Od Janki wara! "Kiedy pani premier nie nazywano premierką"Od Janki wara! "To były czasy! Czasy, kiedy jeszcze pani premier nie nazywano premierką, pani minister ministrą, a pani reżyser reżyserką"

Całe to piękne językowe szaleństwo zanikało powoli samo, a formalnie dobiła je ustawa z lat 90. wprost zakazująca wpisywania do oficjalnych dokumentów nazwisk z żeńskimi końcówkami.
Widziałem kiedyś zeszyt ze szkolnych czasów mojej mamy. A w nim pięknie wykaligrafowane rozprawki i zadania. Piórem wiecznym rzecz jasna. Mnie w szkole też uczono ładnie pisać, ale efekt znacznie odbiegał od tego, co osiągnęła moja mama.
Najbardziej utkwił mi w pamięci jednak podpis właścicielki zeszytu na okładce. „Barbara Sasówna” (wtedy rodzina mamy przez jakiś czas pisała swoje nazwisko przez jedno „s”). To były czasy! Czasy, kiedy jeszcze pani premier nie nazywano premierką, pani minister ministrą, a pani reżyser reżyserką, o takich kuriozach jak polityczka czy gościni nie wspominając. Były wprawdzie nauczycielki, lekarki i posłanki (wcześniej nazywane nawet posełkami), ale wszystkie te słowa rodziły się naturalnie, w miarę potrzeb, a nie w atmosferze terroru feministycznej poprawności.
Naturalne – bo zrodzone ze społecznej potrzeby – były też feminatywy rodzinne, pochodzące od nazwiska. Kto przeczytał „Barbara Sasówna”, wiedział od razu, że to córka Sasa (Leopolda w tym przypadku). Kto usłyszał o Janinie Sasowej, wiedział, że to z kolei żona Sasa (wspomnianego Leopolda). W ten sposób kawalerowie od razu wiedzieli, że do Basi mogą jeszcze smalić cholewki, ale od Janki im wara.
Całe to piękne językowe szaleństwo zanikało powoli samo, a formalnie dobiła je ustawa z lat 90. wprost zakazująca wpisywania do oficjalnych dokumentów nazwisk z żeńskimi końcówkami. Zwyczaj, który przetrwał komunę, zdechł w pierwszych latach kapitalizmu. Polskim kobietom pozostało zazdrościć Czeszkom i Słowaczkom, które – niezależnie już, czy jest to nazwisko po ojcu, czy po mężu – dodają zawsze kobiece końcówki. Navrátilová, Krejčíková, Cibulková… Choć i tam feministki rozpoczęły już walkę z tradycją.
Oczywiście i u nas niektórzy starają się wciąż używać żeńskich form nazwisk – szczególnie w sytuacjach, gdy powiązania rodzinne mają znaczenie. Ostatnio wyczytałem w jednej z książek fragment dotyczący Zofii Wajdowej (drugiej z czterech żon Andrzeja Wajdy). Cóż, pięknie, tylko niezgodnie z zasadami. Formy żeńskie od nazwisk kończących się na -a uzyskiwały końcówkę -ina, -yna, -anka, -ianka. A więc żona Wajdy to Wajdzina, a córka to Wajdzianka.
Kto o aktorce Hannie Skarżance powiedziałby Skarga? Kto profesor językoznawstwa Janinę Puzyninę nazwałby Puzyną? Ileż uroku i szlachetności straciłyby te nazwiska.
Artykuł z 44/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
