Profesura z blizną. "Recenzje zideologizowane"Profesura z blizną. "Być może trzeba by rozważyć całkowite wykluczenie z grona ekspertów tych, którzy piszą recenzje zideologizowane"

Mamy do czynienia z ogromnym kryzysem podstawowej kategorii naukowej, jaką jest prawda. Sprawa Zybertowicza ilustruje, jak w majestacie prawa można się z nią mijać, biorąc za to honorarium.
Historia profesury Andrzeja Zybertowicza jest nie tylko „ciekawa”, z czego najbardziej korzystają media, ale nade wszystko posiada sporą moc diagnozującą. Pokazuje bowiem w jakimś wymiarze stan naszych elit.
Oto bowiem odmawia się przedstawienia do tytułu profesorskiego człowieka o uznanym dorobku naukowym, który karierę polityczną zrobił dzięki swojej wiedzy naukowej, a nie na odwrót, jak miewa to miejsce, że karierę naukową robi się dzięki koneksjom politycznym. Obecna pozycja Andrzeja Zybertowicza (urzędnik w Kancelarii Prezydenta RP) wynika z jego wiedzy, którą gromadził przez całe lata pracy naukowej. To czyste wdrożenie teorii do praktyki. Tego wszak od nauki oczekujemy. Trudno byłoby mi znaleźć drugi przykład polityka tak bardzo ukorzenionego w nauce i tak rzetelnie bazującego w swojej pracy na twardych przesłankach naukowych. Dlatego niejednokrotnie mu współczuję rozmów z dziennikarzami czy politykami. Oni mniemają o tym, o czym Zybertowicz po prostu coś naprawdę wie.
Jako uczony i komentator życia społecznego w Polsce ma jednak ( jak paru innych) zadanie utrudnione, gdyż w pospolitym odbiorze wtapiany jest w grupę ulepioną z tytularnych i nietytularnych profesorów, wśród których są i Joanna Senyszyn, i Wojciech Sadurski, Ireneusz Krzemiński, Maciej Gdula, Monika Płatek, Magdalena Środa, Marcin Matczak czy Adam Bodnar, którzy zabierając głos publiczny, korzystają ze swoich zasobów ideologicznych i emocjonalnych, nie zaś z namiastkowej chociażby wiedzy naukowej. A może ich naukowa wiedza jest bezużyteczna? Zybertowicz uwiarygadnia swój głos nauką i dowodami, a oni tym, że są profesorami.
Nic więc dziwnego, że dopuszczenie go do grona namaszczonych purpuratów spotkało się z gwałtowną i osobliwie zgodną reakcją powołanych do oceny jego dorobku socjologów. Jest tu jedna jeszcze rzecz, którą warto podkreślić. W oceanie „naukowych” publikacji nieistotnych, ledwie przyczynkarskich, powierzchownych i miałkich dorobek Zybertowicza jest „o czymś”, jest wyrazisty i metodologicznie nienaganny. To ważny kontekst tejże sytuacji.
Płaszcz Barei
Na etapie wyznaczania recenzentów dopuszczono się dość farsowego błędu. Jego ilustracją jest wyznaczenie do napisania opinii profesora nie tylko kompletnie nieistniejącego w wąskim nawet obiegu międzynarodowym, lecz także będącego swoistym NN w Polsce. Tymczasem rozpoznawalność Zybertowicza (mierzona cytowaniami jego prac za granicą i zagranicznymi publikacjami) jest przy prostym podliczeniu większa niż wszystkich recenzentów razem wziętych! Najwyraźniej zasada, że księdza namaszcza biskup, a rycerza pasuje inny rycerz, tutaj nie obowiązywała. Świadczy to też o niestarannym, przypadkowym lub czynionym za pomocą nieznanego klucza dobrze rzeczoznawców. Takie rzeczy trzeba poddać wcześniejszemu rozpoznaniu, bo to pozwala uniknąć takich jak w tym przypadku absurdalnych piruetów.
Osobnym zagadnieniem są treść i forma recenzji. Tutaj wyjaśnię, że napisałem prawie 50 recenzji habilitacyjnych i niemal 20 profesorskich, wiem zatem, o czym piszę. Szokująca jest objętość kilku opinii. Półtorej strony, cztery strony…, a oceniany był dorobek składający się z kilku tysięcy stron! Pisząc recenzję negatywną, należy ją dokładnie i merytorycznie uzasadnić, tu nie ma nawet milimetra przestrzeni na widzimisię eksperta. Przejrzałem napisane przez siebie recenzje negatywne. Z wyjątkiem jednej mają od 16 do 27 stron. Ów wyjątek stanowi recenzja jednostronicowa, w której ujawniam ewidentny i obszerny plagiat habilitanta. Takie przestępstwo całkowicie dyskwalifikuje ambicje do awansu naukowego. Awans naukowy to nie tylko kwestia kariery, lecz także los człowieka. Dlatego swoje „nie” trzeba adekwatnie uzasadnić, każdy wątpliwy aspekt dorobku obejrzeć z wielu stron i jednoznacznie wskazać niedoskonałości. Aby to zrobić, należy dokładnie, słowo po słowie, akapit po akapicie zapoznać się z całym ocenianym materiałem. A to ogromna praca, bo coraz częściej bywa, że dorobek przysłany do recenzji mieści się w sporym kartonie. Jeśli na dodatek są w nim materiały obcojęzyczne, to trzeba znać ów język obcy. A nie udawać, że się zna lub „nie zauważyć” materiałów w niepolskim języku. Należę do tej grupy profesorów, którzy nie podejmują się recenzji, gdy dorobek kandydata zawiera teksty napisane w języku, w którym nie poruszam się dość swobodnie.
Zaskakuje i zdumiewa to, że recenzje negatywne profesury Andrzeja Zybertowicza na odległość zalatują pobieżnym albo rzekomym zapoznaniem się z jego dorobkiem lub tyleż krągłymi co kompletnie oberwanymi ze znaczeń generalizacjami. Dla pełni obrazu dodam, że sporządzanie recenzji nie jest bezpłatne, a kwota, którą zarabia recenzent, jest podobna do średniej krajowej emerytury (dane z 2020 r.). I na te pieniądze trzeba uczciwie i rzetelnie zapracować.
Osobną kwestią jest sposób napisania recenzji. Tutaj kilku rzeczoznawców udowodniło, że nie są w stanie oddzielić kandydata do tytułu naukowego od polityka. To umiejętność dla nich niedostępna, lecz jednocześnie jaskrawo wpływająca na formułowane opinie. Bywa, że recenzuję dorobek księży, osób o lewicowych poglądach, genderystów czy feministki i nie śmiałbym ich poglądów traktować jako atutu czy mankamentu dorobku. Oceniam to, co otrzymałem do oceny, a nie to, co usłyszałem w mediach czy wyczytałem o nich w gazecie. Mimo że niesłusznie przyklejono mi łatkę konserwatywnego profesora, nigdy nie usłyszałem zarzutu, że moje opinie mają charakter pozamerytoryczny. I nie jestem tu wcale rzadkim wyjątkiem. Grupa profesjonalistów wśród profesorów ciągle istnieje.
Jeśli jednak sformułowanie oceny dorobku naukowego odbywa się poza przestrzenią naukową, poza naukową argumentacją i zawiera uprzedzenia czy upodobania rzeczoznawcy, to rychło możemy się spodziewać, że do głosu dojdą argumenty w stylu „jest transfobem” czy „jest kurduplem” jako rozstrzygające o jakości przedstawionego do oceny dorobku.
W niektórych recenzjach profesury Zybertowicza znajdujemy ton drwiny, szyderstwa i całkowitej bezkarności w formułowaniu opinii. Owa barejowska bezkarność „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi” już odbija się nam czkawką, a w przypadku tej profesury jest to czkawka głośna i cuchnąca. To winno wzbudzać środowiskowy wstyd. Wzbudza?
Nie cytuję tu omawianych recenzji. Można je znaleźć na oficjalnej stronie Centralnej Komisji ds. Tytułów i Stopni Naukowych. Mają charakter jawny.
Odwrócona absorbcja
Profesura Andrzeja Zybertowicza znalazła nie tyle szczęśliwy, bo trudno tu mówić o szczęściu, ile sprawiedliwy finał. Dzięki postawie Prezydium Rady Doskonałości Naukowej (a w tym gronie pedagoga, prof. Bogusława Śliwerskiego) i pozbawionemu pozamerytorycznych przesłanek wglądowi w dorobek kandydata został mu przyznany tytuł profesora nauk społecznych, a niebawem prezydent potwierdzi to zapewne wręczeniem nominacji. To konstruuje nadzieję, że nie całe środowisko nauk społecznych traktuje ocenianie innych jak medialną polemikę czy pyskówkę publicystyczną, że nie wszyscy sędziowie są gotowi dać zawodnikowi czerwoną kartkę jeszcze przed rozpoczęciem meczu.
Dlaczego nie można tego jednak uznać za szczęśliwy finał? To oczywiste. Wraz z tytułem profesora powstanie przekaz o „sprawie Zybertowicza”, który za jego profesurą będzie się krzywdząco wlókł. Skaleczono człowieka, ranę zdezynfekowano i zaopatrzono, ale blizna pozostanie.
Ta historia mówi nam jednak więcej niż tylko o jednym przypadku. Pokazuje bowiem w jakimś wymiarze stan naszych elit, które ulegają niejako „odwrotnej absorbcji”. Coraz częściej bowiem nie wytwarzają wzorców, a można tu mówić już o całych instytucjach akademickich, nie kształtują postaw, nie są w awangardzie zmiany i ulepszania świata, lecz zasysając „zewnętrzność” – są kształtowane. Absorbując myślenie, język, zachowania ulicy, same stają się ulicą. Tomasz Sobierajski, socjolog edukacji z UW, stwierdził publicznie, że dla niego „Szalenie wyzwalające było +Wypierdalać!+” [słyszane na ulicy – przyp. A.N.]. Tego w wywiadzie nawet nie wykropkowano. Zatem już nie prawda nas wyzwala, ale…?
Kryzys prawdy
Maksyma „amicus Plato, sed magis amica veritas” przestaje obowiązywać, zwłaszcza w tych naukach, gdzie badamy najszerzej pojętą kulturę, a nie naturę, której praw nie jesteśmy w stanie zmieniać. Mamy więc do czynienia z ogromnym kryzysem podstawowej kategorii naukowej, jaką jest prawda. Sprawa Zybertowicza ilustruje, jak w majestacie prawa można się z nią mijać, biorąc za to honorarium. Jak można właściwe kryterium oceny zmienić na dowolnie inne. Czy wreszcie, jak beztrosko i nieodpowiedzialnie podchodzi się do oceny dorobku.
A przecież może to działać także w drugą stronę. Czy nie istnieje niebezpieczeństwo, że stopnie naukowe i tytuły otrzymają miernoty, twórcy naukowej makulatury czy hochsztaplerzy akademiccy, ale będący po właściwej stronie, po stronie zasysających? Ależ istnieje! Być może trzeba by rozważyć całkowite wykluczenie z grona ekspertów tych, którzy piszą recenzje zideologizowane, zdawkowe, nierzetelne, ogólnikowe, niezgodne z kompetencjami, nasycone drwiną czy bezkarnie stronnicze?
I jeszcze jedna sprawa, o której warto tu napomknąć. To kwestia grantów międzynarodowych w szeroko pojętej humanistyce. Wystarczy przejrzeć ich ofertę, aby dostrzec, że naukowe (podkreślam – naukowe!) badanie istnienia społecznych źródeł homoseksualizmu czy transseksualizmu, faktyczny wymiar i przyczyny ruchów BLM, zbadanie rozmiarów i sfer zdominowanych przez poprawność polityczną etc., jest w zasadzie poza szansami na sfinansowanie, co wyraźnie wskazuję, że tych badań międzynarodowi skarbnicy nauki sobie po prostu nie życzą.
Nie sądzę, aby w najbliższych latach coś się tutaj zmieniło. Dzisiejszą Akademię trawi ogromny bezwład, wystraszona, nijaka i milcząca większość, pozory nauki i urzędowe dekretowanie wielkości, czyli punkty, pozyskiwanie grantów, nadawanie statusu „uczelni badawczej” i mnożące się komisje ds. równości, tolerancji czy czego tam jeszcze. To nie ma nic wspólnego z nauką, która istnieje siłą niewielkich enklaw, małych – mniej lub bardziej formalnych – grup badawczych ulokowanych w pozaideologicznej niszy, w której nadal liczy się poszukiwanie prawdy.
Artykuł z 46/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
