Walec drogowy. "Innym okiem patrzę na ostatnie półtora roku"Walec drogowy. "Po dwóch tygodniach września innym okiem patrzę na ostatnie półtora roku, które pozwoliło się mniej spieszyć"

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie cieszy mnie, że pojawił się wirus, który zbiera śmiercionośne żniwo, nie chwalę lockdownów, które doprowadziły wielu ludzi do ruiny czy depresji.
Dobra, powiem szczerze. Czuję się, jakby rozjechał mnie walec drogowy. Nie przypominam sobie, żeby powrót do szkoły, gdy byłam uczniem, wiązał się z koniecznością załatwienia tylu spraw, co teraz, gdy jestem mamą trójki uczniów i jednego przedszkolaka. Ale początek roku to istne pandemonium.
A szaleństwo zaczyna się jeszcze przed końcem wakacji. Trzeba sprawdzić, czy galowe ubrania pasują, a przeważnie już nie pasują, albo jeszcze nie psują (ewentualnie nie każdy chce wskakiwać w ciuszki po starszym rodzeństwie lub nie zgadza się płeć potencjalnego dziedzica koszuli czy spodni). Zdarzają się też dramaty w stylu:
Moja spódniczka na pewno tu wisiała i ktoś ją zabrał
Przeważnie okazuje się, że brakuje rajstopek, sweterków, białych koszul itp. Przy okazji zaliczamy pierwszy rajd po zeszyty, który zawsze i tak wymaga rajdu uzupełniającego, bo albo brakuje bloku technicznego, albo potrzebny jest duży zeszyt w kratkę, znaczniki, markery itp. Niestety dopiero w dzień rozpoczęcia roku szkolnego okazuje się, że delikwenci wyrośli także z butów. Tu jedynym rozwiązaniem jest wskoczenie w buty mamy/siostry/brata etc.
Gdy ten etap mamy za sobą, rozpoczyna się rajd po zebraniach szkolnych i przedszkolnych. Te lubią się kumulować jednego dnia, tak, że trzeba się nimi dzielić. Zdarza się też (niestety) jakieś przegapić. W tyk roku padło na przedszkole. (Jeśli Pani Dyrektor czyta ten tekst, to zapewniam, że wszystko uzupełnimy). A na zebraniach wiadomo: składki, wybory, zgody, ubezpieczenia, dyskusje o wycieczkach itp. W tym roku zebrania ubogaciły dyskusje rozgrzanych rodziców o szczepieniach dzieci powyżej 12. roku życia. Zwolennicy i przeciwnicy oskarżali się wzajemnie o rujnowanie życia dzieci, brak odpowiedzialności i kończyli pojednawczo o potrzebie szanowania siebie wzajemnie. Co ciekawe, linia podziału przebiega tu inaczej niż w przypadku dotychczasowych pęknięć politycznych.
Równolegle do etapu zebrań trwa etap: chcę/nie chcę jeść na stołówce. W tym roku dodatkowo ubogacony zmianą firmy świadczącej usługi cateringowe i dyskusjami, czy „ten syf” jest jadalny, czy może „było pyszniutkie – o co ci chodzi?”. Przy okazji dowiedziałam się, że jeśli domagam się spożywania posiłków w szkole przez bezglutenowca, to na pewno skończy się covidem, ponieważ „te obiady to siewcy wirusa”. Tu nieco mnie zatkało: dlaczego siewca? Więc usłyszałam, że firma remontowa nie wyrobiła się ze stołówką, obiady je się na sali gimnastycznej, a po odbiór dań „pchają się tłumy i wszyscy jesteśmy zgnieceni w łączniku. Mamo, to jest piekło!”.
Gdy już mamy ustalone, gdzie jest piekło, przechodzimy do etapu zajęć dodatkowych. Trzeba ustalić, kto chce na basen, a kto chce śpiewać, kto potrzebuje korepetycji, a kto najchętniej siedziałby w domu. Szybko okazuje się, że np. dotychczasowi śpiewacy chcą zostać grafikami, a artyści tancerzami, a jeszcze do tego dochodzi:
A ja chcę razem z Zosią, Kasią, Basią, Józiem
No i kluczowe: kto kiedy kogo odbierze, a kto gdzie dojedzie sam.
Gdy już wydaje się nam, że pokonaliśmy najgorsze i teraz będzie z górki, pojawiają się pierwsze gluty. I to nie te „straszne, śmiercionośne”, tylko takie standardowe, przedszkolne. Bo okazuje się, że można bezkarnie latać boso, bez końca moknąć na deszczu, do woli marznąć na wietrze, zbierać ślimaki i dżdżownice, zjeżdżać na tyłku z hałd piachu i być zdrowym. Ale kilka dni w przedszkolu wystarcza, by załapać katar, który w dzisiejszych czasach dyskwalifikuje z udziału w zajęciach. Gdy więc matko/ojcze myślałeś, że spokojnie popracujesz, przeliczyłeś się! I gdy już prawie uwierzyłeś, że wyszedłeś na prostą, to najmłodsza córka oznajmia:
Mamusiu, moje urodziny już w tę sobotę. To kogo zaprosimy?
Niestety nie obudziłam się w tym miejscu.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie cieszy mnie, że pojawił się wirus, który zbiera śmiercionośne żniwo, nie chwalę lockdownów, które doprowadziły wielu ludzi do ruiny czy depresji. Jednak po dwóch tygodniach września innym okiem patrzę na ostatnie półtora roku, które pozwoliło się mniej spieszyć, rzadziej patrzyć na zegarek i więcej być ze sobą.
Artykuł z 37/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
