Trudna sztuka kompromitacji. "Jednak niektórym się udaje"Trudna sztuka kompromitacji. Choć w polskich warunkach naprawdę trudno „stracić twarz”, to jednak niektórym się udaje.

W ostatnich latach wielu celebrytów siadło za kierownicę, będąc w stanie upojenia alkoholowego. Na przykład w 2014 r. Joanna Liszowska doprowadziła do kolizji trzech samochodów.
W Polsce osobie publicznej dość trudno się skompromitować. Wyborcy i fani są w stanie wiele wybaczyć. Wiele, ale czy wszystko?
Przypadek Beaty K.
Opinię publiczną zelektryzowała niedawno wiadomość, że znana i lubiana piosenkarka Beata Kozidrak prowadziła samochód pod wpływem alkoholu. Według policji miała około dwóch promili alkoholu w wydychanym powietrzu. Piosenkarka usłyszała zarzuty prowadzenia w stanie nietrzeźwości i przyznała się do winy. Odmówiła jednak składania zeznań. Za alkoholowy rajd grozi jej do dwóch lat pozbawienia wolności. Czy to jednak zakończy jej karierę muzyczną? Wątpliwe.
Beata Kozidrak przyjęła najlepszą z możliwych strategii. Przyznała się, przeprosiła, nie tłumaczyła, że wlewała płyn do spryskiwaczy czy jadła jabłka, a były takie tłumaczenia w świecie polityki
– komentuje sprawę Hubert Biskupski, wicenaczelny dziennika „Super Express”.
Dlatego myślę, że dość szybko wróci do życia scenicznego. Na szczęście nie doszło do tragedii, nikt nie zginął, a w mediach społecznościowych pełno wpisów ludzi od prawa do lewa, którzy usprawiedliwiają, proszą, by nie hejtować piosenkarki, bo przecież przeprosiła, nie ma powodu, by się nad nią pastwić
– dodaje Biskupski.
I wielu innych „pod wpływem”
To nie pierwszy taki przypadek wśród znanych i lubianych. Nie pomagają kampanie społeczne ani surowe kary. W ostatnich latach wielu celebrytów siadło za kierownicę, będąc w stanie upojenia alkoholowego. Na przykład w 2014 r. Joanna Liszowska doprowadziła do kolizji trzech samochodów. U aktorki stwierdzono wówczas 1,2 promila alkoholu we krwi. Liszowska otrzymała mandat w wysokości 400 zł oraz 6 pkt karnych. Została też skazana na karę pięciu miesięcy prac społecznych i dwuletni zakaz prowadzenia pojazdów. Katarzyna Figura dwa razy wpadła na prowadzeniu „pod wpływem”. Po raz pierwszy w 2008 r. w Polsce, gdy jechała na próbę do teatru (wykryto u niej wtedy 0,22 promila) i w 2012 r. w USA. Aktorkę zatrzymano w mieście Canandaigua w stanie Nowy Jork, kiedy wioząc jedną z córek, prowadziła samochód na podwójnym gazie. Figura straciła wtedy prawo jazdy. W 2009 r. Tomasz Stockinger prowadził auto pod wpływem alkoholu i spowodował wypadek na trasie. Alkomat wykazał wówczas 2,3 promila. Aktor publicznie przeprosił za swój błąd, a po trzech latach ponownie podszedł do egzaminu na prawo jazdy. Sprawa tym bardziej obciążała wizerunek aktora, że przed wpadką był twarzą kampanii promującej bezpieczną jazdę. Daniel Olbrychski został zatrzymany przez policję pod Warszawą, mając 0,9 promila alkoholu we krwi.
Rzeczywiście, potwierdzam to, co się zdarzyło, można się tylko uderzyć w pierś. Nie wolno po zakrapianej kolacji wsiadać za kółko kolejnego dnia po południu
– tłumaczyła męża Krystyna Demska-Olbrychska. Aktor stanął przed sądem. Wyrok zapadł w 2015 r.: 10 tys. zł grzywny i trzyletni zakaz prowadzenia pojazdów. Dla odmiany Renata Dancewicz straciła prawo jazdy na 6 miesięcy. Podczas rutynowej kontroli drogówki okazało się, że alkomat wskazał 0,4 promila.
Celebryci przyjmują z reguły dobrą strategię. Okazują skruchę, przepraszają i przyznają się do winy. Czasami pojawia się próba umniejszenia winy, minimalizowania strat, ale to jest gorsza ścieżka
– mówi Grzegorz Jankowski, były redaktor naczelny „Faktu”.
Nie ma chyba takiej kompromitacji, po której nie dałoby się podnieść. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale tak jest. To trochę wynika z tego, jakim jesteśmy społeczeństwem. Reprezentantów w Sejmie mamy takich, jacy sami jesteśmy. Podobnie jest z elitami i gwiazdami. Są takie, jakie sobie wypracowaliśmy. Wszelkie gafy, wpadki i kompromitacje wybaczamy dlatego, bo wiemy, że nam też może się coś takiego przydarzyć. W Polsce każdego dnia setki osób wsiadają za kierownicę po alkoholu. To się zdarza w każdej grupie społecznej i zawodowej, tak samo dotyczy robotników, inżynierów, lekarzy. Dotyczy też gwiazd. Jest coś w rodzaju społecznego przyzwolenia na tego rodzaju zachowanie
– komentuje Jankowski.
Upadek przekuć w sukces
13 lat temu aktor Borys Szyc stracił prawo jazdy na dwa lata za prowadzenie pojazdu „na gazie”. 11 lat temu modelka Ilona Felicjańska spowodowała wypadek, mając w wydychanym powietrzu 2,3 promila alkoholu. Oboje jednak przekuli te historie w swój sukces. Felicjańska przyznała się do uzależnienia. Dekadę później świadomie wspiera osoby uzależnione i planuje założenie własnego ośrodka terapeutycznego. Dobrym przykładem świeci także Borys Szyc.
Borys Szyc od kilku lat przepięknie trzeźwieje. Solidnie pracuje i, co nie jest bardzo częste, postanowił powiedzieć o problemie i swojej drodze wyjścia z niego. Przyznał się, że był na dnie i traktował swoje życie dosyć swobodnie. Jego praca to coś, przed czym chylę czoło
– mówił mi kiedyś w wywiadzie dla „Sieci” dziennikarz Rafał Porzeziński, twórca cyklu „Ocaleni” w TVP 1.
Osoby, które były na tyle odważne, by zedrzeć z siebie maskę twardzieli i dzielić się owocem swojej pracy, wymagają elementarnego szacunku
– tłumaczył dziennikarz.
Kilka lat temu łatwiej byłoby wskazać osoby, które musiały odejść z życia publicznego po kompromitacji
– mówi Hubert Biskupski, wicenaczelny „SE”.
Doszliśmy do takiego etapu, że właściwie nie ma niczego, co mogłoby polityka czy celebrytę skompromitować na tak długo, by taką osobę z życia publicznego wyeliminować. Po pierwsze, ludzka pamięć jest ułomna, a jeśli polityk jest dość zdeterminowany, to może odczekać jedną lub dwie kadencje i bez kłopotu powrócić, a dla elektoratu i towarzyszy partyjnych przeszłość nie ma wielkiego znaczenia. Podobnie jest w przypadku celebrytów. Coraz trudniej wskazać taką osobę, która swoim postępowaniem całkiem wykluczyłaby się z życia publicznego. Dziś można powiedzieć i zrobić niemal wszystko
– dodaje Biskupski.
Zawód: były dziennikarz
Bywają jednak tacy, którzy są o krok wyeliminowania się na dobre z życia publicznego. „Nieźle” idzie Kamilowi Durczokowi, niegdyś znanemu i szanowanemu dziennikarzowi.
Nazywam się Kamil Durczok. Jestem alkoholikiem. Aktualnie niepijącym. Rozumiem, co przeżywa teraz Beata Kozidrak. Zanim jakiś narodowy kaznodzieja zechce stwierdzić, że oto pijak broni pijaka albo gwiazda gwiazdę, powiem jasno: nie da się usprawiedliwiać tego, co zrobiliśmy. Głupota, zagrożenie? Chwila zapomnienia? (…) To, co zrobiliśmy, to rzecz straszna. Każdy z Was mógł być naszą ofiarą
– napisał Durczok, który stanął w obronie Kozidrak w tekście dostępnym przez aplikację Durczokracja.
Piszę, bo choć nie da się usprawiedliwić i wytłumaczyć tego, co zrobiliśmy, ponosimy niezasłużone, dodatkowe kary. (…) Beata Kozidrak dostarczała nam wielu wzruszeń i emocji. Ja próbowałem dostarczać informacji, by ludzie lepiej rozumieli świat. Nie ma powodu, byśmy przepłacali za nasze błędy
– tłumaczy były dziennikarz, a na koniec dodaje w swoim stylu:
W d*pie mam opinię kilku milionów baranów, z którymi, oprócz dowodu osobistego z nadrukiem PL, nic mnie nie łączy
– deklaruje Durczok.
Były szef „Faktów” TVN w lipcu 2019 r. spowodował wypadek samochodowy. Okazało się, że w wydychanym powietrzu miał aż 2,6 promila alkoholu. Prowadzony przez niego pojazd wypadł z pasu ruchu i staranował barierki. Ale dziennikarz ma na swoim koncie znacznie dłuższą listę „wybryków” dyskwalifikujących go z życia publicznego. Kolejne to podejrzenia o oszustwo i podrobienie weksla. Sprawa wyszła na jaw po tym, jak była żona gwiazdy zaprzeczyła, że złożyła swój podpis na wekslu. Oświadczyła, że podpis został podrobiony, a jej nie było przy sporządzeniu dokumentu. Jeszcze wcześniej media ujawniły „ciemne strony” Durczoka, donosząc o zaległych opłatach za czynsz za apartament na stołecznym Mokotowie, znalezionych tam środkach odurzających, mobbingu oraz domniemanym molestowaniu seksualnym „w jednej z dużych stacji telewizyjnych”. 13 lutego 2015 r. powołano w TVN komisję badającą zarzuty dotyczące mobbingu i molestowania, mającą na celu zbadanie sprawy. Pełna treść raportu wyciekła jesienią 2015 r. Pracownicy przyznali, że Durczok dopuścił się wobec dwóch podlegających mu kobiet czynów noszących znamiona molestowania, a wobec czterech innych osób – mobbingu.
Przygody Kamila Durczoka definitywnie wyeliminowały go z dziennikarstwa. Choć on próbuje wrócić, to już chyba nie jest możliwe. Ale w jego przypadku nie chodziło tylko o alkohol, lecz o poważne zarzuty natury prawnej. Za dużo się nazbierało. Ale nie wiem, czy gdyby się bardzo uparł, to nie udałoby mu się wrócić
– komentuje publicysta Wiktor Świetlik.
Dziś Durczok najaktywniejszy jest w mediach społecznościowych, gdzie śledzi go wierne grono niezrażonych fanów. Być może pasuje im rynsztokowa stylistyka wypowiedzi.
Niezbyt dobrze ma się inny dziennikarz, Piotr Najsztub. W październiku 2017 r., jadąc chevroletem bez aktualnych badań technicznych i ubezpieczenia, potrącił na pasach 77-letnią kobietę. Jakby tego było mało, okazało się, że dziennikarz nie miał prawa kierować jakimkolwiek pojazdem, bo dziewięć lat wcześniej stracił prawo jazdy za przekroczenie limitu punktów karnych. Najsztub stanął przed sądem i usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku drogowego, w którym osoba trzecia odniosła obrażenia. Proces trwał kilka miesięcy, a Najsztub został uznany za winnego zarzucanego mu czynu i skazany na grzywnę oraz wypłacenie poszkodowanej rekompensaty i pokrycie kosztów procesu. Ten wyrok Zbigniew Ziobro nazwał „zbyt pobłażliwym”.
Polacy oczekują, że prawo będzie równe dla wszystkich, bez względu na to, czy sprawca to osoba znana, czy nie. Wpływowy dziennikarz, który zresztą lubi moralizować, nie jest świętą krową
– grzmiał minister sprawiedliwości. Jednak Sąd Rejonowy w Piasecznie ponownie przeprowadził cały proces i uniewinnił dziennikarza. Prokuratura apelowała, ale warszawski Sąd Okręgowy podtrzymał tę decyzję w mocy.
Jechałem około 20 km/h, padał deszcz, pasy były niedoświetlone, nie miałem szans zahamować. Czuję teraz spokój. Sąd uznał, że zachowałem szczególną ostrożność, w związku z czym mnie uniewinniono
– tłumaczył później dziennikarz w „Dzień dobry TVN”.
To nie były jedyne problemy z prawem dziennikarza, który przez lata miał w tzw. środowisku opinię niezatapialnego. Czy wciąż tak się o nim mówi? Skazany na grzywnę Najsztub stracił pracę w jednym z portali internetowych, a kilka miesięcy temu portale plotkarskie pisały o nim:
Piotr Najsztub na finansowym dnie. Tak źle w życiu dziennikarza jeszcze nie było!
Wszystko z powodu związanych m.in. z lockdownem problemów finansowych restauracji, którą dziennikarz prowadzi wspólnie z partnerką.
Polityczny koniec?
W Polsce niełatwo wypaść także z życia politycznego. Okazuje się, że można zostać wybranym na senatora, a nawet przewodniczącego senackiej komisji, mając na koncie prokuratorskie zarzuty. Stanisław Gawłowski został przewodniczącym nadzwyczajnej komisji do spraw klimatu, mimo że ciąży na nim aż siedem zarzutów, w tym cztery korupcyjne. Według śledczych miał przyjąć ponad 700 tys. zł łapówek. Za jego kandydaturą głosowali senatorowie Koalicji Obywatelskiej. „To kpina z obywateli” – komentowali politycy PiS po szokującej decyzji senatorów opozycji.
Dlaczego tak się dzieje? Jeśli chodzi o politykę, to mamy tu dużą polaryzację, a co za tym idzie, jeśli ktoś związany z jedną stroną dyskursu publicznego się skompromitował, a druga strona to wykorzystuje, to ta osoba błyskawicznie jest pokazywana jako ofiara politycznego ataku, nagonki. Nawet przestępstwa z Kodeksu rodzinnego nie wykluczały takich osobników z życia publicznego, takie osoby i tak lądowały na listach wyborczych lub dostawały intratne posady
– komentuje Hubert Biskupski. Zgadza się z nim Wiktor Świetlik.
Jeśli chodzi o politykę, to bardzo trudno się skompromitować, ponieważ brakuje uniwersalnych norm. Zawsze to, co robią ci drudzy, jest straszne i niemoralne, a to, co robią nasi, jest OK. Z jednej strony wracają ludzie bardzo obciążeni, a z drugiej rozdmuchuje się nieistniejące afery, byle komuś dokopać
– dodaje Świetlik.
Wszyscy mamy w pamięci obronę przez politycznych kompanów Sławomira Nowaka. Podejrzanemu o korupcję politykowi w lipcu w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie przedstawiono uzupełniony zarzut. Obejmuje on przyjęcie dodatkowych korzyści majątkowych w kwocie 315 tys. euro w zamian za wspieranie konkretnej spółki w postępowaniach o udzielenie i wykonanie zamówień publicznych dotyczących budowy i remontu dróg na Ukrainie. Broniono także senatora Józefa Piniora skazanego prawomocnie za korupcję. Z powodu lewych faktur i długu alimentacyjnego musiał za to zniknąć z pierwszego szeregu „walki o demokrację” lider KOD Mateusz Kijowski. Inni „obrońcy demokracji”, którzy świetnie sobie radzili w systemie, który z demokracją nie miał nic wspólnego, mają się jak pączki w maśle na brukselskich etatach.
Banda cyników
Kluczowe jest to, czy ktoś ma na tyle silną psyche i tupet, by pchać się do życia publicznego pomimo skandali
– mówi Wiktor Świetlik.
Przykładem wyjątkowego tupetu są historie postkomunistów. Mam na myśli Dariusza Rosatiego, Włodzimierza Cimoszewicza czy Leszka Millera. W sensie historycznym to byli wysoko postawieni działacze partii komunistycznej. Wydaje się, że oni przynajmniej w jednym obszarze powinni siedzieć cicho, czyli porównywania swoich przeciwników politycznych do komunistów. Nic bardziej mylnego. A gdy czyta się wpisy w mediach społecznościowych, np. Dariusza Rosatiego, to można mieć wrażenie, że to wręcz były opozycjonista. Szczytem bezczelności jest to, co mówi o aferze FOZZ. Przecież ten polityk był w radzie nadzorczej Funduszu, to go bardzo obciąża. Tymczasem w twitterowej wymianie zdań z Zuzanną Falzmann, czyli córką inspektora, który wykrył aferę, zachowywał się, jakby to on sam tę aferę ujawnił. Rosati świetnie ma się w polityce, w biznesie. Zresztą jak cała jego rodzina. Wystarczy duża doza cynizmu, bezczelności i twardości. Nie masz skrupułów, to przetrwasz. To lekcja z historii Rosatiego
– opisuje rzeczywistość Świetlik.
Długo o wykluczenie z życia publicznego „walczył” były premier Kazimierz Marcinkiewicz, który na własne życzenie na całe lata stał się bohaterem pierwszych stron tabloidów. Śledziliśmy historię miłosnych uniesień byłego ZCHN-owca, który wcześniej porzucił żonę i czwórkę dzieci, a następnie historię końca „wielkiej miłości”, która przeszła w prawdziwą wojnę.
Kazimierzowi Marcinkiewiczowi nie zaszkodził skandal obyczajowy, był rozważany jako kandydat do europarlamentu. Jego kariera przygasła dopiero, gdy się okazało, że nie płaci alimentów. Mimo to w biznesie wciąż robi karierę, odnosi sukcesy, czyli odnalazł się na innym polu
– zauważa Grzegorz Jankowski.
Marcinkiewicz bardzo długo funkcjonował, mimo kolejnych życiowych perypetii, w życiu publicznym, i to na pełnych prawach. Niewykluczone, że gdy sprawa z jego drugą byłą żoną się zakończy, to dawny polityk wróci do komentowania, a może nawet do polityki. Mieliśmy takie wańki-wstańki. Weźmy choćby Bogdana Pęka, który został uwieczniony na zdjęciach, gdy leży „zmęczony” na korytarzu i co? I nic. Dalej funkcjonuje w polityce. Lata 90. obfitowały w skandale i powodowały szybsze i trwalsze wykluczenie polityków
– wspomina Hubert Biskupski.
Z komentowania życia politycznego nie wykluczyła Aleksandra Kwaśniewskiego ani „choroba filipińska”, ani „kontuzja goleni prawej”, a Lecha Wałęsy nie zdołał strącić z piedestału (przynajmniej w oczach części opinii publicznej) fakt, że był agentem SB o numerze ewidencyjnym 12535, zarejestrowanym 29 grudnia 1970 r. jako tajny współpracownik „Bolek”.
Ze sceny politycznej (czy na dobre?) zniknął za to Ryszard Petru, który zajął się biznesem i stworzył własny think thank.
Ryszarda Petru nie wyeliminowała obyczajówka. Jego wyeliminował specyficzny sposób opisywania rzeczywistości i to, że uchodząc za eksperta od wszystkiego, na niczym się nie znał. Stał się człowiekiem memem polskiej polityki
– śmieje się Świetlik.
Choć w polskich warunkach naprawdę trudno „stracić twarz”, to jednak niektórym się udaje. Trzeba jednak na to pracować całymi latami. Polacy mają krótką pamięć i szybko wybaczają. W końcu nikt nie jest doskonały.
Artykuł z 38/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
