NASZE ŚLEDZTWO. Mafijny szlak przerzutu ludzi przez PolskęNASZE ŚLEDZTWO. Lewe agencje, fałszowane dokumenty. Mafia opracowała szlak nielegalnego przerzutu ludzi przez Polskę

Trafiliśmy na trop mafii, która masowo legalizuje pobyt tysięcy, być może nawet dziesiątek tysięcy, imigrantów w Polsce.
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
Dzisiaj w cyklu WAŻNE ARCHIWA SIECI artykuł Marka Pyzy i Marcina Wikły o działających w Polsce mafiach trudniących się legalizowaniem pobytu imigrantów.
MAFIA ŚCIĄGA IMIGRANTÓW
Marek Pyza, Marcin Wikło
Artykuł ukazał się w numerze tygodnika „Sieci” Nr 25 (290) 2018
18–24 czerwca 2018 r.
Trafiliśmy na trop mafii, która masowo legalizuje pobyt tysięcy, być może nawet dziesiątek tysięcy, imigrantów w Polsce. To prawdziwa pajęczyna pośredników i firm słupów skupiona wokół agencji fałszujących dokumentację konieczną do uzyskania kart pobytu. W grę wchodzą gigantyczne pieniądze i wyspecjalizowane metody oszukiwania urzędów oraz służb.
Nic w tym biznesie nie jest legalne – Dorota, która opowiada nam tę historię, jest przerażona. – Gdy się zorientowałam, o co chodzi w naszej „agencji”, że de facto robimy pieniądze na fałszowaniu dokumentów, które mają pomóc zalegalizować pobyt w Polsce jakimś podejrzanym typom, to od razu zaczęłam szukać innej pracy. Ale nerwy miałam na wykończeniu, źle spałam, śniło mi się, że puka do mnie ABW. Szef czasami wspominał, że agenci w końcu do nas wpadną, ale był to tylko jego zwyczajowy żart. Śmiał się przy tym w głos.
Pierwszy dzień pracy w „agencji” Artema, ukraińskiego prawnika tuż po studiach w Polsce, był dla niego szokiem. Świeżo naładowany wyniesionym z uniwersytetu poczuciem sprawiedliwości i chęcią niesienia pomocy osobom z zagranicy (tak wyczytał w ogłoszeniu) jako pierwsze zadanie od szefowej dostał… sporządzenie aneksu do umowy na papierze, na którym już widniał czyjś podpis. Ewidentny przekręt. Mało. Aneks miał posłużyć do wyłudzenia karty pobytu. – Szybko stamtąd uciekłem do kancelarii adwokackiej, ale okazało się, że tutaj też, choć na mniejszą skalę, „robi się legalizacje”. Takich firm w samej Warszawie są dziesiątki, a może nawet setki. Trochę się boję, bo ja też zostawiłem kilka swoich podpisów in blanco. Niby po to, żeby w razie kontroli szybko mnie „zatrudnić”, bo oczywiście pracowaliśmy na czarno. Nie wiem, do czego mogą być teraz wykorzystane…
– To jest prawdziwa mafia. Mówią, że mają wtyki wszędzie. Nie da się w to tak po prostu nie wierzyć, bo są skuteczni. Tylko niewielki procent klientów dostaje „negaty” (odmowną decyzję w sprawie przyznania karty pobytu – red.), więc coś w tym musi być – kolejny z naszych rozmówców, Jacek, podjął pracę w „agencji”, gdy był w trudnej sytuacji finansowej. Wymagania w ogłoszeniu były niewielkie: znajomość angielskiego lub innego języka obcego, obsługa komputera, umiejętność samodzielnej pracy. Dostał 3,5 tys. zł na rękę, został pełnomocnikiem klienta. Obowiązki: kontakt z urzędem, pilnowanie terminów korespondencji, pomoc w uzupełnianiu dokumentów potrzebnych do uzyskania karty pobytu. Gdyby chciał wejść w „system” głębiej, mógłby zarobić dużo więcej. Zapytał, co jest „głębiej”. Odpowiedź go przestraszyła. Założysz firmę, zostawisz nam swoje podpisy in blanco, my w tej firmie zatrudnimy obcokrajowców. Wszystko to fikcja, żadnej pracy nie ma, potrzebujemy tylko podkładki, by zgłosić zapotrzebowanie na konkretnych pracowników z zagranicy. I tutaj dochodzimy do sedna prze- krętu.
Nasi rozmówcy zdecydowanie zastrzegają anonimowość, bo po pierwsze, boją się byłych pracodawców, a po drugie, mają świadomość, że co prawda w ograniczonym zakresie, jednak uczestniczyli w przestępstwie. Znamy ich imiona i nazwiska (na potrzeby publikacji zmieniamy je), także nazwy firm i personalia właścicieli tychże, ale nie podamy ich w artykule, bo bardziej zależy nam na opisaniu patologicznego systemu, który pozwala na wprowadzanie do Polski (a więc do całej strefy Schengen) tylnymi drzwiami tysięcy osób, co do których personaliów i pochodzenia nie możemy mieć żadnej pewności. Będziemy się posługiwali szerokim terminem „agencja” także dlatego, by nikogo nie spłoszyć, licząc na to, że organy państwa zajmą się wreszcie tą patologią.
JAK TO SIĘ ROBI
Co sprawia, że właśnie do Polski kierują się ci, którzy chcą dostać kartę tymczasowego pobytu? To niezwykle liberalny przepis dający możliwość uzyskania takiego dokumentu na trzy lata (docierają do nas informacje, że rząd myśli o przedłużeniu tego czasu do pięciu lat, ale o tym później). W innych krajach UE jest to rok, warto więc taki dokument uzyskać nad Wisłą. Albo, i to też się dzieje, próbować uzyskać w Polsce przedłużenie karty pobytu z innego kraju Unii. Do samych statystyk jeszcze wrócimy, teraz zajmijmy się przekrętami, które na co dzień odbywają się w warszawskich „agencjach”.
Najłatwiej cudzoziemcowi uzyskać kartę pobytu w Polsce, gdy udowodni, że dostanie tutaj pracę. Na obietnicę zatrudnienia ściąga się człowieka z zagranicy, a on po skompletowaniu dokumentów (zatrudnienie, zamieszkanie, ubezpieczenie, składki ZUS) dostaje kartę pobytu.
Potrzebny jest więc pracodawca i w tym celu szefowie „agencji” zakładają firmy, których właścicielami są klasyczne słupy: najczęściej alkoholicy, hazardziści lub taksówkarze z długami. Ich rola kończy się na złożeniu podpisów przy założeniu firmy i na pełnomocnictwie dla pracownika „agencji”. – Byłam raz z takim „prezesem” wynająć siedzibę firmy gdzieś na obrzeżach miasta. Najadłam się wstydu, bo to obleśny, agresywny typ. Pijany dresiarz, który nie umiał zdania wypowiedzieć bez przekleństwa. Potrzebny był jego podpis i tak powstała kolejna firma – opowiada Dorota, która później odebrała od „prezesa” wszystkie pełnomocnictwa, a ten po skasowaniu kilkuset złotych i zostawieniu paru podpisów in blanco po prostu zniknął.
Kolejny etap polega na złożeniu przez pracodawcę wniosku do starostwa z zapotrzebowaniem na pracownika o konkretnych umiejętnościach. Dokument trzeba tak sformułować, by urząd wydał opinię („informację starosty”) potwierdzającą, że nie ma wśród bezrobotnych Polaków nikogo, kto mógłby taką pracę wykonywać, i stąd konieczność zatrudnienia cudzoziemca. – Mieliśmy w „agencji” specjalne osoby od wymyślania, czym niby mają się zajmować te „fejkowe” firmy i jakie kompetencje mają mieć poszukiwani przez nas pracownicy. Przy użyciu pewnego szablonu to prosta robota. Piszemy np., że chcemy sprowadzać dywany z Indii, więc potrzebujemy pracownika na posadę pośrednika sprzedaży ze znajomością języków angielskiego oraz pendżabskiego i jesteśmy w stanie zapłacić mu 2,1 tys. zł brutto. Jak myślicie, ilu Polaków mieści się w tych kryteriach? – mówi z uśmiechem Artem. – A tak się akurat składa, że mamy w Indiach człowieka, który chętnie by do takiej „pracy” przyjechał. W takim układzie starosta nie ma wyjścia, podpisuje nam informację, a my ściągamy gościa z Indii.
Jacek zwraca uwagę na bezczelność właścicieli „agencji” i jednocześnie luki w przepisach. – Gdyby ktoś podszedł do tego logicznie, raz-dwa wyczułby przekręt. Była firma, która miała biuro o powierzchni 25 mkw., a zatrudnienie znalazło w niej blisko 100 osób, wszyscy jako przedstawiciele handlowi, każdy miał taki sam zakres obowiązków. Chodziło o handel narzędziami drewnianymi z którymś z krajów afrykańskich. Do biura wpadła Straż Graniczna, wyrywkowo kontrolująca takie firmy. Okazało się, że nie ma żadnego biura, tylko mieszkanie jednego z taksówkarzy. Kłopot? Owszem, ale nie taki, jak myślicie. Ta firma przepadła, ale jeszcze tego samego dnia cała setka tych przedstawicieli handlowych była zatrudniona w innym podmiocie, a nasz prawnik pisał w każdej sprawie do urzędu pismo: „Pracodawca zmienił siedzibę. Proszę o kierowanie korespondencji na nowy adres”. I po temacie.
Dorota: – Teraz jest nieco trudniej, zaczęły się pojawiać kontrole, ale do niedawna wszystko działało tak sprawnie, że mieliśmy prawie 100 proc. przyznanych kart. Szef kazał kilka wniosków specjalnie schrzanić, przegapić pewne terminy, żeby pojawiły się jakieś odmowy. Z firmami też się wycwanili. Niektóre są zamykane, otwiera się nowe albo od właścicieli innych „agencji” kupuje się firmy z jakąś historią – i tak to się kręci. Ostatnio w cenie są prawdziwe przedsiębiorstwa, których właściciele za odpowiednią kasę deklarują chęć zatrudnienia takiego pracownika, jaki nam pasuje do wniosku. Najlepiej jeśli jest to firma budowlana, na budowie nie ma szans sprawdzić, czy dany pracownik akurat teraz jest w pracy. Szef płaci od ręki, więc chętnych do współpracy jest sporo.
ILE TO KOSZTUJE
Cały system naczyń połączonych, który ma doprowadzić do zalegalizowania pobytu w Polsce (a więc de facto w całej strefie Schengen), zaczyna się w kraju pochodzenia cudzoziemca. Tam bardzo prężnie działają agenci, są aktywni w internecie, oferują pracę w Polsce, albo nawet – choć to zupełnie nierealne – podwójne obywatelstwo. Nie można się stać Polakiem na zasadzie citizenship by investment, czyli inwestując, kupując nieruchomości albo nawet zakładając firmy i dając pracę w naszym kraju. Agent stamtąd pobiera pierwszą prowizję w wysokości ok. 5 tys. euro i przesyła klienta do agenta w Polsce, który także pobiera 5 tys. euro. Klient do Polski dostaje się albo jako turysta (wiza turystyczna) i tutaj rozpoczyna procedurę, albo przyjeżdża już jako ktoś, kto jest jakiejś firmie niezbędny do pracy, i wtedy zaczyna się ubiegać o kartę pobytu. Agenci w Polsce to najczęściej cudzoziemcy legalizujący pobyt swoich rodaków albo ludzi ze swojego regionu świata (np. z północnej Afryki). Kierują ich do „agencji”, które rozpoczynają oszukańczy proceder, pobierając na wstępie swoją prowizję. Stawka podstawowa to 4 tys. euro, ale „jeśli klient jest bogatym frajerem, bierzemy nawet po 10 tys.”. A trzeba to mnożyć przez setki klientów – wychodzą zawrotne kwoty, właściciele „agencji” to bardzo bogaci ludzie.
W tym miejscu należy wydzielić pewną grupę przyjeżdżających do Polski osób. To ci, którzy szukają w Europie lepszego życia, klasyczni imigranci ekonomiczni. Mamieni przez agentów złotymi górami sprzedają cały swój majątek albo nawet się zadłużają i ruszają do Polski. Za duże pieniądze dostają kartę pobytu i… nic więcej. Pracy przecież nie ma, bo firmy są fikcyjne. – Niektórzy znikają i nie wiadomo, co się z nimi dzieje. Inni pracują na czarno, kolejni nie robią nic. Są takie miejsca w Warszawie, gdzie ich widać, duże skupiska śniadych mężczyzn. Szukają sobie dziewczyn, czasem coś kombinują. Co jest charakterystyczne, żaden nigdy nie skarży się na „agencję”, mimo że czują się oszukani. Mają przecież świadomość, że są tu dzięki sfałszowanym dokumentom i gdyby im się przyjrzeć, to łatwo można to odkryć – opowiada Dorota.
Artem: – Najlepszy biznes robi się na „bogatych frajerach”, którzy chcą żyć w Europie, bo to dla nich symbol lepszego, postępowego świata. Płacą większe stawki, nie targują się. Czasami myślą o założeniu u nas jakiegoś biznesu, ale szybko im przechodzi.
Jest jeszcze jedna grupa osób, które próbują zalegalizować swój pobyt w Polsce. To ci, którzy chcą pracować i mają nawet prawdziwego pracodawcę, a „agencję” proszą tylko o załatwienie urzędowych formalności. – Oczywiście, gdy ktoś przyjdzie z legalną sprawą, też ją zrobimy. Ale takich przypadków było… niewiele. W czasie mojej kilkumiesięcznej pracy w „agencji” zalegalizowaliśmy ok. 600 osób. Tych legalnych było trzy – odpowiada z uśmiechem Jacek.
Działalność „agencji” kwitnie i się rozrasta. Słyszymy o ostrej konkurencji, jedna ze współpracowniczek z dnia na dzień odeszła i założyła swoją firmę, kradnąc połowę segregatorów z dokumentami klientów. To wymusza ostrożność. Właściciele „agencji” o żadnych ważnych sprawach nie rozmawiają już przez telefon, używają aplikacji WhatsApp, wierząc, że nie jest kontrolowana przez służby. Inwestują także w zabezpieczenia biur – monitoring i systemy katalogowania danych. Drukowane jest tylko to, co musi istnieć w formie papierowej. Dostęp do większości dokumentów elektronicznych jest zabezpieczony skomplikowanymi hasłami.
OŚMIORNICA
Wydział Spraw Cudzoziemców Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie mieści się w niepozornym budynku przy ul. Marszałkowskiej. Z zewnątrz nie widać, jak wiele jest w środku korytarzy oraz sal z okienkami i pokojami, gdzie przyjmowani są interesanci. To wielokulturowy tygiel, ludzie o różnym kolorze skóry, czasem dość egzotycznie ubrani, słychać rozmowy w bardzo wielu językach. Wszystkie punkty usługowe wokół dostosowane do obcokrajowców, bywa, że obsługa mówi także w egzotycznych językach, a z reklamy zakładu foto uśmiecha się młody śniady chłopak. To tutaj przed wejściem można spotkać bardzo wielu dosyć namolnych ulotkarzy, rozdających reklamy umiejscowionych nieopodal licznych „agencji”. Są na nich adresy stron internetowych, ale mało który z nich działa. Kontakt następuje zazwyczaj osobiście po umówieniu się przez telefon.
Gdy postoi się tam kilkanaście minut, z bezkształtnej masy można wyłowić pewne schematy – jedna, czasem dwie osoby o śniadym lub żółtym kolorze skóry i towarzyszący im biały mężczyzna lub kobieta. To właśnie pracujący w „agencji” pełnomocnicy, których najważniejszym zadaniem w tym momencie jest tłumaczenie. – Byłam w urzędzie z panią, która nie znała ani słowa po polsku, a jej angielski kaleczył uszy. Według dokumentów miała pracować w szkole językowej. Wstyd. Ale urzędnik nie miał większych obiekcji, wniosek przeszedł, kartę pobytu przyznali – opowiada Dorota.
Kuriozalnymi opowieściami sypie jak z rękawa: – Pewna pani z południowej Azji miała być zatrudniona jako sprzedawca w polskiej firmie, a nie umiała się podpisać. W jej kraju pisze się od prawej do lewej, więc zaczynała od ostatniej litery… Podpowiadałam, jak rysować linię: do góry, w prawo… Pani inspektor nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Ale kartę przyznano. Innym razem przyjeżdża ktoś z Dubaju. Oficjalnie ma być zatrudniony na budowie. Obwieszony złotem, garnitur od Dolce & Gabbana, pięknie wypielęgnowane paznokcie. Od razu widać, że nie pracuje fizycznie, ale zaczyna opowiadać, jakie to ma doświadczenie w branży budowlanej. Innym razem klient przyszedł w koszuli Lacoste i zarzekał się, że nie ma żadnych środków do życia, a mieszka w wieloosobowym pokoju z sześcioma innymi ludźmi. Choć to ewidentne absurdy, nawet w takich przypadkach udaje się załatwić zezwolenie na pobyt.
W opowieściach naszych rozmówców nie ma zdecydowanych dowodów na korupcję urzędników (z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę). Wiemy natomiast o osobach, które przechodzą z urzędu do pracy w „agencji”, bo wiąże się to z lepszymi zarobkami. – To dla „agencji” bardzo cenni pracownicy, znają zwyczaje, mentalność, haki, sposoby rozmowy urzędników, a często także ich samych. Dzięki temu można wpłynąć na wydanie odpowiedniej decyzji – mówi Jacek.
Opisując proceder legalizowania pobytu cudzoziemców w Polsce, bez wahania mówimy o ośmiornicy, której głową jest „agencja”. Macki kierują się do innych, powiązanych branż. Poza obietnicą pracy cudzoziemiec potrzebuje meldunku w Polsce. To kolejne pole do zarobku i przekrętu. – W Warszawie jest pewien pan, cudzoziemiec, który prowadzi hostel. Zgadzał się na zameldowanie w nim tylu osób, że aż sami doszliśmy do wniosku, iż to za dużo – słyszymy. – A gdzie te osoby naprawdę mieszkały? – pytamy. – Niektórych wcale nie było w Polsce, a reszta… to nie nasza sprawa. Ale byli i tacy, którzy naprawdę mieszkali w tym hostelu, szef pobierał od nich po kilkaset złotych prowizji za załatwienie mieszkania. W umowie mieli wpisane, że tak ma być do momentu załatwienia karty. A to czasem trwa miesiącami.
Starający się o kartę pobytu „pracownik” musi być także ubezpieczony, „agencja” zapewnia więc i to, też pobierając prowizję. Polisy załatwia się tylko u zaprzyjaźnionych brokerów. To wszystko powoduje, że tworzy się bardzo hermetyczne środowisko. Możliwość niemałego zarobku jest najlepszą gwarancją dochowania tajemnicy.
Kolejna działalność dodatkowa to przerabianie praw jazdy z zagranicznych na polskie, a więc takie, które respektowane są w zachodnim świecie. Słyszymy opowieść o człowieku, który masowo załatwia to w jednym z niewielkich miast, przekupując urzędnika. Przekręt polega na tym, że klient nigdy nie pojawia się w urzędzie osobiście (bo mieszka np. we Włoszech), a dokument zawsze dostaje. Potwierdziliśmy tę historię. Rzeczywiście w jednym z niepozornych małych miast statystyka wydanych praw jazdy obywatelom jednego konkretnego kraju jest znacznie większa w porównaniu z urzędami w ośrodkach o podobnej wielkości. Przedsiębiorczy właściciele „agencji” doskonale zresztą radzą sobie z tym, że ktoś powinien być w Polsce, a go nie ma. Opłacają także – to kolejny element ośmiornicy – tłumaczy przysięgłych i notariuszy potwierdzających autentyczność dokumentów, których oryginałów nie widzieli. – Zazwyczaj dostajemy skany, idziemy do nich, a oni przybijają pieczątkę, biorą kasę i po sprawie – mówi Artem. I dodaje: – Cudzoziemiec musi przygotować też papiery, które zaświadczą o jego kwalifikacjach. „Organizuje” więc sobie np. referencje z jakiejś firmy za granicą, dla której niby pracował. Dokumenty dotyczące wykształcenia zdarzają się prawdziwe, te dotyczące referencji – prawie nigdy.
Nasze zdziwienie rośnie jeszcze bardziej, gdy słyszymy, jak bardzo precyzyjnie skonstruowana jest ta oszukańcza machina. Wiele w tej układance zależy od dotrzymania terminów i odbierania oraz wysyłania na czas korespondencji. – Zdarzały się przegapienia dat i całą procedurę trzeba było przechodzić od początku. Dlatego teraz szef płaci pani na poczcie, która w razie potrzeby może przestawić datownik, żeby wszystko się zgadzało. Zresztą każda „agencja” ma swoją pocztę – opowiada Dorota.
TYSIĄCE ZNAKÓW ZAPYTANIA
Opowieść Doroty jeży włos na głowie: – Za 50 dolarów w Pakistanie czy Indiach można kupić każdy dokument. Pojawia się taki klient z lewymi papierami, a nasz urząd je legalizuje, już z jego odciskami palców. Jedzie sobie potem do Francji, Hiszpanii czy Anglii jako ten człowiek z kupionych dokumentów.
Klientami naszych rozmówców najczęściej są młodzi mężczyźni. Gdy już dostaną pozytywną decyzję z urzędu, mogą wnioskować o łączenie rodzin. Zwykle skutecznie. – Jeden z cudzoziemców miał dwie żony. I chciał tu ściągnąć obie. Nie wiedział, że polskie prawo nie przewiduje wielożeństwa – tłumaczy nasz rozmówca. Nie wie, którą ostatecznie mężczyzna sprowadził do Polski.
Co dalej dzieje się z tymi ludźmi? W wielu przypadkach trudno stwierdzić. Jedni rozpływają się po Starym Kontynencie. Inni zostają i łączą rodziny. Dorota opowiada: – Niektórzy agenci, gdy trochę się zaprzyjaźnią, otwierają się i szczerze mówią, o jakim świecie marzą. Z Faridem rozmawialiśmy o religii. Marzył, by przyjechało tu jak najwięcej młodych muzułmańskich mężczyzn, posiadło chrześcijańskie kobiety i stworzyło w Europie świat islamu. Byłam przerażona.
Trudno stwierdzić, na ile to skrajny przypadek, bo tysiące przybyszów do Polski są poza jakąkolwiek kontrolą. Spróbujmy oszacować skalę. Jacek opowiada o 170 sprawach, które „zrobił” przez kilka miesięcy pracy w „agencji”. – Trzeba to pomnożyć przez 10, bo tyle osób pracowało na podobnym do mojego stanowisku. Spraw było tak wiele, że nie zapamiętywaliśmy imion ani nazwisk klientów, tylko numery teczek.
Mówimy o jednej „agencji”! Ile ich jest? Dziesiątki w samej Warszawie. Czasem kilka biur znajduje się w jednej kamienicy. W sumie może to dać nawet dziesiątki tysięcy osób rocznie.
FALA MIGRANTÓW JUŻ TU JEST
W 2017 r. prawo pobytu w Polsce otrzymało 317 tys. cudzoziemców (141 tys. stanowili Ukraińcy). Rok wcześniej – 243 tys. (z czego 91 tys. to obywatele Ukrainy). Przez pierwsze pięć miesięcy 2018 r. te liczby urosły do 350 tys. (w tym 160 tys. Ukraińców). Obecny rok będzie więc rekordowy.
Przesłanka, dla której obywatele innych państw chcą się znaleźć w Polsce, jest – pisząc w uproszczeniu – taka sama, jaką kierują się milionowe fale migrantów przybywających w ostatnich latach do Europy Zachodniej. Chodzi oczywiście o poprawienie sytuacji bytowej. To klasyczna migracja ekonomiczna. Choć, jak wynika z informacji, które zgromadziliśmy, niebezpiecznie rośnie szara strefa cudzoziemców, którzy – wbrew deklaracjom – wcale nie wchodzą na polski rynek pracy. System jest bowiem potwornie nieszczelny, a przestępcy radzą sobie w nim coraz lepiej. Fakty są takie, że za wzbierającą falą cudzoziemców rośnie liczba przybyszów nieznanych polskim służbom i niekontrolowalnych.
Dotyczy to zwłaszcza tzw. państw podwyższonego ryzyka, głównie muzułmańskich. Na przykład obywateli Bangladeszu, którzy uzyskali prawo pobytu w Polsce, mieliśmy w 2016 r. ledwie 429. W tym roku jest ich już 1 084. „Nowych” Pakistańczyków mamy 1 437 (wzrost z 902 w 2016 r.), Nepalczyków – 1 325 (z 618 w 2016 r.), Uzbeków – 1 801 (z 1 177 w 2016 r.). A mówimy ledwie o pięciu miesiącach tego roku!
W odniesieniu do wszystkich cudzoziemców te liczby mogą nie robić wielkiego wrażenia, ale trzeba sobie uświadomić, jak wiele z tych przypadków to działanie mafii imigranckich i skutek perfekcyjnego omijania prawa. O tym, że imigrantów do Europy ściągają grupy przestępcze, słyszeliśmy wielokrotnie, ale nie przypuszczaliśmy, iż ten proceder dotyczy Polski w tak dużym stopniu.
ŚLEPE PAŃSTWO
O nasze ustalenia zapytaliśmy służby, które z urzędu powinny się interesować tego typu patologiami. Wnioski płynące z naszych rozmów są druzgocące. Śmiało można stwierdzić, że organy ścigania i służby specjalne nie zdają sobie sprawy ze skali procederu, jaki pęcznieje im pod nosem. Ponieważ sprawa dotyczy wrażliwego obszaru bezpieczeństwa państwa, próbowaliśmy uzyskać jakiekolwiek informacje od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zapytaliśmy m.in., ile śledztw prowadzi (bądź prowadziła) ABW w latach 2015–2018 w sprawie odbywającego się z naruszeniem prawa legalizowania tymczasowego pobytu w Polsce cudzoziemców, ile osób zostało w tych sprawach zatrzymanych, jakie zawiadomienia skierowano do prokuratury. Do zamknięcia numeru nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Dostaliśmy jedynie sygnał, że ABW „wolałaby nie zabierać głosu w tej sprawie”. A my wolelibyśmy myśleć, że podejmuje jakieś działania, o których nie chce mówić, niż że nie ma się czym chwalić. Wiele wskazuje na pesymistyczny wariant.
Opowiadamy naszą historię Markowi Opiole, szefowi sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Robi wielkie oczy i deklaruje: – Ewidentnie mamy tu do czynienia z zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju, więc komisja na pewno zajmie się tą sprawą. Poprosimy odpowiednie instytucje o wyjaśnienia.
Inny z posłów speckomisji wspomina: – Z tego, co pamiętam, to za zeszły rok odmowy przyznania pobytu cudzoziemcom wskutek interwencji ABW można było policzyć na palcach jednej ręki. Agencja chyba nie za bardzo angażuje się w ten temat.
Na więcej niż w ABW liczymy ze strony Straży Granicznej, bo to ta służba jest na pierwszej linii frontu. I w istocie organizuje kontrole, zwłaszcza w firmach, które poszukują pracowników z zagranicy.
– Stosujemy m.in. wywiad środowiskowy. Staramy się sprawdzać te podmioty nie tylko w systemach bazodanowych, lecz również fizycznie, w miejscu ich zadeklarowanego działania. Wysyłamy funkcjonariuszy, którzy sprawdzają, czy firma rzeczywiście istnieje, jak wygląda jej biuro, czy faktycznie zatrudnia cudzoziemców, czy prowadzi działalność zgodną z przedmiotem rejestracji. Oświadczenia pracodawców o powierzeniu zatrudnienia są rejestrowane w Państwowych Urzędach Pracy. Mamy dostęp on-line do centralnego rejestru zatrudniania cudzoziemców. Możemy w nim zweryfikować, czy obcokrajowiec, który uzyskał zgodę na zatrudnienie, podjął pracę. Czyli weryfikujemy te osoby jeszcze przed zatrudnieniem, a później już w jego trakcie – mówi nam płk Andrzej Jakubaszek, dyrektor Zarządu ds. Cudzoziemców w Komendzie Głównej Straży Granicznej.
Brzmi nieźle, ale rzeczywistość ma gorzki smak. – Straż Graniczna w ostatnim czasie rzeczywiście nieco zagęściła kontrole, ale to i tak kropla w morzu potrzeb. Sprawdzają mniej więcej co piątą lewą firmę. Czyli 80 proc. może świetnie prosperować – mówi nam Dorota. Jej szacunki potwierdza płk Jakubaszek: – Kontrolujemy od kilkunastu do kilkudziesięciu procent podmiotów. Ale musimy pamiętać o olbrzymiej dziś skali obecności cudzoziemców na rynku pracy. Dlatego skupiamy się punktowo na najbardziej ryzykownych obszarach. Doświadczenie pokazuje, że np. obywatele ukraińscy rzeczywiście przyjeżdżają do pracy i rzadko zdarzają się wśród nich przypadki postępowania nielegalnego. Bardziej nastawiamy się więc na destynacje azjatyckie, które mogą wykorzystywać dostęp do polskiego rynku pracy do innych celów – typowo migracyjnych. Bardzo szczegółowo obserwujemy zwiększającą się liczbę rejestrowanych zezwoleń na pracę dla obywateli Nepalu, Indii czy Bangladeszu. To są dla nas kierunki absolutnie ryzykowne w porównaniu np. z Ukrainą.
Dorota odpowiada: – Nawet jeśli lewa firma zostanie odkryta przez Straż Graniczną, w niczym to nie szkodzi. Co z tego, że trzeba będzie zrezygnować z tego adresu, skoro następnego dnia ten sam słup założy kolejną firmę pod innym adresem? I będzie legalizować na lewo kolejnych cudzoziemców, podczas gdy SG dopiero zacznie pisać wniosek do MSZ o wciągnięcie podejrzanego podmiotu na czarną listę.
Rzeczywiście istnieje taka procedura. Potwierdzamy to w Straży Granicznej. Informacja o fejkowej firmie trafia do Departamentu Konsularnego w MSZ, a ten rozsyła ją po placówkach dyplomatycznych, aby uniemożliwić uzyskiwanie kolejnych dokumentów pobytowych w powołaniu na ten podmiot. Istnieje też Baza Dokumentów Uzupełniających, do której wpisuje się taką firmę krzak. Jak słyszymy, dzięki temu przy kontroli granicznej czy legitymowaniu cudzoziemca strażnicy mogą łatwo odkryć, że „zamierza on przekroczyć granicę w celu rzekomego zatrudnienia w wirtualnym podmiocie”, i odmawiają wjazdu. Tylko że na tym etapie nikt już nawet nie próbuje się powoływać na taką firmę. Wszyscy wiedzą, że jest spalona. Mafia znów jest dwa kroki przed państwem.
Czasem też udaje się uniknąć spalenia słupa. – Dochodzi do pojedynku, w którym ze skostniałą instytucją związaną paragrafami mierzy się prężna kancelaria wysyłająca sprytnego prawnika z 20-letnim doświadczeniem. Potrafi on np. z łatwością podważyć zeznanie sąsiadki obciążające firmę krzak. I kontrola okazuje się nieskuteczna – mówi Artem.
A Jacek dodaje: – Nie potrafię zrozumieć, dlaczego służby nie idą do tego Hasana pod adres jego pobytu tymczasowego. Przecież to zablokowałoby mu możliwość ubiegania się o prawo pobytu. Jeśli tylko zamykają mu firmę, na którą składał papiery, następnego dnia złoży je na inną. „Agencje” mają też ułatwione zadanie, bo akta sprawy rozpatrzonej negatywnie można przeglądać – przy asyście inspektora z urzędu. A tam jest wszystko – od odręcznych notatek strażników granicznych, po zeznania sąsiadów. Dzięki temu dowiadujemy się, czego się wystrzegać, jak kamuflować brak działalności, na co zwraca uwagę SG. Co więcej, możemy te akta bez większych trudności fotografować i później w „agencji” analizować.
Ile lewych firm udaje się zamknąć w ciągu roku? Dyrektor ze Straży Granicznej mówi o kilkudziesięciu przypadkach: – Ich liczba się zwiększa. Kiedyś zajmowały się tym osoby fizyczne. Można powiedzieć, że była to działalność bardziej chałupnicza. Na przykład ktoś opłacał osobę bezrobotną, która rejestrowała oświadczenia o powierzeniu pracy w liczbie kilkuset czy nawet kilku tysięcy. Teraz zostało to bardziej „sprofesjonalizowane”. Notujemy m.in. więcej przypadków cudzoziemców, którzy np. zamiast rejestrować nową działalność, kupują firmy z historią, bardziej wiarygodne. Służą one de facto ułatwianiem sprowadzania cudzoziemców na teren strefy Schengen.
PRZEPISY DO ZMIANY
Widać, że w Straży Granicznej jest świadomość zagrożeń, jakie niesie ze sobą niekontrolowana fala imigrantów. Niestety skuteczność tej służby ewidentnie cierpi na złych przepisach. Nasi rozmówcy z SG nie chcą narzekać pod nazwiskiem (to w końcu hierarchiczna struktura, zależna od polityków), więc mówią tylko o potrzebie zwiększenia „możliwości kadrowo-organizacyjnych”. Dopytywani wskazują na konkrety: zaostrzenie prawa dotyczącego możliwości uzyskiwania zezwolenia na pobyt czasowy na podstawie wiz turystycznych czy zwiększenie liczby etatów w straży. W trakcie rozmowy wychodzi kolejna kwestia. Funkcjonariusz proszący o anonimowość: – Główny nacisk idzie na kontrolę granicy zewnętrznej i organizację ruchu granicznego w dużych przejściach, jak Okęcie. Komendant główny musi dedykować podstawowe kadry na ochronę granicy. Ale sprawa, którą panowie odkryli, też zaczyna wypływać jako bardzo wrażliwa i wręcz strategiczna dla systemu bezpieczeństwa państwa. Niezbędny jest więc zastrzyk finansowo-kadrowy. Bez niego nie zwiększymy liczby kontroli.
Na marginesie dodaje coś, co wprawia nas w osłupienie: – Dobrze byłoby dołączyć nas i Państwową Inspekcję Pracy do możliwości dostępu do systemu informatycznego ZUS. Żeby wiedzieć, ilu pracowników zagranicznych jest ubezpieczonych i kto ich ubezpiecza. Wtedy łatwiej byłoby nam te osoby identyfikować.
Taki dostęp wydawał się nam oczywistością. Dopytujemy, czy się nie przesłyszeliśmy. – Mamy dostęp off-line w systemie kwartalnym. A w systemie on-line, bieżącym – nie. Ani my, ani PIP – konkluduje oficer.
Nie jest tak, że Straż Graniczna jest zupełnie nieskuteczna. Co jakiś czas pojawiają się takie informacje jak przed trzema tygodniami w Olsztynie, gdzie tamtejsza SG rozbiła międzynarodową grupę przestępczą (zatrzymanych trzech Gruzinów i Ukrainka). Mechanizm opisany w komunikacie straży znamy doskonale: „Podejrzani wspólnie organizowali obywatelom Gruzji nielegalne przekraczanie granicy Rzeczypospolitej Polskiej, poprzez wyłudzanie z Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie i Warszawie pozwoleń na pobyt czasowy w Polsce. W tym celu rejestrowali fikcyjne firmy, które miały zatrudniać obcokrajowców. W rzeczywistości cudzoziemcy wyjeżdżali do krajów UE”. Tyle że takie sukcesy to jednostkowe przypadki w mafijnym oceanie.
Rozmawiamy z doświadczonym policjantem operacyjnym. Słyszał o opisywanym przez nas sposobie ściągania obcokrajowców, ale nie zdawał sobie sprawy ze skali tego procederu. Wskazuje na analogiczną sytuację, z jaką niedawno borykały się służby w kontekście fali Czeczenów przybywających do naszego kraju. – Wyglądało to tak: Czeczen przechodzi przez granicę z obwodem kaliningradzkim, zgłasza się do Straży Granicznej bez żadnych papierów i mówi, że nazywa się Tom Cruise. Polska wydaje mu dokumenty legalizacyjne na to nazwisko, nie weryfikując ich po stronie Rosji, bo Rosja nie odpowie nam, jak on się naprawdę nazywa. Inny Czeczen potwierdza, że siedzi przed nami Tom Cruise, więc my go kierujemy do obozu dla uchodźców, dajemy pobyt, adres i jest już u nas legalnie. A nawet jeśli te osoby przyjeżdżają do nas z dowodami osobistymi wydanymi np. w miasteczku Aczhoj-Martan, to czy jesteśmy w stanie je zweryfikować? Nie. Zdajemy sobie sprawę, jak to wygląda, ale nic z tym nie możemy zrobić. Przepisy, panowie. W Polsce bywają takie przepisy!
Oficer dodaje, że kiedyś w naszym kraju było 100 tys. Czeczenów, ale większość wyjechała za granicę: – Ich celem były Belgia, Austria i Niemcy. Jesteśmy zbyt biednym krajem, by tu zostali. Nieliczni siedzą jeszcze w Warszawie, Białymstoku i Olsztynie. To był podobny mechanizm do opisywanego przez was – choć nie korzystali z pomocy wyspecjalizowanych firm, ale z luki prawnej, dzięki której dostawali dokumenty i legalny pobyt. W tamtym przypadku było jeszcze gorzej, bo przyjmowaliśmy ludzi z obszaru konfliktu wojennego, czyli doświadczonych, wyszkolonych bojowników. Próbowaliśmy ich wyrzucić, ale mieliśmy związane ręce.
KONFLIKT W RZĄDZIE
Dziś zamiast wyrzucać tych, którzy nie mieli prawa znaleźć się w naszym kraju, otwieramy przed nimi bramy coraz szerzej. A towarzyszy temu powszechna radość. Media ekonomiczne od miesięcy (a nawet lat) lobbują za wpuszczaniem na polski rynek pracowników ze Wschodu (od najbliższego do Dalekiego), oswajają czytelników z napływem rzeszy obcokrajowców jako jedynym remedium na niebezpieczeństwo braku rąk do pracy. Rząd może podtrzymywać wzrost gospodarczy, unikając załamania na rynku pracy. Pracodawcy zacierają ręce, bo pojawia się tania siła robocza. Choć z punktu widzenia państwa trzeba zadać pytanie, czy długofalowo nie jest to strategia samobójcza – rezygnacja z podnoszenia wynagrodzeń Polakom i nieskłanianie ich do pozostania w kraju. Plus cała masa problemów kulturowych i religijnych. A niekiedy i związanych z zagrożeniem terrorystycznym, jak wskazuje doświadczenie państw zachodnich.
Po przeczytaniu naszej opowieści nasuwa się wniosek o konieczności zaostrzenia przepisów – najdłuższy w Europie trzyletni pobyt tymczasowy dla poszukujących pracy obcokrajowców to element, który najmocniej napędza nielegalny biznes. Nie mają co do tego wątpliwości wszyscy nasi rozmówcy – zarówno ci, którzy z cudzoziemcami spotykali się w swojej pracy w „agencjach”, jak i ludzie z organów ścigania. Ale rząd planuje kierunek zupełnie odwrotny. Kilkanaście dni temu poznaliśmy zapowiedzi nowelizacji ustawy o instytucjach rynku pracy. Spośród planowanych zmian najwięcej kontrowersji wzbudza zamiar wydłużenia wspomnianego trzyletniego okresu do pięciu lat.
Na tym tle w rządzie jest poważna różnica zdań. Na liberalizację mają naciskać resorty inwestycji i rozwoju oraz przedsiębiorczości i technologii. Po drugiej stronie sporu jest Ministerstwo Pracy. Wysoki rangą urzędnik tego resortu mówi nam: – Staramy się opierać przed otwarciem na cudzoziemców, jak chcieliby tego koledzy z resortów gospodarczych. To prawda, jest między nami konflikt. Tam myślą tak: „Ściągajmy, ilu się da, na hura, pracodawca jest najważniejszy”. A przecież napływ taniej siły roboczej psuje rynek, obniża wartość stawek, powoduje spadek płac.
Nasz rozmówca wskazuje na lobbing organizacji zrzeszających pracodawców, który widać i w prasie branżowej, i ogólnej. Artykuły obłaskawiające ściąganie imigrantów pełne są nie tylko argumentów o „coraz większej luce na rynku pracy”, lecz również… konieczności „łatania dziury demograficznej”. Właśnie teraz, gdy wreszcie udało się odwrócić niekorzystny trend w tym obszarze! Więcej zdrowego rozsądku słychać od przedstawicieli tzw. resortów siłowych. Od jednego z wiceministrów słyszymy: – Są w rządzie osoby, które będą bardzo przeciwne tej liberalizacji […]. To trzeba wypośrodkować, bo są potrzebne ręce do pracy, ale na pewno nie można zlekceważyć zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, które wiąże się z napływem imigrantów, zwłaszcza z krajów podwyższonego ryzyka.
Niezależnie od tego, co długofalowo postanowi rząd, już dziś we wszystkich służbach i instytucjach zajmujących się bezpieczeństwem powinny się zapalić czerwone lampki. Trzeba wymagać natychmiastowej aktywności ABW, wzmocnienia Straży Granicznej, serii wszelkich możliwych kontroli opisanych wyżej elementów mafijnej układanki.
Stan na dziś jest mało optymistyczny: nie wiemy, kogo do Polski wpuszczamy, dajemy mu tożsamość i pozwalamy swobodnie podróżować po całej Europie. Bez jakiegokolwiek nadzoru.
Oficjalnie Polska skutecznie opiera się nałożonym przez struktury europejskie kwotom uchodźców, w rzeczywistości istnieje w naszym kraju szara strefa, przez którą napływają tysiące trudnych do zidentyfikowania osób, także z tzw. krajów podwyższonego ryzyka.
Polska stała się wrotami do Europy, ale chyba nie w takim znaczeniu, jak byśmy sobie tego życzyli.
= = = = = = = = =
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Co tydzień, w weekendy czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
