Kto się boi modlitwy? Aresztowania, proces, kontrola...
Kto się boi modlitwy? Aresztowania, proces, kontrola, infiltracja… Co dalej?

Skoro jednak użyto państwowych narzędzi kontroli i przymusu tylko z powodu modlitwy, to znaczy, że uznano ją za niebezpieczną.
W obliczu wojny kulturowej, która na najgłębszym poziomie jest tak naprawdę walką duchową, katolicy często zadają pytanie: co mamy robić? W odpowiedzi słyszą zazwyczaj od swoich przywódców duchowych: przede wszystkim modlić się. Niektórzy uważają jednak takie słowa za ucieczkę od odpowiedzi. Cóż może bowiem modlitwa?
Ostatnio w świecie anglosaskim doszło jednak do dwóch głośnych wydarzeń, które każą nam nieco inaczej spojrzeć na rolę i znaczenie modlitwy. Po pierwsze: w Wielkiej Brytanii przed sądem stanęli działaczka ruchu pro-life i główna organizatorka Marszu dla Życia – Isabel Vaughan-Spruce oraz katolicki kapłan z diecezji Birmingham – ks. Sean Gough. Zostali oskarżeni jedynie o to, że modlili się – i to w myślach! – w pobliżu klinik aborcyjnych.
Po drugie: w Stanach Zjednoczonych wyciekł do opinii publicznej poufny dokument FBI zalecający agentom federalnym infiltrację środowisk katolickich, które uczestniczą w Mszach po łacinie, odmawiają różaniec i modlą się pod klinikami aborcyjnymi.
W obu przypadkach tym, co sprawiło, że katolicy znaleźli się na celowniku, była modlitwa. Gdyby modlitwa była rzeczywiście nieistotna, to nikt by się nią nie przejmował, a na modlących machnięto by ręką jak na nieszkodliwych wariatów. Skoro jednak użyto państwowych narzędzi kontroli i przymusu tylko z powodu modlitwy, to znaczy, że uznano ją za niebezpieczną.
Czyż nie jest to dostateczna zachęta, by modlić się jeszcze więcej?
