Wolność debaty naukowej nie dla wszystkichWolność debaty naukowej nie dla wszystkich. "Zaplanowane przeinaczanie historycznych faktów, fałszywe relacjonowanie źródeł"

Polakom przypisywano zbrodnie dokonane przez Niemców, Ukraińców, a nawet żydowskich kolaborantów. Nawet tych ratujących Żydów przedstawiano jako chciwców, donosicieli i zbrodniarzy.
Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że Jan Grabowski i Barbara Engelking nie muszą przepraszać Filomeny Leszczyńskiej za oskarżenie jej stryja Edwarda Malinowskiego o współudział w śmierci kilkudziesięciu Żydów, uzasadniając to dobrem wolności badań historycznych. Kłopot w tym, że tak jak w przypadku wspomnianego sołtysa całe partie książki „Dalej jest noc” powstały za pomocą metod niemających zbyt wiele wspólnego z nauką.
W świetle zachowanych dokumentów archiwalnych sprawa sołtysa Edwarda Malinowskiego jest jasna. W maju 1948 r. kilku mieszkańców wsi Malinowo powiatu bielskiego złożyło doniesienie do prokuratury w sprawie jego rzekomych przestępstw. W czasie niemieckiej okupacji Malinowski miał dokuczać miejscowym, prześladując ich i okradając. Po wojnie, wraz z kilkoma innymi, także zadenuncjowanymi z nazwiska osobami, miał współpracować z podziemiem. Autorzy pisma domagali się działań:
Prosimy prokuratora o zastosowanie sankcji karnych względem Edwarda Malinowskiego syna Stanisława ponieważ w czasie okupacji i obecnie trudno jest nam żyć we wsi Malinowie
Niejako przy okazji delatorzy wspomnieli, że w czasie wojny „sołtys Malinowski Edward wydał żandarmom 18 osób ukrytych żydów w lesie wsi Malinowa których żandarmi rozstrzelali”. Taki zarzut był wówczas bronią atomową. O ile bowiem donosy w sprawach kradzieży, bójek, a nawet kontaktów z podziemiem nie zawsze były skuteczne, o tyle zarzuty wydania w ręce Niemców Żydów zwykle kończyły się zatrzymaniem i – nawet w przypadku niepotwierdzenia zarzutów – długim pobytem w areszcie śledczym. Po oskarżenia tego typu (prawdziwe albo fałszywe) chętnie sięgano w ramach różnych porachunków, nawet w kłótniach rodzinnych ludzi mieszkających pod jednym dachem.
Po wpłynięciu do prokuratury pisma w sprawie Edwarda Malinowskiego wszczęto śledztwo zakończone w połowie 1949 r. Kilka osób (wcześniejsi denuncjatorzy, głównie o popularnych w tym zaścianku nazwiskach Kosiński i Malinowski. Ci ostatni nie byli spokrewnieni z sołtysem) złożyło zeznania, opowiadając o tym, jak Malinowski doprowadził Niemców do miejsca ukrywania się Żydów, kazał im wyjść z bunkra, a nawet obrabował zwłoki jednej z Żydówek zamordowanych przez żandarmów. Sołtys został aresztowany. Nie przyznał się do winy, twierdząc, że feralnego dnia zimą 1943 r. przyjechali do niego żandarmi, którzy kazali mu wezwać leśniczego. Ten pojawił się dopiero pod wieczór. Wówczas na polecenie Niemców leśniczy poprowadził żandarmów w głąb lasu, gdzie odnaleziono bunkier z ukrywającymi się Żydami. Wcześniej Niemcy nakazali sołtysowi, by dobrał sobie sześciu innych chłopów, którzy z łopatami mieli się udać z Niemcami do lasu. To typowe działania okupantów, którzy nie musieli się parać pracą fizyczną (np. zakopywaniem zwłok), używając do tego Polaków. O odmowie nie mogło być mowy.
Chłopi nie widzieli dokładnie przebiegu obławy, szli bowiem gęsiego za Niemcami i padli na ziemię, kiedy rozległy się pierwsze strzały. Widzieli potem rabowanie i śmierć 18 Żydów zabitych przez żandarmów po opuszczeniu bunkra. Dostali polecenie zakopania zwłok, ale wykonali je na drugi dzień, bo zrobiło się ciemno. Sołtys potwierdził, że zabrał kolczyki jednej z zabitych kobiet, ale nie dla siebie. Prokurator uznał te tłumaczenia za niewiarygodne, skoro jego przestępstwo potwierdziło kilku świadków. Skierował akt oskarżenia do sądu.
Proces sołtysa Malinowskiego
6 września 1949 r. rozpoczął się proces Edwarda Malinowskiego przed Sądem Apelacyjnym w Białymstoku. Sołtys nie przyznał się do winy, składając obszerne wyjaśnienia w sprawie oskarżeń o zabór mienia, wysługiwanie się Niemcom i wydanie Żydów. Przekonywał, że zarzuty są kłamliwe, a ich autorzy kierują się zemstą z powodu osobistych zatargów. Oskarżyciele w sądzie nie byli już tak stanowczy w swoich twierdzeniach. Okazało się, że nie widzieli opisywanych wydarzeń albo nie byli pewni, kto wydał kryjówkę Żydów. Potwierdzili też, że mieli z Malinowskim zatargi. Inni świadkowie w pełni potwierdzili wersję sołtysa: tym, który wskazał bunkier, mógł być leśniczy, którego zresztą potem zabili żydowscy partyzanci. Dodatkowo do sądu wpłynęła petycja kilkudziesięciu mieszkańców Malinowa potwierdzająca, że sołtys był w czasie wojny porządnym człowiekiem, nie odpowiadał za śmierć Żydów, a fałszywe oskarżenia to zwykła zemsta.
Rozstrzygające okazały się zeznania trzech świadków żydowskich, których Malinowski powołał w swojej obronie: Marii Wiśniewskiej z Wrocławia, Lejby Prybuta z Białegostoku oraz Chuni Kapłana z Warszawy. Wiśniewska zeznała:
parę dobrych tygodni ukrywałam się u Malinowskiego i on mnie karmił pomimo, że nie miałam ani grosza. W nocy w jego stodole było pełno Żydów, Malinowski dawał im jeść. Ja zawdzięczam Malinowskiemu życie, gdyż wyrobił mi aryjskie papiery, a potem, umówiwszy się ze mną, zameldował, że uchylam się od robót przymusowych. Zostałam wówczas aresztowana i odesłana do Niemiec
(AIPN Bi, 403/18, t. 1, k. 81–82).Wprawdzie Wiśniewska w trakcie likwidacji bunkra była już w Niemczech, jednak odpowiedzialność Malinowskiego za tę tragedię wykluczyli przebywający wówczas w okolicy Lejb Prybut i Chunia Kapłan. Prybut zeznał:
zachodziłem dwa razy do oskarżonego, nie obawiałem się go, mimo że wiedziałem, iż jest sołtysem: za każdym razem Malinowski dał mi chleba i słoniny (…) Żydzi dobrze mówili o Malinowskim
(k. 83). Hunia Kapłan zeznał, że Malinowski pomagał także jemu, ostrzegając i wspierając innych Żydów w okolicy. Cała trójka świadków żydowskich jako denuncjatora wskazywała leśniczego. Hunia Kapłan i Lejb Prybut potwierdzili też, że kolczyki, które sołtys zabrał z miejsca zbrodni, trafiły w ręce potrzebujących. Kapłan zeznał:
kolczyki należące do narzeczonej Berka Zymkesa odebrał on od Malinowskiego. Mówił mi o tym
(k. 83). Sytuacja była oczywista. Edward Malinowski ratował Żydów, a nie zadenuncjował. Zapadł wyrok uniewinniający, a prokurator nie złożył apelacji.
Ale prócz akt sądowych w tej sprawie jest jeszcze jedno źródło. Maria Wiśniewska, która broniła w 1949 r. Malinowskiego w sądzie, już jako Maria Wiltgren w 1996 r. złożyła obszerną relację. Powstała więc ona pół wieku po wojnie, a autorka miała wówczas ok. 80 lat. Nic dziwnego, że relacja zawiera błędy i przekłamania, a wiele elementów swojego życiorysu autorka przedstawiła inaczej niż w znanych, wcześniejszych wersjach. Jako denuncjatora Żydów z bunkra (ich liczbę zwiększyła do 22) Wiltgren wskazała leśniczego, ale też bliżej nieopisanego „Malinowskiego”. W Malinowie było ich wówczas kilkudziesięciu. Generalnie w tej relacji panuje chaos, w którym przewija się kilku Malinowskich, w tym dwóch sołtysów. Nie ma w niej stwierdzenia, że denuncjatorem Żydów z bunkra był sołtys Edward Malinowski, jak rzekomo na podstawie tego źródła napisała Engelking. Ponadto Maria Wiltgren stwierdziła, że „aryjskich papierów”, na których podstawie wyjechała do Niemiec, nie dostała już od sołtysa Malinowskiego, tylko sama je kupiła. Sołtys zaś nie wspierał jej mimo braku pieniędzy, jak zeznała w czasie rozprawy w 1949 r., tylko ją okradł. Mimo to Wiśniewska miała go bronić w sądzie, bo Malinowski dostał karę śmierci (wiemy, że to nieprawda). Relacja Wiltgren z 1996 r. to w mniejszym stopniu obraz przeszłości, a bardziej ilustracja znanych historykom problemów z wiarygodnością świadectw składanych przez osoby w podeszłym wieku ponad pół wieku po wojnie.
Taka nauka jacy naukowcy
W „Dalej jest noc…” sprawę sołtysa Malinowa Barbara Engelking opisała właśnie na podstawie relacji Marii Wiltgren z 1996 r. Malinowski został w książce złodziejem i denuncjatorem Żydów, mimo że sama relacja takiej informacji wprost nie zawiera. Engelking napisała w książce, że Wiśniewska złożyła w 1949 r. fałszywe zeznania w jego obronie, wiedząc, iż jest on odpowiedzialny za śmierć „kilkudziesięciu” (w bunkrze było ich 18) Żydów. Zeznania Lejby Prybuta i Chuni Kapłana przemilczano. Tak więc w książce „Dalej jest noc” powstała nowa wersja działań sołtysa Malinowskiego, której przeczą wiarygodne źródła historyczne. W przypisie autorka zacytowała jeszcze fragment zeznania Wiśniewskiej z 1949 r., który „poprawiła” w charakterystyczny dla niej sposób. W zdaniu:
ukrywałam się w stodole Malinowskiego i on mnie karmił, pomimo że nie miałam ani grosza
usunęła podkreślony fragment. Przecież sołtys miał być złodziejem, a nie bezinteresownie wspierać Żydów.
Dlaczego autorka tak postąpiła? Na podstawie analizy jej piśmiennictwa twierdzę (polecam mój obszerny artykuł naukowy na ten temat w „Dziejach Najnowszych” z 2018 r.), że prawda nie miała tu znaczenia. Materiały archiwalne w pracach Engelking nie są fundamentem do rekonstrukcji naukowych, tylko materiałem do poszukiwania informacji, za których pomocą można budować jak najgorszy obraz Polaków. Dlatego wykorzystała w tej sprawie jedno niewiarygodne źródło, odrzucając inne, przy okazji „odpowiednio” interpretując treść relacji Wiltgren i „poprawiając nożyczkami” jej zeznanie z 1949 r. jako Marii Wiśniewskiej.
Pozew o ochronę dóbr osobistych złożyła bratanica sołtysa Edwarda Malinowskiego Filomena Leszczyńska, twierdząc, że stryj został uwolniony od fałszywych zarzutów mściwych ludzi dzięki zeznaniom Żydów, których ratował w czasie wojny. Autorzy książki odrzucili wartość tego wyroku i zeznań trzech żydowskich świadków z 1949 r., opierając się wyłącznie na mało wiarygodnej relacji Marii Wiśniewskiej vel Wiltgren z 1996 r., która w czasie dramatycznych wydarzeń była na robotach w Niemczech. W sądzie twierdzili, że świadkowie zeznający na procesie na korzyść sołtysa byli sterroryzowani przez lokalne polskie podziemie. W przypadku chłopów z Malinowa można by jeszcze w to uwierzyć, bo rodzina Malinowskiego wspierała lokalną grupę Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Czesława Pileckiego „Jaskółki”. Ale to wyjątkowo mało prawdopodobne wobec faktu, że owi świadkowie nie bali się oskarżać Malinowskich w sądzie o współpracę z NZW. Tylko oskarżeń o śmierć Żydów i okradanie ich przez Malinowskiego w czasie wojny już nie powtarzali.
Ważniejsze, że na procesie zeznawało trzech Żydów, którzy w 1949 r. mieszkali w Białymstoku, Warszawie i we Wrocławiu. Ich też zastraszył osaczany już wówczas przez bezpiekę patrol „Jaskółki”, ukrywający się na terenie małego skrawka powiatu bielskiego? To było wówczas absolutnie poza możliwościami tego oddziału i tej organizacji. Wersja o zastraszeniu świadków (szczególnie żydowskich) to oczywisty nonsens, wersja zmyślona w celu obrony w sądzie spreparowanej w książce wersji historii, w której odrzucono wiarygodność kolekcji wiarygodnych źródeł (w tym trzech zeznań żydowskich), by jak najgorzej opisać Malinowskiego w oparciu o jedną wątpliwą relację złożoną 50 lat po wojnie. Relację, w której nie ma dostatecznych przesłanek do oskarżenia sołtysa Edwarda Malinowskiego o współodpowiedzialność za śmierć „kilkudziesięciu” Żydów z bunkra.
W czasie procesu Barbara Engelking przyznała nawet, że pomyliła różnych Malinowskich, bo nie wiedziała, że tylu ich było w Malinowie. Po przeczytaniu akt sprawy, w której w oczy biją realia szlacheckiego zaścianka Malinowo, podobne tłumaczenia budzą tylko zażenowanie. Sąd w swej łaskawości nakazał listowne przeproszenie Filomeny Leszczyńskiej, co jakoś zamknęłoby sprawę, a autorów książki kosztowało… kopertę i znaczek.
„Najwyższa półka”
Jednak Barbara Engelking i Jan Grabowski złożyli apelację. Akcji obrony autorów książki podjęły się wpływowe gremia polskiej nauki.
Wolność prowadzenia badań naukowych jest fundamentem uprawiania historii
– napisali w apelu naukowcy z Polskiej Akademii Nauk. Święta racja. Pytanie tylko czy w przypadku opisu sołtysa Malinowskiego i generalnie „Dalej jest noc” mamy do czynienia z wynikami badań naukowych. Do protestów przeciw „procesowi historyków” przyłączyły się zagraniczne instytucje. Co szczególnie istotne z punktu widzenia masowego i fałszywego obarczania w rzeczonej książce niemieckimi zbrodniami Polaków, protestowało także Stowarzyszenie Historyków i Historyczek Niemiec (VHD). W kraju szczególnie aktywny był prof. Dariusz Stola z PAN, były dyrektor Muzeum Polin. W audycji radia Szczecin wygłaszał peany na rzecz pisarstwa Grabowskiego i Engelking, uznając ich za autorów z najwyższej półki prześladowanych (pośrednio) za pieniądze polskich władz, które ukrywają się za plecami Filomeny Leszczyńskiej. Mówił o możliwości drobnej pomyłki, powtarzał zmyśloną historię o terroryzowaniu świadków na procesie, a samego sołtysa Malinowskiego opisał jako uczestnika obławy na Żydów z widłami w rękach… Tak kończy się zabieranie głosu bez znajomości podstawowych faktów i dokumentów.
Po tej medialnej kampanii Sąd Apelacyjny w Warszawie odrzucił pozew Filomeny Leszczyńskiej, twierdząc, że sala sądowa nie może być miejscem historycznej debaty, stając po stronie wolności nauki. Niby z jednej strony zasadnie, ale problem ze sprawą sołtysa Malinowskiego i generalnie z książką „Dalej jest noc” pozostaje. Bo tu nie o jakieś potknięcia chodzi, tylko o zaplanowane, konsekwentne przeinaczanie historycznych faktów, fałszywe relacjonowanie źródeł, ich „przycinanie nożyczkami”, a nawet systemowe przerabianie. Takimi metodami w rzeczonej książce na dużą skalę budowano fałszywe (indywidualne i zbiorowe) oskarżenia wobec setek i tysięcy Polaków. Przypisywano im zbrodnie dokonane przez Niemców, Ukraińców, a nawet żydowskich kolaborantów. Nawet tych ratujących Żydów przedstawiano jako chciwców, donosicieli i zbrodniarzy.
Sprawa sołtysa Malinowskiego to wierzchołek góry lodowej. Niektóre przypadki takich praktyk opisałem w swoich artykułach, ilustrując je przykładami przerabianych w książce dokumentów. Jak do tej pory najpoważniejszą odpowiedzią było oświadczenie przedstawicielki macierzystej jednostki Barbary Engelking, Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk z 2019 r., w którym… zagrożono mi sądem. To jak to jest z tą wolnością debaty naukowej?
Już gdzieś napisałem i chętnie powtórzę: ok. 30 proc. zweryfikowanych przeze mnie cytatów w monografii Barbary Engelking zostało uszkodzone za pomocą „przycinania nożyczkami” w sposób zmieniający ich sens i treść. Ale jest i znacznie grubiej. W pewnej żydowskiej relacji np. znalazłem kilka „poprawek”, po których niemieckie zarządzenia przeciwżydowskie wprowadzone w 1941 r. w jednym z miasteczek wyglądają bardziej na działania lokalnych „gojów”. Opublikowałem też dowody świadczące, że takie metody są obecne w innych monografiach tej książki, a od lat można je znaleźć w różnych pracach Jana Grabowskiego. „Najwyższa półka” nauki…
Sama Barbara Engelking zapytana przed salą sądową przez dziennikarza, czy ustosunkuje się do moich zarzutów, odpowiedziała ponoć, że nie zamierza. Nie tracę nadziei, że w końcu doczekam się wyjaśnień – jeśli nie od autorów tych „metod badawczych”, to choćby ze strony kogoś z prominentnych naukowców PAN zaangażowanych w obronę książki „Dalej jest noc”. Może któryś z nich przy okazji wskaże wiarygodne świadectwo potwierdzające, że sołtys Edward Malinowski jest współwinny śmierci „kilkudziesięciu” Żydów?
Artykuł z 36/2021 numeru tygodnika „Sieci”.*
