Kogo uwiera Glik? "Niechlubna, kolonialna przeszłość"Kogo uwiera Glik? Prawda jest bowiem taka, że Anglicy przyjechali do Warszawy z góry uprzedzeni do gospodarzy

Ich drużyna, która przed każdym meczem klęka na jedno kolano, aby oddać w ten sposób cześć ofiarom brytyjskiego kolonializmu, chce najwyraźniej uchodzić za bardzo postępową.
Anglicy przyjechali na mecz do Warszawy z góry uprzedzeni do gospodarzy. Ich drużyna, która przed każdym meczem klęka na jedno kolano, aby oddać w ten sposób cześć ofiarom brytyjskiego kolonializmu, chce najwyraźniej uchodzić za bardzo postępową. Z kolei Polacy – jak wiadomo – za apostołów postępu nigdy nie uchodzili i miejmy nadzieję, że tak już pozostanie.
Kamila Glika kibicom piłki nożnej przedstawiać nie trzeba. Od wielu lat podpora obrony polskiej reprezentacji, piłkarz z dużym temperamentem, który – gdy trzeba uchronić drużynę przed utratą bramki – nie unika na boisku ostrych starć ani akcji. O ile Robert Lewandowski jest perfekcyjnym snajperem, o tyle Glik jest kimś w rodzaju ułana, który przypuszcza swoje szarże, gdy wszyscy inni zawiodą i przeciwnik już podchodzi do bramki. Taka rola wymaga oczywiście dużego wyczucia, ale w ferworze meczu dochodzi niekiedy do mocnych spięć lub fauli.
Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia podczas niedawnego meczu eliminacji mistrzostw świata z Anglią, gdy Polacy zatrzymali zwycięski pochód Albionu i w doliczonym czasie gry wyrównali na 1:1. Anglicy najwyraźniej nie mogli się pogodzić z tym wynikiem, więc zaczęli szukać dziury w całym. Tą dziurą miał się okazać Glik, który rzekomo wykonywał rasistowskie gesty wobec ciemnoskórego piłkarza Anglii Kyle’a Walkera.
Medialna burza wywołana przez Anglików ujawniła wielkie spektrum zupełnie niesportowych emocji i uprzedzeń będących odbiciem dzisiejszej zideologizowanej rzeczywistości. A Kamil Glik został przez chwilę – zapewne wbrew swoim intencjom – przeniesiony z boiska na zupełnie inne pole walki. Jedni, którzy kochają jego ułańską zadziorność, twardo stanęli w jego obronie, a inni ostro go zaatakowali, widząc w nim rzekomego rasistę i symbol niepoprawnego maczyzmu. W ten sposób ocena Glika zdecydowanie wykroczyła poza kwestie sportowe i stała się probierzem określonego światopoglądu oraz stosunku do zmian cywilizacyjnych.
Gest, którego nie było
Wszystko zaczęło się w chwili, gdy podczas jednej z akcji Glik złapał Walkera za brodę. Zachowanie niezbyt sportowe, ale takie rzeczy zdarzały się i zdarzają się na boisku notorycznie. Gdy potem Polak wyciągnął do niego dłoń, ciemnoskóry zawodnik nie przyjął przeprosin i doszło do utarczki. Glik wykonał wówczas pod adresem Walkera gest otwarcia i zamknięcia dłoni, który oznacza „przestań się awanturować”, ale przewrażliwieni Anglicy natychmiast zinterpretowali to jako „naśladowanie małpy”, a więc gest rasistowski.
Ta reakcja angielskich zawodników skądinąd dużo nam mówi o nich samych. Może ona bowiem oznaczać, że rasistowskie gesty i zachowania musiały być w środowiskach, w których się wychowali, bardzo popularne, skoro teraz – w przeciwieństwie do Polaków – wszystko im się z nimi kojarzy. Szczególnie nadgorliwy okazał się tu angielski obrońca Harry Maguire, który wprawdzie stał daleko i niewiele widział, ale natychmiast stanął w obronie Walkera, popychając Glika i oskarżając go o rasizm. Przepychanki, które niemal zakończyły się bójką, przerwał sędzia, pokazując Glikowi i Maguire’owi żółte kartki.
Być może wszystko mogłoby się na tym zakończyć, zwłaszcza że Anglicy, strzelając Polsce bramkę, wyszli w końcu na prowadzenie, jednak w ostatnich minutach meczu – w doliczonym przez sędziego czasie – Polacy wyrównali i Anglicy wrócili do szatni z remisem. Frustracja z powodu wyniku meczu przerodziła się wkrótce w oskarżenia Polaków o rasizm. Sprawa rzekomych gestów Glika została skierowana do FIFA, a angielskie media podkręciły złe emocje.
Wkrótce po meczu żona Kamila Glika zaczęła otrzymywać pogróżki, w których piłkarzowi życzono śmierci.
J…ana świnio, mam nadzieję, że twojemu chłopakowi stanie się coś złego. Z przyjemnością popatrzę, jak wasza rodzina umiera
– napisał do Marty Glik niejaki Lewis Porter. Z kolei inny hejter podpisujący się jako Brodey Rodgers dodał:
Mam nadzieję, że nie otworzy się wam spadochron. Obyście cierpieli
Takich wiadomości było znacznie więcej. Wprawdzie w nowoczesnej i postępowej Anglii tego rodzaju hejt nie jest podobno niczym szczególnym, niemniej jednak w polskiej „zacofanej” kulturze wygrażanie śmiercią jest ciągle uważane za przekroczenie dozwolonych granic.
W obronie Glika twardo stanęli polscy kibice, którzy doskonale wiedzieli, że zarzuty o rasizm są naciągane. Oponowali również komentatorzy sportowi, działacze i byli piłkarze, wskazując, że oskarżenia Anglików wynikają z ich frustracji spowodowanej wynikiem meczu.
Bezpodstawne i szkalujące dobre imię reprezentantów Polski oskarżenia o rasizm są szokujące i godzą w dobry wizerunek polskiego futbolu
– napisał w swoim oświadczeniu wiceprzewodniczący UEFA Zbigniew Boniek.
Emocjonujący mecz, nawet nie zakończony korzystnym rezultatem dla jednej z ekip, nie powinien mieć takiego epilogu, w którym zarzuca się nieprawdziwe i skandaliczne zachowania przedstawicielom reprezentacji Polski
– stwierdził były prezes PZPN. W podobnym tonie wypowiedział się również obecny szef PZPN Cezary Kulesza, zapewniając, że związek stoi murem za Kamilem Glikiem.
Kamil wielokrotnie udowadniał swoją klasę zarówno na boisku, jak i poza nim. Jest wzorem do naśladowania, jeśli chodzi o charakter i wolę walki
– napisał zaraz po wysunięciu zarzutów przez Anglików, a kilka dni później zasugerował, że Kyle’a Walkera szafującego bezpodstawnie zarzutami rasizmu należałoby w odpowiedzi oskarżyć o naruszenie dobrego imienia Glika.
Sam Glik w ogóle nie wypowiedział się na ten temat. Po prostu lekceważąco machnął ręką na Anglików, rzucając krótko, że całą sytuację na boisku zarejestrowały kamery, więc on nie ma się czym przejmować. Histeryzowanie zdecydowanie nie jest w jego stylu.
Postępowa drużyna
Jednak nie tylko wynik meczu wywołał wściekłość Anglików. Prawda jest bowiem taka, że goście przyjechali do Warszawy z góry uprzedzeni do gospodarzy. Angielska drużyna, która przed każdym meczem klęka na jedno kolano, aby oddać w ten sposób cześć ofiarom brytyjskiego kolonializmu, a jej kapitan włożył podczas ostatnich mistrzostw Europy tęczową opaskę, chce najwyraźniej uchodzić za bardzo postępową. Z kolei Polacy – jak wiadomo – za apostołów postępu nigdy nie uchodzili i miejmy nadzieję, że tak już pozostanie.
Gdy więc rozpoczynał się mecz i Anglicy padli na jedno kolano (skądinąd ich czarnoskórzy zawodnicy z niewiadomych powodów też muszą „przepraszać” za kolonialne grzechy swoich przodków) polskie trybuny, które najpierw brawami przyjęły hymn Anglii, wygwizdały ten groteskowy rytuał, co – rzecz jasna – podgrzało atmosferę. Jeśliby oceniać bowiem stosunek Anglików do Polaków tylko na podstawie relacji z meczu zamieszczonej na stronach internetowych lewicowego dziennika „The Guardian”, to trzeba by chyba stwierdzić, że jesteśmy w ich oczach spadkobiercami Hitlera i ucieleśnieniem najgorszych cech ludzkich.
Operator kamery w dalszym ciągu kieruje obiektyw na dzieci wśród [polskich] kibiców. Nie wiem, czy celowo wyszukują najbardziej aryjsko wyglądających młodych, czy wszystkie dzieci w Warszawie okazują się blondynami
– można było przeczytać w sprawozdaniu opublikowanym na stronie postępowego i żarliwie walczącego z dyskryminacją brytyjskiego dziennika. Zabrakło jedynie aluzji do nazwiska Glika, które w oryginalnej, niemieckiej wersji pisze się Glück, ale chyba tylko dlatego, że po pewnym czasie ktoś bardziej przytomny usunął głupawe wynurzenia nadmiernie „zaangażowanego” sprawozdawcy. Nie sądzę jednak, że uprzedzony kretyn, którego redakcja „The Guardiana” nieopatrznie posadziła przy klawiaturze, był wyjątkowym zjawiskiem na tle brytyjskiego społeczeństwa. Anglicy, podobnie jak większość zachodnich społeczeństw, są przecież nieustannie karmieni fałszywymi stereotypami o Polakach przedstawianych jako antysemici, faszyści, a w najlepszym razie nierozgarnięte chamy. W przypadku Anglików swoje robi tu jeszcze ich historyczna niechęć do katolików.
Oczywiście protekcjonalny, arogancki stosunek do Polaków – czy generalnie do wschodnich Europejczyków – niewiele różni się od tego, jaki prezentowano do niedawna na Zachodzie wobec czarnoskórych. Tyle że dziś jest to politycznie niepoprawne, więc złe emocje znajdują swoje ujście już tylko w naszej części świata. Przy tej okazji, piętnując rasizm i faszyzm, rzekomo rozpowszechnione w Polsce i wschodniej Europie, zachodnie społeczeństwa odcinają się od swojej niechlubnej kolonialnej, rasistowskiej przeszłości i przedstawiają się swoim dawnym ofiarom jako ich najwięksi obrońcy.
My z kolei jesteśmy łatwym celem. Atakowanie nas niczym nie grozi, zwłaszcza że zawsze znajdą się tacy, którzy pod wpływem nawet najmniejszego pomruku niezadowolenia płynącego z Zachodu natychmiast staną na baczność i uderzą się w pierś.
Czarne proroctwa Stuhra
Posłanka Lewicy Anna Maria Żukowska jest zwykle bardzo wyrywna na Twitterze. Jednak szybkie, nieprzemyślane wpisy zazwyczaj nie przynoszą intelektualnej chwały, czego dowodem jest jej komentarz zamieszczony po meczu z Anglią, gdy napisała, że Polacy – podobnie jak Anglicy – mają za sobą niechlubną przeszłość kolonialną, bo „przez wieki kolonizowaliśmy dzisiejsze: Litwę, Białoruś, Ukrainę, Słowację”. Nie ma tu sensu pastwić się nad posłanką, która najwyraźniej uważa, że Jagiełło był kimś na kształt afrykańskiego czarownika skolonizowanego przez Polaków, a potem brutalnie ochrzczonego i siłą umieszczonego na tronie w Krakowie. Chodzi raczej o to, że z punktu widzenia środowisk, które ona reprezentuje, Polska powinna ciągle wykazywać, że jej przeszłość jest bardziej podła od przeszłości innych państw europejskich, co – jak można rozumieć – poprawi humory zachodnim Europejczykom i sprawi, że nas trochę polubią i zaakceptują.
Na podobnym poziomie wypowiedział się Maciej Stuhr, który z meczu zapamiętał tylko to, że Polacy wygwizdali klęczących Anglików. I bardzo mu z tego powodu było wstyd, bo przecież co sobie Anglicy o nas teraz pomyślą. Nasz dystans wobec przepraszania Afrykanów za kolonialne grzechy skłonił zdruzgotanego aktora do ogólniejszej konkluzji, że „po prostu tacy jesteśmy i tego chcemy. Nie szczepimy się, nienawidzimy czarnych, Żydów i pedałów, nie chcemy pomagać innym, gardzimy nauką, sztuką, prawem. Mamy w dupie trójpodział władzy i wolne media. Po prostu nic, ale to nic nas to nie obchodzi”. Swoją pomeczową refleksję Stuhr zakończył słowami: „Myślę, że wyjdziemy z UE. To nie jest dla nas miejsce”.
W zdecydowanie mniej apokaliptycznych barwach niż Stuhr widzi przyszłość Polski większość kibiców. Dla nich mecz z Anglią był po prostu kolejnym spotkaniem w ramach eliminacji mistrzostw świata. Ale liberalna lewica nie lubi kibiców – zwykle zresztą z wzajemnością. Kibol to dla lewicy archetyp agresywnego samca, nieokrzesanego, wulgarnego mizogina. A przy tym popadającego podczas meczów w prymitywne, nacjonalistyczne uniesienia. Gdyby lewica mogła, to zapewne doprowadziłaby do likwidacji rywalizacji na poziomie narodowym. Oczywiście po to, aby zapobiec erupcji faszyzmu. Na razie jednak postępowcy próbują zmienić sport od środka, nadając zawodom tęczowe barwy i umieszczając wśród zawodników osoby transpłciowe.
Na tym tle sportowcy tacy jak Kamil Glik są przedstawicielami starej, dobrej szkoły. Honorowi, zadziorni, czasem nieokrzesani, ale za to pełni temperamentu i z charakterem. Tacy, którzy – w odróżnieniu od ideologicznych fanatyków – nie dzielą zawodników na czarnych ani białych, lecz co najwyżej na mydłków i twardzieli. Dziś się okazuje, że taka postawa jest niepoprawna. Jeżeli jednak wszyscy ulegną ogarniającemu nas postępowemu szaleństwu, to sport, jaki znamy, przestanie istnieć.
Artykuł z 38/2021 numeru tygodnika „Sieci”.*
