Walczyliśmy o wolną Polskę. "Mamy różne poglądy"Walczyliśmy o wolną Polskę. "Mamy różne poglądy, różnie patrzymy na świat. Tak było podczas powstania, tak jest i teraz"

To bardzo niedobrze, że pewna grupa Polaków prowadzi przeciw Polsce sabotaż za granicą. To mnie bardzo boli. Nie potrafię zrozumieć, czym się kierują ludzie, którzy podcinają gałąź, na której siedzą.
„My, powstańcy, oczekujemy zdelegalizowania marszu 11 listopada” – mówi powstaniec warszawski Wanda Traczyk-Stawska. Czy faktycznie wszyscy powstańcy tak myślą?
Wywiad, którego tygodnikowi „Newsweek” udzieliła Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka powstania warszawskiego, kandydatką na Warszawiankę Roku, odbił się szerokim echem nie tylko w mediach, lecz również w środowisku samych powstańców. Emocje wzbudziły nie tylko obraźliwe słowa pod adresem głowy państwa czy prezesa PiS, ale prawo, jakie nadała sobie uczestniczka powstania, by zabierać głos w imieniu wszystkich powstańców. Pani Wanda powiedziała, że wraz z Anną Trzeciakowską napisały list do prezydenta o zdelegalizowanie marszu 11 listopada.
My, powstańcy, oczekujemy zdelegalizowania tego marszu, żebyśmy razem z tysiącami ludzi mogli pójść w normalnym marszu i świętować Niepodległość
– ma brzmieć fragment listu.
Do sprawy odniosło się Prezydium Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Poinformowało w komunikacie, że
oficjalne stanowisko Związku jest wydawane przez Prezesa ŚZŻAK. Inne wypowiedzi Weteranów są ich prywatnymi opiniami i nie mogą być używane w sporach politycznych jako stanowisko Związku
Także ja zapytałam kilku weteranów o ich prywatne stanowisko, np. w sprawie Marszu Niepodległości. Chciałam wiedzieć, o co walczyli w powstaniu, jakie wartości im przyświecały i czy podpisują się pod publicznie wyrażonym zdaniem: „My, powstańcy, oczekujemy zdelegalizowania marszu 11 listopada”? Nikt z moich rozmówców nie podpisał się pod tym żądaniem, a niektórzy byli nim bardzo zbulwersowani. Dwie osoby zgodziły się na zacytowanie ich wypowiedzi na łamach tygodnika „Sieci”.
Daniela Ogińska, ps. Pszczoła, strzelec, sanitariuszka 7 Pułku Piechoty Legionów „Garłuch”, 93 lata
To nieprawda, że, jak słyszę, wszyscy powstańcy chcą delegalizacji Marszu Niepodległości. Przeciwko marszowi są tylko ci spośród nas, którzy są fanami Platformy Obywatelskiej i prezydenta Rafała Trzaskowskiego. Nie trzeba ich słuchać, kierują nimi bowiem prywatne interesy, chcą załatwić coś dla siebie.
Mnóstwo powstańców, wbrew rodzicom, przystąpiło do powstania, gdy już ono się rozpoczęło. Część z tych ludzi po tzw. wyzwoleniu szukała możliwości, żeby się gdzieś załapać i wykorzystać reklamę, jaką daje tytuł „powstańca”. A tak naprawdę w konspiracji działało 5 proc. społeczeństwa. Nie widzę powodu, żeby Marsz Niepodległości miał się nie odbyć. Dwa lata temu, gdy siedziałam na ławeczce przed „Smykiem” i przyglądałam się marszowi, dowiedzieliśmy się, że na rondzie de Gaulle’a pojawiły się transparenty przeciwko Marszowi Niepodległości, były prowokacje, np. spalenie budki pod rosyjską ambasadą. Zawsze były takie prowokacje, żeby tylko oczernić tych ludzi, którzy idą z biało-czerwonymi flagami, i odmówić im patriotyzmu.
Wszyscy, którzy byliśmy członkami konspiracji, mieliśmy jedno marzenie: tak się zorganizować, żeby wystąpić przeciwko Niemcom. Marzyliśmy o tym, żeby się wreszcie z Niemcami rozprawić. Ta idea przyświecała nam od 1939 r. I każdy, jak mógł, łapał się jakiejś organizacji, żeby zrobić coś mądrego. Ja uczyłam się w liceum im. Klementyny Hoffmanowej i tam weszłam do harcerstwa, a to automatycznie weszło do konspiracji. Niektórzy rodzice bali się o swoje dzieci i nie chcieli, żeby wstępowały do harcerstwa. Ja dostałam zgodę taty i od listopada 1941 r. zaczęłam działać w konspiracji. Miałam pod sobą 10-osobowy zastęp. A w 1945 r. miałam już 120-osobową drużynę. Chciałam po prostu walczyć o Polskę, bo kochałam tę Polskę całym sercem. Nawet jak się tu kłócą, to ona jest moja ukochana, jedyna i wspaniała. Słucham czasem w telewizji, jak ci politycy opowiadają różne dyrdymały, tylko po to, żeby zaistnieć na antenie. I tak też jest w środowisku powstańców, że czasem opowiadają głupoty, żeby być w mediach. Może coś z tego mają? Może dla pieniędzy? Koleżanka mi opowiadała, że podczas tzw. Strajku Kobiet spotkała pod filharmonią panią po sześćdziesiątce, która miała transparent za aborcją. I moja koleżanka pyta: „Co pani tu robi w tym wieku?”. A tamta jej odpowiedziała, że jej dali 200 zł, żeby stała, no to stoi, bo co jej to szkodzi.
Dziś patrioci mają w sercu ideały, wartości i chcą dla Polski dobra. A te ideały reprezentuje nasz rząd, który chce, żeby ludzie mieli lepiej. Patriotyzm to obowiązek wierności i lojalności wobec tych obywateli, z którymi się żyje. Ale są tacy, którzy wciąż robią obstrukcję, burdy, żeby normalne działanie nie było możliwe. Oni nie mają żadnych idei w sercu. Protestujące kobiety niszczyły pomniki, kościoły, naszą historię. Cóż to ma wspólnego z wartościami, ideałami? To tylko awanturnictwo. Myślę, że ci, którzy zakłócają Marsz Niepodległości, dopuszczają się prowokacji, muszą też mieć za to zapłacone, bo jaką ideę trzeba mieć w sercu, żeby to robić? Ci, którzy niosą wielką Biało-Czerwoną, są tam dla idei, dla Polski. Bez idei, wartości nikt nie będzie chodził z flagą.
A ten spór z Unią Europejską? To wynik tego, że nasza targowica z PZPR chce dobrych pieniędzy i bezpiecznych emerytur. Nie wiem, kto ich wybrał, ale ktoś to zrobił. Ja nie. Dzięki temu przyszłość będą miały zapewnione ich dzieci i wnuki, tak duże pieniądze się tam zarabia. No i oni teraz atakują Polskę, bo im się to opłaca. Ja, jako „zapluty karzeł reakcji”, łapałam się różnych prac, mąż założył warsztat, ja mu pomagałam, ale nie musiałam się opierać o partię, nie chciałam takiego zaplecza. Radziliśmy sobie jakoś i czekaliśmy, kiedy będzie normalnie i teraz jest normalnie. A rządowi trzeba pomóc, żeby mógł pracować. I to jest patriotyzm. Trzeba mieć czyste serce, jasne spojrzenie i nie wstydzić się tego, kim się jest. Ja mam 1,7 tys. zł emerytury, bez dodatków, i nie płaczę. Nie potrzebuję więcej. Jak trzeba, to rodzina mi pomaga. Zawsze robiłam wszystko, żeby być niezależną i mi się udało. Smutno mi tylko, że ludzie nie umieją docenić wolności, a Unia próbuje nam coś narzucać.
Jan Antoni Witkowski, ps. Jaś, gdy wybuchło powstanie warszawskie, miał 13 lat, był łącznikiem Batalionu „Iwo”, 90 lat
Gdy wybuchło powstanie, byłem dzieckiem. Miałem 13 lat. Do powstania wciągnął mnie ojciec, zostałem łącznikiem, zaprzysiężono mnie. Przysięgę składaliśmy wieczorem na podwórku, gdzieś obok paliło się ognisko. To, że walczymy, było oczywiste. Mieliśmy jedno pragnienie: oswobodzić Polskę spod niemieckiej okupacji. Mieliśmy dość terroru. Chcieliśmy wolnej Polski. Nie myśleliśmy wtedy, jaka ta Polska ma być. Chcieliśmy tylko, by Polacy mogli sami o sobie decydować. Jako dzieciaki robiliśmy Niemcom różne psikusy, każdy wiedział, że musi walczyć jak może. I dorośli, i dzieci. U sąsiadów mieszkał młody chemik, który produkował barwnik do mundurów. Barwnik miał taką cechę, że po namoknięciu mundur się rozchodził. Przygotował też szczepionkę przeciw tyfusowi, bo Niemcy się bali choroby. I po tej szczepionce Niemiec przez tydzień leżał z wysoką gorączką. Nas, chłopaków z podwórka, nauczył robić kalichlorek, który podkładaliśmy pod tramwaje „tylko dla Niemców”. Nas, Polaków, nie da się zastraszyć, bo od razu rodzi się w nas bunt.
Mój ojciec urodził się na Podolu, mama w Inowrocławiu, pod zaborem pruskim. Tata służył w 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich. Służył na granicy polsko-sowieckiej. Bandy żołnierzy rabowały, mordowały, a ojciec chronił lokalną społeczność. Moja rodzina miała tradycje wolnościowe, w takim duchu byłem wychowany. Pamiętam, że śpiewaliśmy wolnościowe piosenki, recytowaliśmy wiersze, tego mnie i moje rodzeństwo uczyli rodzice. To było naturalne. Wiedzieliśmy, że Polska to nasza matka. A na Pomorzu, gdzie dorastałem, panowała antyniemiecka atmosfera. Ojca wciąż szukało gestapo.
Powstańcy byli i są grupą społeczną, która nie jest jednorodna. Mamy różne poglądy, różnie patrzymy na świat. Tak było podczas powstania. Tak jest i teraz. Wśród nas są osoby z poglądami prawicowymi, lewicowymi, liberalnymi i centrowymi. Ja widzę się gdzieś pośrodku, nie lubię skrajności. Różne poglądy były, są i będą. Jednak nigdy bym nie powiedział, że wszyscy powstańcy chcą tego czy tamtego. Na pewno nie jest tak, że wszyscy powstańcy popierają rząd lub wszyscy popierają opozycję. Gdyby zrobić wybory wśród powstańców, to głosowaliby różnie. Jak w każdej grupie społecznej. Na pewno też nie wszyscy powstańcy chcą zdelegalizowania Marszu Niepodległości. Możliwe, że chcą tego niektórzy. Ważne jednak, by marsz nie przekraczał pewnych granic. Próg demokracji musi być zachowany. Nie używałbym także słów „faszyści” czy „nacjonaliści”, bo to nie są określenia adekwatne. Różnorodność społeczna, polityczna jest wartością. Źle byłoby dopiero wtedy, gdyby wszyscy mieli takie same poglądy. Różnica zdań i stanowisk prowadzi do wypracowania lepszych rozwiązań.
Jeśli mnie ktoś zapyta, jak oceniam rząd, to powiem, że dobrze, bo doceniam to, co robi dla ludzi. Wielu zaczęło się żyć lżej, dzieci mogły pierwszy raz wyjechać na wakacje. Dużo zyskali emeryci. Gospodarka rozwija się bardzo dobrze, premier jest zdolnym zarządcą. Nie zgadzam się we wszystkim z Jarosławem Kaczyńskim, nie jestem tak prawicowy jak on. Ale w mojej ocenie to bardzo niedobrze, że pewna grupa Polaków prowadzi przeciw Polsce sabotaż za granicą. To mnie bardzo boli. Nie potrafię zrozumieć, czym się kierują ludzie, którzy podcinają gałąź, na której siedzą. Przecież jest oczywiste, że nie jest w interesie Parlamentu Europejskiego czy Komisji Europejskiej, żeby nam było dobrze i wygodnie, każdy ma swoje interesy i ich broni. Jesteśmy państwem katolickim. Komu to przeszkadza? Takie nasze prawo.
Artykuł z 44/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
