Najdziksze miejsca w Polsce. "Jak arka Noego"Najdziksze miejsca w Polsce. "Dzikie mateczniki są jak arka Noego; przyroda może z nich czerpać i dzięki nim się odradzać"

Pamiętajmy, że by doświadczyć dzikości, konieczna jest nie tylko podróż w przestrzeni, lecz również zastosowanie specjalnego klucza będącego koniunkcją chociażby pory roku i wydarzenia z przyrodniczego cyklu
312 tys. km kw. powierzchni to wystarczająco dużo, żeby wyruszyć w poszukiwanie miejsc dzikich, a nawet takich, w których rytm przyrody nie zmienił się od czasów, zanim stanęła tam ludzka stopa.
To oczywiście jest ranking subiektywny. Nie należy też sugerować się kolejnością, w jakiej poszczególne miejsca zostały wymienione. Pamiętajmy również, że by doświadczyć dzikości, konieczna jest nie tylko podróż w przestrzeni, czyli dotarcie do konkretnego rejonu, lecz również zastosowanie specjalnego klucza będącego koniunkcją chociażby pory roku i wydarzenia z przyrodniczego cyklu. Jeżeli zjawimy się w nieodpowiednim momencie i nie odczytamy znaków przyrody, będziemy jak hobbit i drużyna Thorina Dębowej Tarczy, nadaremnie czekający w martwym pustkowiu przed nagą skałą, zanim nie zjawił się drozd i zanim ostatni promień dnia Durina nie wskazał im wejścia do bogactw królestwa pod Górą.
Pradawna dolina
Biebrza musi być na mojej liście, bo powinna się pojawić również w każdym międzynarodowym spisie najdzikszych miejsc planety Ziemi. Opisując Biebrzę, możemy używać sformułowań takich jak „jedyna”, „ostatnia”, w połączeniu z epitetami „dzika”, „pierwotna”, „absolutnie unikalna”. Rzeczywiście drugiej takiej nie ma na naszym kontynencie. To tam przyjeżdżają ornitolodzy, by obserwować wodniczki – niemal wymarłe w pozostałej części Europy ptaki, pędzące skryte życie wśród bagien, moczarów i oczeretów. Tam bytuje najbardziej różnorodna genetycznie populacja łosi i właśnie tam w najbardziej krytycznym momencie znajdował się matecznik tych przedpotopowych brodaczy. Stamtąd rozprzestrzeniły się ponownie. Orliki grubodziobe – arcyrzadkie ptaki drapieżne; tysiączne stada batalionów bojowników walczących na małych arenach pośród grzęzawisk, u których każdy ozdobiony kryzą z piór samiec ubarwiony jest według indywidualnego wzoru; zanikłe już gdzie indziej kuliki wielkie, dubelty i kszyki odzywające się jak duchy z bagien.
Pośród całej tej wyjątkowej doliny moim ulubionym odcinkiem jest etap z Osowca do Brzostowa – oczywiście mam na myśli trasę wodną i spływ. Przez cały dzień (odcinek liczy, zależnie od poziomu wody, ok. 40 km) płynie się pierwotną doliną, nie widząc śladu zabudowań ani ludzkiej ręki.
Najpiękniejszy jest wiosną. Pamiętajmy jednak, że od 1 stycznia do 30 czerwca obowiązuje limit dzienny zaledwie 25 osób, które mogą przepłynąć ten odcinek w ciągu doby. W tym okresie, ze względu na ochronę ptaków, nie wolno także nocować na jedynym na trasie biwaku na Białym Grądzie – cały odcinek należy więc przebyć w jeden dzień, co nie jest z pewnością realne dla osób niemających doświadczenia w kajakarstwie.
Pewnego razu w Beskidzie
W Beskidzie Niskim, wyjaśnijmy. Krajobraz tego obszaru został ukształtowany przez przyrodę, ale także historię i ekstensywną gospodarkę, głównie pasterską. Jeżeli jednak chciałoby się kwestionować dzikość jakiegoś miejsca, z pewnością nie mógłby być to Beskid Niski, który znajduje się na szczycie klasyfikacji. Obszar tych gór jest najrzadziej chyba zamieszkanym rejonem w Polsce. Ręka ludzka, której śladów w wielu miejscach można się już tylko domyślać, a dzięki której pośród buczyny karpackiej i ostępów jaworzyny pojawiły się rozległe polany, na których kwitną rzadkie storczyki i na których polują brązowo-złociste orliki krzykliwe, wzbogaciła tylko różnorodność tych terenów.
Jeżeli do jakiegoś miejsca można zastosować sparafrazowany fragment „Ogniem i mieczem”, jest nim z pewnością Beskid Niski. Można więc mówić i o „ostatnich śladach osiadłego życia kończących się, idąc ku południowi”, jak i o tym, że „dziwna to ziemia, na wpół uśpiona, ale nosząca ślady dawniejszego życia ludzkiego” – ten ostatni opis idealnie oddaje charakter tego zakątka Polski, w którym wciąż głosem mącącym nocną ciszę bywa jedynie wycie wilków i poszczekiwanie puszczyków uralskich.
Beskid Niski najlepiej poznawać, wędrując pieszo, np. trasą z Olchowca przez Polany, Krempną, Wyszowatkę, Radocynę do Zdyni. Obszar jest pociągający o każdej porze roku. Lato sprzyja wędrówkom z namiotem, wiosna amatorom jękliwych chórów kumaków, jesień to pora unikalnego rykowiska jeleni karpackich. Zima jest wyjątkowa – weźmy przy tym jednak pod uwagę, że jeżeli wybierzemy się tam wtedy, możemy zostać odcięci przez śnieg, wyjątkowo obfity w niektórych rejonach, a wówczas piesza wędrówka w kierunku cywilizacji nie będzie wyborem, lecz jedyną opcją. Nieznane
Góry Słonne
Przy okazji wschodniej części łańcucha polskich Karpat nie mogę nie wspomnieć o zagadkowym, nie do końca zdefiniowanym obszarze, opisywanym jako Góry Słonne. Istnieje kilka wariantów szkicujących zarys granic tej krainy, położonej na uboczu główniejszych traktów, gdzieś na wschód od doliny Sanu w rejonie Leska. Mówi się też, że pasmo to może sięgać po dolinę Strwiąża i jego dopływu – pstrągowego potoku Stebnik, co nadaje Górom Słonnym akcent mocno egzotyczny, bowiem Strwiąż, w przeciwieństwie do innych naszych rzek, należy do dorzecza zielonego Dniestru i do zlewiska Morza Czarnego.
Sam obszar Gór Słonnych, pozostający – jeśli chodzi o ustalenia geograficzne – w sferze nieco płynnej i niedookreślonej, jest jednym z ostatnich miejsc, w których można się spodziewać obecności żbika – dzikiego kota, tak rzadkiego i zagadkowego, że niektórzy wątpią nawet, czy żyją jeszcze w Polsce żbiki czystej krwi. Czy może istnieć lepsze miejsce na poszukiwania takiego zwierzęcia niż zagadkowe góry? Oczywiście poszukiwania z aparatem fotograficznym.
Las spod piasków
Słowiński Park Narodowy wywiera wielkie wrażenie swoim bogactwem niespotykanych gdzie indziej siedlisk, krajobrazów i gatunków roślin, takich jak północna malina moroszka, występująca na odległych połaciach Skandynawii, w Polsce znana z niewielu stanowisk i bardzo rzadka.
Specjalnością tego miejsca jest też brzezina bagienna, intrygujące siedlisko leśne tworzone m.in. przez brzozę omszoną, występujące na zabagnionych terenach u podnóży wyniosłych wydm usypanych przez bałtyckie piaski. Na skraju pomiędzy lasem a wydmami tworzy się pas idealny dla owadożernych rosiczek. Pomiędzy lasem a piaskiem toczy się nieustanna walka. Z jednej strony roślinność usiłuje opanować pustynne krajobrazy, z drugiej zaś wydmy powoli, lecz nieubłaganie wędrują. Świadectwem walki są suche, wysrebrzone słońcem i wiatrem, powykręcane pnie, przypominające szkielet lasu, odsłaniany po dziesiątkach lat, kiedy wydma powędruje dalej.
Znam botaników, którzy pod pozorem badań naukowych wybierali się do tego właśnie parku narodowego, żeby do woli się napatrzeć na kwitnące wrzośce. Wrzośce rozmaitych odmian i form rozpowszechniły się jako roślina ozdobna w ogródkach i jako rośliny doniczkowe. Prawdziwych jednak, dzikich wrzośców bagiennych należy szukać właśnie w okolicach jeziora Łebsko. To ze względu na kwitnienie wrzośców na odwiedzenie Słowińskiego Parku Narodowego najbardziej polecałbym lato lub początek września, kiedy wybrzeże pustoszeje, na powrót pokazując swoją naturę granicy, wzdłuż której od tysięcy lat toczą się zmagania pomiędzy niezliczoną armią maleńkich kryształków kwarcu a roślinami, które dostosowując się do warunków, wykształciły zadziwiające formy przystosowania.
Zawsze Tatry
Z jednej strony ich obecność pośród miejsc dzikich może dziwić – zwłaszcza jeżeli zobaczy się wakacyjną kolejkę do kasy u wejścia do Doliny Chochołowskiej. Z drugiej jednak strony są tak odrębne, tak wyraźnie wyróżniają się w krajobrazie naszego kraju, potrafią być tak zaskakujące i nieprzewidywalne, że nie można ich pominąć.
Żeby poznać Tatry, trzeba trochę zmienić tożsamość i zamiast turystą, zostać np. wolontariuszem parku narodowego. Choć wcale nie jest to łatwe, pozwala zobaczyć góry w całkowicie odmiennej odsłonie, usłyszeć zadziwiająco głęboki szum ciemnych, tatrzańskich borów w odosobnionych dolinach, poczuć wilgotne mgły sunącej między skalistymi turniami i przekonać się, że Tatry to miejsce wciąż dzikie.
Do Rospudy
Blizna to niewielka rzeka, wypływająca z jeziora Blizno i stanowiąca dopływ Rospudy. Może być celem spływu sama w sobie – zarówno z prądem, jak i pod prąd, który nie jest zbyt silny i nie sprawia problemów. Może być też elementem dłuższej trasy. Stanowiąc łącznik pomiędzy Rospudą i augustowskim jeziorem Necko z jednej strony, a Wigrami i szlakiem Czarnej Hańczy z drugiej, jest wartym uwagi odcinkiem (pomiędzy jeziorem Blizno a Wigrami nie ma połączenia, jeżeli więc ktoś chciałby zatoczyć wielkie koło: Augustów – Wigry – Czarna Hańcza – Augustów, istnieje możliwość przewiezienia kajaków i kontynuowania wodnej trasy – z wioski Ateny nad brzegiem jeziora Blizno do leżącego nad Wigrami Bryzgla jest zaledwie kilka kilometrów).
Blizna płynie w części przez malownicze łąki, a w części przez Puszczę Augustowską. Wybranie się Blizną daje możliwość zobaczenia puszczy od strony wody, z perspektywy licznie występujących w rzeczułce bobrów. Jeżeli komuś marzy się brodzenie w niegłębokiej wodzie (Blizna często jest zatarasowana przewróconymi do wody pniami, kajaki trzeba więc przeciągać), na której piaszczystych mieliznach spod stóp umykają stada wąsatych kiełbi, jak również poznanie leżącej na uboczu puszczańskiej rzeki, to właśnie jest to takie miejsce.
Na tropie tura
Gdyby zacząć wędrówkę nieco na wschód od Zawichostu, można by, całymi dniami nie wychodząc z lasu, dotrzeć przez Roztocze i Horyniec aż do Lwowa. Nie można by oczywiście ominąć Lasów Janowskich z ich odludnymi borami sosnowymi, rdzawymi od torfów potokami i łąkami, na których żerują płochliwe żurawie.
Gdzie jeszcze szukać dzikich miejsc? Na pewno nad Rawką, piękną, naturalną rzeką, nieopodal której jeszcze w początkach XVII w. żyły ostatnie na świecie tury. Na pewno też w okolicach, gdzie łączą się Postomia, Warta i Odra – jeżeli zamiast sezonu turystycznego wybierzemy porę migracji ptaków, zobaczymy zupełnie inne oblicze tego zalewanego rokrocznie, ziemnowodnego świata. Tę porę wybierają dziesiątki tysięcy dzikich gęsi różnych gatunków. Usłyszenie o wczesnowiosennym, oszronionym poranku odgłosu startujących do lotu stad, który można porównać jedynie do grzmotu lub huku gigantycznej fali, przenosi słuchającego w pierwotne czasy.
W mateczniku
Oczywiście – i na szczęście – lista dzikich miejsc jest znacznie dłuższa niż zaproponowane dziesięć lokalizacji. Świadomość, że wokół rozciągają się rozległe obszary dzikiej pustki, na których reguły przyrody wyznaczają rytm życia, dodaje światu wyjątkowego powabu.
Pierwotność przyrody, obecność naturalnych, właściwych jej mechanizmów, można rozpatrywać także w kategoriach estetycznych i metafizycznych. Simone Weil w „Świadomości nadprzyrodzonej” opisała piękno w przyrodzie jako „połączenie wrażenia zmysłowego i odczucia konieczności. Tak być powinno i dokładnie tak jest”. To dobry opis odczucia, jakiego doświadczamy, patrząc na dziką przyrodę. I jeszcze jedno:
We wszystkim, co budzi w nas czyste i autentyczne odczucie piękna, Bóg jest rzeczywiście obecny. Istnieje coś jak gdyby wcielenie Boga w świat, a piękno jest Jego znakiem. Piękno jest dowodem doświadczalnym, że wcielenie jest możliwe
Fizyczne dotarcie do każdego z zakątków dzikości, odwiedzenie ich, nie jest konieczne. Konieczne jest zdanie sobie sprawy, jak bardzo są potrzebne, chociaż ich pełnego znaczenia wciąż jeszcze nie znamy. Dzikie mateczniki są jak arka Noego; przyroda może z nich czerpać i dzięki nim się odradzać. Potrzebujemy dzikości dla trwania ekosystemu ziemskiego, ale potrzebujemy jej także dlatego, że świadomość istnienia w świecie tajemnicy – także tej w przyrodzie – jest nam niezbędna.
Artykuł z 34/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
