, że wróciłeś z bardzo daleka. Czy sam też tak o tym okresie myślisz?
Piotr Semka: Każdy, kto otarł się o sytuacje ostateczne, musi wiele rzeczy przemyśleć, zastanowić się, jaki jest bilans jego życia, jaki jest sens dalszej egzystencji, co jest najważniejsze. To są bardzo podniosłe słowa, ale trudno uznać to wszystko tylko za przystanek. Jeżeli od czasu, gdy zachorowałem i zapadłem na miesiąc w śpiączkę, mija prawie pół roku, a ja wciąż nie wróciłem do domu, to muszę sobie zadać pytanie, dlaczego walczę, co mnie motywuje do ciężkiej pracy nad rehabilitacją.
Szpital już na szczęście za tobą?
Zawsze jest ryzyko jakiegoś osłabienia, komplikacji, ale teraz jestem w ośrodku rehabilitacyjnym pod Warszawą i skupiam się na pracy nad odzyskaniem pełnej sprawności.
Co pamiętasz z okresu bezpośrednio po zachorowaniu?
Niewiele. Przez mgłę przypominam sobie moment, w którym pierwszy raz przyłożono mi respirator, to było 23 marca, wieczorem. Z następnego dnia kojarzę jeszcze, że się budzę, znowu przykładają mi respirator, i potem znowu dziura. Budzę się następnie na chwilę 25 marca, ale cały kolejny tydzień to już w całości mglista przestrzeń między snem a powrotem do normalności.
Kilka strasznych dni na krawędzi. Jeden z lekarzy, którzy się tobą zajmowali, powiedział mi, że sytuacja była naprawdę krytyczna, że wyciągnęli cię nie tyle znad grobu, ile z grobu.
Dziś mam tego świadomość. Po przebudzeniu pamiętam przejmujące poczucie słabości, nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Ręce drżą, nogami nie można ruszyć, nawet mówienie przez kilka pierwszych tygodni sprawiało mi trudność. Co zresztą powodowało sytuacje, na które dziś patrzę z pewnym dystansem, ale wtedy nie było mido śmiechu. Podchodzi np. pielęgniarka i pyta, czego potrzebuję. Próbuję powiedzieć, ale nie mogę. Ona zatem zgaduje, z najlepszą wolą.
I czasem chcesz wody, a dostajesz jedzenie?
Albo na odwrót [śmiech]. Ale to na szczęście nie trwało długo, wynikało z mojej słabości, i w żaden sposób nie jest krytyką opieki, która była bardzo dobra, za którą bardzo dziękuję i zawsze będę dziękował.
To był czas ostrych restrykcji covidowych. Jak odczuwałeś to, że wszyscy wokół byli w tych ochronnych, szczelnych kostiumach? Trudności w odwiedzinach? Dla wielu pacjentów to był dodatkowy stres.
Przede wszystkim bardzo podziwiałem ludzi, którzy w takich warunkach wykonywali w szpitalu swoją pracę. Trzeba to widzieć dzień po dniu, by docenić ten wysiłek, często cierpienie związane ze szczelnym, wielowarstwowym ubraniem od stóp do głów. Można to spokojnie przyrównać do wojskowych ćwiczeń w pełnym oprzyrządowaniu z maską gazową na twarzy. Kiedyś przeszedłem to na zajęciach z przysposobienia obronnego. Ale raz, a tutaj pielęgniarki i lekarze musieli w tym nie tyle chodzić, ile biegać. Przecież tam trwała walka o każde życie, każdy dawał z siebie wszystko. Przychodziły do mnie pielęgniarki, które np. musiały dyżurować przy łóżku umierającego na COVID-19 człowieka. Mówiła mi jedna z pań: „Proszę pana, trzy godziny byłam przy człowieku, który umierał, a bardzo chciał żyć”. Tego się nie da zapomnieć. Czasami i do mnie dochodziły echa tej walki. Mam do dzisiaj w uszach krzyk człowieka, który straszliwie bał się śmierci. Chwilami wszyscy mieliśmy wrażenie niekończącego się covidowego koszmaru. Nie znajdę pewnie słów, by oddać swoje uznanie dla wysiłku i profesjonalizmu personelu, który tam widziałem, ale było ono ogromne.
W trudnych sytuacjach, my, katolicy, odnajdujemy się zawsze także we wspólnocie religijnej. Czy wiesz, ile mszy św. za Ciebie, w większości spontanicznie zorganizowanych, odprawiono?
Te informacje do mnie teraz spływają. Proszę pamiętać, że gdy to się działo, nie miałem możliwości tego śledzić. Dlatego w pierwszym wywiadzie, jakiego udzieliłem, w moim macierzystym tygodniku „Do Rzeczy”, mówiłem o tym ogólnikowo. Dziś już konkretnie chcę podziękować kapłanom za wielką życzliwość. W pierwszym rzędzie oo. paulinom z Jasnej Góry, którzy modlili się za mój powrót do zdrowia przed Cudownym Obrazem Matki Bożej. Wiem, że modlono się w mojej intencji w Wilnie, w kaplicy w Ostrej Bramie, co jest szczególnie miłe, bo moja mama urodziła się w tym mieście. Odbyła się msza w kościele pw. św. Andrzeja Apostoła i św. Alberta Chmielowskiego w Warszawie, a także w parafii św. Rocha w Lipkowie. O wielu mszach nadal się dowiaduję i tą drogą wszystkim, którzy podjęli ten wysiłek, modlili się, teraz z głębi serca serdecznie dziękuję. Podobnie jak wszystkim tym, którzy w tych mszach wzięli udział, bezpośrednio, a czasami, ze względu na epidemię, przez środki komunikacji elektronicznej. To jest coś, czego nie sposób zapomnieć.
Choć musimy wspomnieć i o innych reakcjach. Kiedy podziękowałeś na Twitterze za modlitwy w twojej intencji, niektórzy zaczęli szydzić, że powinieneś dziękować lekarzom. Skąd to się bierze?
Zacznijmy od tego, że lekarzom, pielęgniarkom i wszystkim pracownikom szpitala też dziękowałem, najmocniej jak potrafiłem, osobiście i nie tylko. Nie mam żadnej wątpliwości, że bez ich wysiłku i wiedzy nie byłoby mojego wyzdrowienia. Trzeba wyjątkowo złej, hejterskiej woli, by przeciwstawiać te dwie rzeczy. Muszę tu wspomnieć o jeszcze jednej grupie, której dużo zawdzięczam: fizjoterapeutach. Ich praca jest często niedoceniana, a to oni po takich strasznych przejściach uczą rzeczy tak podstawowych i ważnych jak ruchy ręką, ruszanie stopami, nogami, samodzielne wstawanie. Szczególnie po covidzie, który bardzo osłabia człowieka, to są fundamentalne sprawy. Ktoś, kto tego nie doświadczył, nie zrozumie nigdy, jak potworny wiąże się z tym wysiłek pacjenta i jakie umiejętności musi mieć rehabilitant. Miesięczny pobyt w śpiączce powoduje, że mięśnie są zastygłe, wymagają rozciągania, ćwiczeń, które są zresztą dość bolesne. Miałem w szpitalu bardzo dobrych fizjoterapeutów, teraz, już w ośrodku rehabilitacyjnym, także.
Jak wspominasz inne grupy pracujących w szpitalu?
O moim uznaniu dla lekarzy i pielęgniarek już mówiłem, ale ten obraz nie byłby też pełny bez wspomnienia o opiekunach medycznych i salowych. W czasie tego kryzysu były to osoby, które padały ze zmęczenia, chociaż te grupy, w tym fizjoterapeuci, nie mieli dodatku za pracę na linii covidowej. Nie wiem, czy wszędzie i każdy, ale wiem, że wielu nie miało. Warto by podjąć próbę wynagrodzenia im tego. W ogóle dla wszystkich pracowników ochrony zdrowia był to czas gigantycznego wysiłku. Widziałem to z bliska i choć rozumiem zmęczenie każdego epidemią, różne niedogodności dotykające wielu ludzi, to proszę jednocześnie, by widzieć to w odpowiednich proporcjach. Jednego dotknęło zamknięcie ulubionej restauracji czy ukochanego muzeum, innego zdalna nauka, trzeciego denerwuje konieczność zakładania maseczek, granicznych utrudnień. A ja widziałem ludzi, którzy na pierwszej linii frontu padali tygodniami ze zmęczenia, a jednak robili swoje. I mimo wysiłków wielu dziennikarzy tego nie da się w pełni oddać ani kamerą, ani piórem. Także dlatego, że do wielu miejsc nie ma wejścia dla żadnych osób postronnych.
Wspomniałeś o szukaniu w tym wszystkim motywacji do walki o zdrowie, co jest przecież wielkim wysiłkiem, wymaga codziennego przełamywania bólu, słabości, zmęczenia. Gdzie ją znajdujesz?
Na pewno w ogromnej życzliwości, której zaznałem ze strony setek czy nawet tysięcy ludzi, moich czytelników i widzów. Traktuję to jako zobowiązanie, bo skoro było dla nich ważne, czy jestem z nimi, to znaczy, że to, co robiłem przez kilka już dekad jako publicysta i historyk, było istotne. To dług zaufania, który będę się starał spłacić.
Jedna z pań, która jest stałym widzem „Salonu Dziennikarskiego”, w którym byłeś i mam nadzieję wkrótce będziesz, stałym komentatorem, powiedziała mi: zawsze mieliśmy poczucie, że pan Piotr mówi w naszym imieniu, że umie oddać nasze uczucia, emocje, że podobnie jak my odczytuje polskość.
Przyjmuję takie głosy z najwyższą pokorą. Odnoszenie się do takich słów musi być bardzo oszczędne. Łatwo o emfazę czy wrażenie, że uważam, to za oczywiste. Tak nie jest, każdy gest, każde wsparcie bardzo doceniam, bardzo za nie dziękuję. Jeśli miałbym to jakoś skomentować, to przywołując scenę z lat 90. Podpisywałem wtedy książkę, a jeden z czytelników podszedł i powiedział: „Wiele rzeczy, które pan mówi, to mi przychodziło do głowy, ale sobie powtarzałem, że skoro tego nie ma nigdzie w mediach, to może nie mam racji? Może tylko ja się o pewne wartości martwię? Od kiedy nauczyłem się zwracać na pana uwagę w tych nielicznych obecnościach w mediach, mam poczucie, że nie jestem w swoich troskach i intuicjach sam”. Były to cenne słowa.
Ale jest też prawdą, że starałem się zawsze być z ludźmi i dla ludzi, których emocje i biografie były często pomijane, a nawet wyszydzane. Bliskie są mi słowa reżysera filmów dokumentalnych Andrzeja Titkowa, który mówił, że trzymając przy oku kamerę, stara się patrzeć przez nią z perspektywy przechodnia.
Czyli z jakiej?
Z perspektywy człowieka, który dusi się w danej sytuacji, przeżywa dramat, tragedię, ale ma poczucie, iż nikt inny tego nie dostrzega. Pokazanie, że się to rozumie, że się odczuwa podobnie, ma w takiej sytuacji swoją wagę. Jeżeli udaje mi się tak pełnić moją misję, to jest to powód do pewnej satysfakcji.
Mam wrażenie, że cechą charakterystyczną twojej publicystyki było też oddawanie głosu pokoleniom jego pozbawionym, stłamszonym przez PRL, choćby anonimowym bohaterom cywilnego oporu przeciw komunizmowi czy ludziom, którzy po II wojnie światowej na Ziemiach Odzyskanych tworzyli polski Kościół, polskie niezależne życie religijne i intelektualne. Czy tak to można opisać?
Tak, skupiam się na tych sprawach bardzo świadomie. Przypomnę, że wystawa o polskim tużpowojennym Szczecinie była ostatnią moją dużą pracą przed chorobą. Pokazano ją w kilkunastu miastach, w tym częściowo już w czasie pandemii. Mój pobyt w szpitalu przerwał prace nad katalogiem, który będzie de facto książką zawierającą bardzo poszerzony materiał na ten temat. A i tak zaledwie dotykam tematu, bo historia powojennych antykomunistów jest w dużej mierze historią nienapisaną. Mamy coraz więcej prac, filmów o oporze zbrojnym, jest piękny gdyński festiwal NNW Arkadiusza Gołębiewskiego, na którym w tym roku po raz pierwszy nie mogłem być niestety osobiście, choć wziąłem zdalnie udział w jednej z dyskusji. Ale już polska wieś – jej gehenna i opór, trwanie przy wierze, polskości i ziemi w warunkach potwornych represji, ataków UB – nie jest w ogóle dotykana.
Dlaczego?
Część powodów jest obiektywna – mniej źródeł, choćby pamiętników, ograniczanie się do domowej opowieści. Stąd zresztą moja wiedza na ten temat, dzięki relacjom najpierw mojej śp. babci, potem mojego ojca. Dlatego tak bardzo poruszyło mnie pewne wspomnienie, przywołane w związku ze śmiercią śp. Wiesława Gołasa. Otóż on przejmująco śpiewał piosenkę Wojciecha Młynarskiego „W Polskę idziemy, drodzy panowie, w Polskę idziemy”, którą publiczność odebrała jako czysto rozrywkową.
Festiwal w Opolu w 1977 r.?
Tak. Moi rodzice umieli z niej jednak wtedy wyłowić także inną warstwę. Mówili mi, że to pieśń o ludziach, którym po wojnie przetrącono życie, a którzy mogli wykrzyczeć swoje poczucie krzywdy tylko w knajpie, gdzie wódka pozwalała na chwilę zapomnieć, jednocześnie rozdrażniając. Jest tam takie ważne zdanie: „Czerwone maki serce ojczyzna/ Trzaska koszula tu szwabska kula/ Tu popatrz blizna”. No właśnie – bohater piosenki Młynarskiego nosi w ciele kulę niemiecką, a życie po wojnie uczyniło go pariasem, który może być akceptowany na jakimś niskim stanowisku. O ile oczywiście nie poszedł, jak niektórzy, na służbę komunie, w zamian za co wybaczano niektóre rzeczy, z punktu widzenia władz PRL, zwykle naganne.
Wróćmy do epidemii, która i ciebie dotknęła. Jak dziś patrzysz na covid? Jak patrzysz na szczepienie, do którego zabrakło ci kilku tygodni?
Nie wiemy ciągle w pełni, jakie są powody, możliwe skutki, reperkusje czy to choroby, czy szczepienia. To są sprawy bardzo indywidualne. Ale też widzę, że wiele osób bardzo krytycznych wobec szczepień ma tendencje do lekceważenia. Słyszę sugestie, że to nakręcony problem, że komuś na tym zależy. Nie neguję prawa do dyskutowania, ale bardzo mocno apeluję, by mówić o tej chorobie z powagą, by traktować ją serio. Mam wrażenie, że osoby wchodzące łatwo w tonację opowieści o maseczce jako rzekomym kagańcu, o szczepieniach jako intrydze firm farmaceutycznych, nigdy nie zetknęły się ze skalą cierpienia, jakie covid przyniósł i wciąż przynosi. Jest wiele wypadków ludzi, którzy trwale utracili siły po zachorowaniu. Ta słabość potrafi wrócić do nich po wielu miesiącach.
Zachęciłbyś do szczepień?
Każdy musi to rozważyć. Na pewno pomysły wprowadzania jakiegoś rozdzielania możliwości życiowych, uprawnień, zależnie od tego, czy ktoś się szczepił, czy nie, powinny zostać odrzucone. Z drugiej strony wiele teorii spiskowych w sprawie pandemii jest po prostu nieprawdziwych. To bardzo groźna choroba. Mam smutną refleksję, że część publicystów prawicy znalazła w tym ideę, która wypełnia całkowicie ich horyzont. Są w stanie pisać wyłącznie na ten jeden temat – owszem ważny, ale przecież nie jedyny. Nic już innego dla nich nie istnieje, inne sprawy nie są ważne, dawne podziały nie istnieją. Jest tylko jedna linia: szczepionki, rzekomy spisek koncernów i rządów. To niemądre i niepotrzebne. Rozumiem, dlaczego wielu ludzi o poglądach konserwatywnych ma w sobie tę nieufność. Inżynieria społeczna w wykonaniu lewicy jest przecież faktem. Ten temat na pole walki nie jest jednak mądrze wybranym obszarem.
To też moja teoria: wielu ludzi ma poczucie, że establishment wchodzi im na głowę. Mówi, co jeść, jak wychowywać dzieci, ile jest od teraz płci. Niektórzy postanowili więc, że w tej akurat sprawie nie ustąpią. Punkt oporu nie jest chyba wybrany najrozsądniej.
Razi mnie też język, który się w tych sprawach pojawia i który pcha Grzegorza Brauna do krzyczenia w kierunku ministra, że będzie wisiał. To są rzeczy trudne do zaakceptowania. Elementem tej wizji jest także przekonanie, że niektórzy chorzy są sami sobie winni. Kiedy w dyskusjach ze sceptykami pada moje nazwisko, często odpowiadają: „Specyficzny wypadek, miał dużą nadwagę”.
Zapominają, że owszem, są pewne czynniki ryzyka, ale choroba zabija i szczupłych, i młodych.
Jakiś element prawdy we wskazywaniu zagrożeń związanych np. z otyłością oczywiście jest, ale świadome do tego redukowanie pozwala lekceważyć zarazę. Po pół roku w szpitalu i ośrodku rehabilitacyjnym wiem, jak bardzo to błędne myślenie.
Przez pięć miesięcy twoja redakcja, tygodnik „Do Rzeczy”, publikowała fragmenty twojej książki i wywiadu rzeki z tobą. Bardzo ładna postawa.
To pozwoliło mojej rodzinie mieć środki na utrzymanie. Ale wzruszył mnie też film, który otrzymałem z życzeniami od moich koleżanek i kolegów, a stało się to w czasie, gdy odwiedziny były bardzo utrudnione. Trzeba pamiętać, że człowiek na łóżku szpitalnym ma zawsze wiele niepokojów, obaw o sprawy, które zostały poza szpitalem, a co do których stanu nie ma wiedzy, nie ma na nie wpływu. A przede wszystkim co do stanu swojego zdrowia, swojej przyszłości. Przez pierwszy miesiąc po wybudzeniu bardzo przeżywałem, że nie mogę czytać. Litery migotały mi przed oczyma. Budziło to mój ogromny lęk, bo dla dziennikarza coś takiego oznaczałoby poważne ograniczenie możliwości zawodowych. Podobny niepokój budziło wówczas drżenie moich rąk. Gdy oba objawy ustąpiły, odetchnąłem z dużą ulgą.
Dziś już wróciłeś na łamy „Do Rzeczy”?
Tak, z dużą radością. Ale też z poczuciem, że mam duży dług wobec mojej redakcji, która przez pięć miesięcy czekała, aż zacznę pisać. Zresztą, już po półtora miesiąca zacząłem śledzić politykę. Co ciekawe, kiedy się obudziłem, lekarze delikatnie testowali moją pamięć, sprawność umysłową, rozpytując właśnie o politykę. Ale nie tylko, bo raz zapytał mnie doktor o Igę Świątek i jej zegarek. Kiedyś na Twitterze pozwoliłem sobie na nieco krytyczną uwagę o formie, w jakiej nasza tenisistka reklamowała zegarki znanej marki. Spadła na mnie wtedy taka lawina, że gdy także na łóżku szpitalnym usłyszałem to pytanie, odruchowo zacząłem zapewniać, że nie mam nic przeciwko pani Świątek i jej zegarkom. Potem doszło do mnie, że nie chodziło o tamtą sprawę, ale sprawdzenie, czy nie mam zaników pamięci [śmiech]. Sprawa okazała się więc w sumie przydatna, a korzystając z tej okazji, serdecznie panią Igę Świątek pozdrawiam i życzę sukcesów na korcie.
Jak dziś patrzysz na politykę? Główna zmiana w tym czasie to powrót Donalda Tuska.
I potwierdziły się obawy, że będzie to oznaczało eskalację konfliktu wewnętrznego. Naprawdę zaskoczyła i zaniepokoiła kampania próbująca zdyskredytować rząd, który na granicy ma potwornie ciężką sytuację. Widać, że prawdziwa jest teza, że każdy, kto jest w konflikcie z obecną władzą w Warszawie – czy to Berlin, czy Bruksela, czy rząd czeski, czy Aleksander Łukaszenka – może liczyć na wsparcie dużej części polskiej opozycji i polskich mediów. Można być najbardziej pozbawionym racji adwersarzem Warszawy, ale w imię walki z rządem każde, nawet najgłupsze bezeceństwo zostanie natychmiast wsparte.
Jak patrzysz na sprawę niewpuszczenia do Wielkiej Brytanii Rafała Ziemkiewicza?
Bardzo niepokojący i bardzo brutalny ruch, źle wróżący wolności słowa i wolności w ogóle. Rafał jechał w sprawie prywatnej, towarzyszył bardzo zdolnej i pracowitej córce, która osiągnęła wspaniały sukces. Ta akcja uderzyła przede wszystkim w nią. Zasmuca, że tak wielu z jakąś taką dziką satysfakcją temu przyklasnęło.
Co dalej? Jakie masz plany? Jak wygląda walka o zdrowie?
W tej chwili uczę się chodzić i to jest mój główny cel, moje najważniejsze zadanie, w które wkładam całą swoją wolę, wszystkie siły. To jest żmudna, ciężka praca, postawienie każdego kroku jest wyzwaniem. Pracuję nad odbudową tkanki mięśniowej, staram się wzmacniać siły psychiczne, bo przecież mija kolejny miesiąc poza domem, a perspektywa jest równie długa. Wiem, że depresje po covidzie są częste, wielu ludziom ta choroba strzaskała życia. Ja, dziękować Panu Bogu, chyba jakoś się trzymam. Myślę też dużo o moich bliskich, żonie i córce. Mam świadomość, że było i jest im ciężko, jestem wdzięczny, że są ze mną, wspierają. A co do pracy zawodowej – wróciłem na łamy „Do Rzeczy”, śledzę politykę, układam w myślach możliwe inne większe projekty.
Jest jakieś marzenie, które dodaje ci sił?
Nie powiem niczego oryginalnego. Świadomość tego, co przeszli moi najbliżsi, żona i córka, bracia, krewni i przyjaciele, gdy najpierw nie było wiadomo, czy przeżyję, a później jak będzie wyglądał mój powrót do aktywności fizycznej, jest dla mnie bolesna, ale i ważna. Chwilami, gdy nie mam już sił, by wykonać ćwiczenie 20., 30. raz, sięgam myślami do nich, do zobowiązania, jakie mam, i znajduję tam ostatnie rezerwy.
Czy jest konieczność, potrzeba jakiejś pomocy? Ja też otrzymuję takie pytania.
Powiem tak: jeżeli znajdę się w sytuacji, w której koszty leczenia, opieki przekroczą moje możliwości, zwrócę się z taką prośbą. Na razie dajemy radę, jestem pod bardzo dobrą opieką rehabilitacyjną i lekarską. Ale ciągle nie wiem, jak ten proces się zakończy, co uda się osiągnąć, czy jest jakiś kres w osiąganiu kolejnych etapów powrotu do stanu normalności? Czy będę mógł za jakiś czas funkcjonować tak samo jak przed chorobą? Czy też pojawią się przeszkody, wobec których będę bezradny, których nie da się nawet ciężką pracą i wiedzą medyczną przejść? Nie wiem. Teraz skupiam się na każdym dniu, każdym kolejnym ćwiczeniu, co wymaga maksymalnej mobilizacji. Daję z siebie absolutnie wszystko, często po sesji ćwiczeń padam na łóżko i łapię powietrze. Chwila odpoczynku i ruszam dalej.
Wywiad z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
