TROTYL? W badaniu 10/04 konieczne są dowody, a nie domysłyW badaniu katastrofy smoleńskiej konieczne są dowody, a nie domysły. Zagraniczne laboratoria znalazły TROTYL na wraku TU-154M

W próbkach pobranych z wraku Tu-154M znaleziono ślady materiałów wybuchowych.
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
Dzisiaj w cyklu WAŻNE ARCHIWA SIECI artykuły Marka Pyzy i Marcina Wikło, którzy jako pierwsi podawali informacje o ustaleniach zagranicznych laboratoriów ws. obecności materiałów wybuchowych na wraku tupolewa.
ANGLICY ZNALEŹLI TROTYL
Marek Pyza, Marcin Wikło
Artykuł ukazał się w numerze tygodnika „Sieci” Nr 12 (330) 2019
25–31 marca 2019 r.
W próbkach pobranych z wraku Tu-154M znaleziono ślady materiałów wybuchowych. To sensacyjny wniosek z częściowych badań brytyjskiego laboratorium współpracującego z Prokuraturą Krajową. Co oznacza taki wynik? Czy uprawdopodabnia tezę o wybuchu na pokładzie tupolewa? Jak wpłynie na dalsze śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej? Co jeszcze dzieje się w tym postępowaniu?.
To informacja skrywana przez śledczych. Dowiedzieliśmy się jednak, że przed kilkoma tygodniami do polskiej prokuratury nadeszło pismo informujące o cząstkowych wynikach badań prowadzonych w Forensic Explosives Laboratory (FEL), podległej brytyjskiemu ministerstwu obrony jednostce specjalizującej się w badaniach kryminalistycznych związanych z materiałami wybuchowymi.
Angielscy eksperci przebadali kilkadziesiąt spośród ponad 200 próbek przekazanych przez Prokuraturę Krajową w maju 2017 r. Na zdecydowanej większości z nich znaleziono ślady substancji używanych do produkcji materiałów wybuchowych. Jak się dowiadujemy, chodzi o trotyl, ale też inne składowe. Prokuratura nie chce komentować tych rewelacji, jednak nasze ustalenia potwierdziliśmy u kilku źródeł.
Dodajmy jeszcze, że zgodnie z umową zadaniem brytyjskiego laboratorium nie jest interpretacja wyników badań, lecz przede wszystkim odpowiedź na pytanie, czy w przekazanych próbkach znajdują się ślady materiałów wybuchowych. Już wiemy, że brzmi ona: tak.
FEL jest częścią DSTL (Defence Science and Technology Laboratory), ośrodka o międzynarodowej sławie. W przeszłości zajmował się on m.in. badaniem materiału z katastrofy samolotu Pan American, który w wyniku zamachu bombowego spadł w 1988 r. na szkockie Lockerbie. Wśród głośnych spraw, jakie DSTL badał w XXI w., są m.in. zamach terrorystyczny w Londynie w 2005 r. czy próba otrucia byłego współpracownika brytyjskiego wywiadu Siergieja Skripala. To właśnie w DSTL poddano badaniom substancję nowiczok, użytą w celu uśmiercenia byłego pułkownika GRU.
CO TO OZNACZA?
Jakie znaczenie dla śledztwa i ustalenia przyczyn katastrofy ma informacja o odnalezieniu za granicą śladów trotylu oraz innych substancji? Kolosalne. Choć na stawianie ostatecznych hipotez wciąż jest za wcześnie. Przed laty w tej sprawie kuszono się o definitywne rozstrzygnięcia, mimo że materiał dowodowy mocno je podważał. Dlatego warto się wstrzymać z jednoznacznymi opiniami do momentu przeprowadzenia wszystkich analiz.
Trudno stwierdzić, kiedy może to nastąpić. Anglicy dotychczas przebadali mniej niż połowę z dostarczonego im materiału. Swoje analizy – na innych próbkach – prowadzą jeszcze laboratoria w Belfaście i w Rzymie ( jako jedyni dziennikarze z Polski przyglądaliśmy się pracy włoskich karabinierów, opisaliśmy je w „Sieci” nr 33/2017). Gdy spłyną wszystkie wyniki, prokuratorzy zajmą się ich interpretacją. Być może tylko w tym celu powołają kolejnych specjalistów z zagranicy. To standardowa praktyka.
Warto zaznaczyć, że śledztwo smoleńskie nie skończy się szybko. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę, ile mogą potrwać dalsze analizy kryminalistyczne w zagranicznych laboratoriach, a także to, że amerykańscy eksperci od badania katastrof lotniczych (o czym za chwilę) dopiero rozpoczynają pracę, trzeba się liczyć z tym, że postępowanie potrwa jeszcze nawet kilka lat.
Jednak informacje, które spłynęły z Kent, pozwalają zupełnie inaczej spojrzeć na dawne ustalenia śledztwa prowadzonego przez wojskową prokuraturę. Kwestia odnalezienia materiałów wybuchowych była jedną z najszerzej komentowanych. I nic dziwnego, bo związana jest z bezpośrednią przyczyną katastrofy. Przypomnijmy, po raz pierwszy o odnalezieniu trotylu dowiedzieliśmy się z artykułu Cezarego Gmyza w „Rzeczpospolitej” w 2012 r. Po tej publikacji dziennikarz został zwolniony, a razem z nim z redakcji tygodnika „Uważam Rze” odeszła zdecydowana większość autorów.
Wówczas dowiedzieliśmy się, że w czasie pobytu w Smoleńsku prokuratorów i techników policyjnych w 2012 r. przenośne detektory materiałów wybuchowych wskazały na wielu fragmentach wraku obecność trotylu i innych materiałów wybuchowych. Prokuratura tłumaczyła później, że to zawodne urządzenia, które mogą w taki sam sposób reagować np. na… pastę do butów. Co innego twierdził wówczas ich producent, wskazując, że to sprzęt, który się nie myli.
PROBLEM DLA CLKP
Dużą wagę ma to, że próbki, które wysłano do brytyjskiego DSTL, to te same, którymi w 2013 r. zajmowało się polskie Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji. Nie odnalazło ono śladów materiałów wybuchowych. Można więc wysnuć jasny wniosek: angielskie badania podważają ekspertyzy prowadzone przed kilkoma laty w CLKP. W tygodniku „Sieci” (nr 25/2014) opisaliśmy, w jaki sposób „skręcono” te badania.
Po pierwsze, przyjęto wówczas przedziwną metodologię pracy. Założono, że obecność materiału wybuchowego w danej próbce będzie można uznać pod warunkiem, że potwierdzi się to w każdej z czterech metod chromatograficznych (GC/TEA, GC/MS, GC/ECD, HPLC/DAD) zastosowanych do badań. Jednak owe cztery metody do siebie nie przystawały, co ujawnili na naszych łamach niezależni eksperci, wybitni specjaliści od identyfikacji związków organicznych, nieżyjąca już prof. Krystyna Kamieńska-Trela i prof. Sławomir Szymański. Wskazywali, że za bardzo różnią się czułością i selektywnością. Co więcej, jak informowaliśmy w tygodniku „Sieci”, Łukasz Matyjasek i Wojciech Pawłowski, biegli prowadzący w CLKP badania smoleńskich próbek, w czasie wykładu seminaryjnego na Uniwersytecie Warszawskim w listopadzie 2014 r. stwierdzili, że metoda GC/ MS (Mass Spectrometry) bywa zawodna. Na dowód pokazali film z kontrolowanego wybuchu materiału heksogenowo- -trotylowego, po którym badanie GC/MS dało wynik negatywny, a tylko metoda GC/TEA (Thermal Energy Analyser) potwierdziła użycie wspomnianych substancji. Jak więc ci sami pracownicy CLKP, dysponujący taką wiedzą, mogli przyjąć absurdalne założenie, że wszystkie cztery metody muszą dać pozytywny wynik, aby potwierdzić znalezienie środków wybuchowych? Cel był jasny: przeprowadzić analizy tak, aby nic nie wykryć. Badacze z CLKP nie wiedzieli, że ich wykładu słucha również dziennikarz od lat zajmujący się katastrofą smoleńską. Gdyby mieli tego świadomość, być może nie obnażyliby swoich kombinacji.
Po drugie, wyniki badań, które policyjni laboranci dostarczyli prokuratorom, zawierały inne manipulacje. Drobiazgowo opisywaliśmy sprawę chromatogramów (wykresów odnoszących się do każdej badanej próbki) wyrysowanych przy metodzie GC/TEA, w których charakterystyczne „piki” (skoki krzywej) CLKP zinterpretowało jako świadectwo obecności ftalanów, węglowodorów, terpenów czy estrów kwasu fosforowego. Rzecz w tym, że żadna z tych substancji nie zawiera azotu, a detektor GC/TEA reaguje wyłącznie na obecność związków z tym pierwiastkiem. Prof. Kamieńska-Trela i prof. Szymański potwierdzili to u producenta sprzętu, z którego korzystało CLKP. Co więc wskazywały „piki”? Według niezależnych ekspertów były to sygnały charakterystyczne dla RDX, czyli heksogenu, substancji wykorzystywanej do produkcji wielu materiałów wybuchowych, m.in. C4. Owe sygnały wystąpiły w ponad 100 badanych próbkach!
Po trzecie, również metoda GC/ECD (Electron Capture Detector) miała aż w 150 próbkach wykazać sygnały zgodne z wzorcem RDX. Ten fakt biegli z CLKP po prostu zignorowali.
Te manipulacje tuszowali ówczesny szef CLKP Waldemar Krawczyk (z wykształcenia chemik) oraz prokuratura wojskowa, która nie zainteresowała się w należyty sposób dostarczanymi jej przez pełnomocnika rodzin mec. Piotra Pszczółkowskiego kolejnymi opiniami wspomnianych profesorów chemii.
Nie sposób nie stawiać pytań: czy wobec wyników badań w Wielkiej Brytanii ktoś wróci do „ustaleń” CLKP? Czy ktokolwiek odpowie za torpedowanie śledztwa wyjaśniającego przyczyny śmierci prezydenta RP i towarzyszącej mu delegacji?
POMOC Z ZACHODU
Podkreślmy raz jeszcze: od stwierdzenia, że znaleziono ślady materiałów wybuchowych, do ustalenia przyczyn katastrofy droga jest jeszcze daleka. Trzeba znaleźć precyzyjną odpowiedź na pytanie: jeśli rzeczywiście coś wybuchło, to co, gdzie i za czyją sprawą. Nad tym śledczy wciąż pracują. Nie sami, lecz z pomocą uznanych ekspertów z zagranicy.
Przed kilkoma dniami prokuratorom udało się dopiąć umowę z zespołem ekspertów pod kierownictwem prof. Goonga Chena z Texas Agricultural and Mechanical University, wybitnego matematyka, który kierował grupą badaczy opracowujących symulację katastrofy malezyjskiego samolotu MH370, a także zasymulował katastrofę maszyny Germanwings, która zdarzyła się we francuskich Alpach w 2015 r.
Obok Chena w zespole znajdzie się m.in. Robert Benzon, doświadczony badacz katastrof lotniczych z amerykańskiej NTSB (National Transportation Safety Board, Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu), który pracował przy wyjaśnianiu dziesiątków poważnych katastrof lotniczych w ostatnich dekadach, m.in. boeinga 747 nad Lockerbie, samolotów McDonnell Douglas DC-8 w Ohio i na Florydzie, boeingów 737 w Indiach, Japonii, Afganistanie, Rosji, Indonezji, Anglii, Gujanie, Illinois i Kalifornii, boeingów 747 w Holandii i Anglii, airbusa 320 w Hondurasie czy airbusa A340 w Kanadzie. Jednym z jego ostatnich ważnych zadań w kraju było prowadzenie postępowania w sprawie wodowania airbusa A320 US Airways na rzece Hudson.
Innym członkiem zespołu jest Richard A. Marquise, były wyższy oficer śledczy FBI, specjalista ds. ścigania karnego i terroryzmu, który kierował amerykańską grupą zadaniową pracującą na miejscu katastrofy w Lockerbie i później w trakcie procesu sądowego dotyczącego tego zamachu.
Prof. Chen będzie współpracował również z Philipem J. Morrisem, profesorem inżynierii lotniczej z Pennsylvania State University, Jamesem Thurmanem, specjalistą ds. materiałów wybuchowych, b. agentem specjalnym FBI i wieloma innymi ekspertami, których udało się pozyskać do pomocy w śledztwie, a o których poszukanie nawet nie pokusiła się prokuratura wojskowa.
Trwa już przekazywanie materiałów, na których pracować będą specjaliści z zespołu prof. Chena. Ich zadaniem będzie wydanie interdyscyplinarnej opinii o przyczynach katastrofy, uwzględniającej różne dziedziny nauki i wszelkie aspekty tragedii smoleńskiej (o swoim zaangażowaniu w postępowanie smoleńskie opowiadali na łamach „Sieci” nr 12/2018).
Prokuratura podjęła też współpracę z węgierskimi ekspertami od tupolewa z Centrum Naukowo- -Badawczego Pharmaflight pod Debreczynem.
CO JESZCZE BADAJĄ
Do Prokuratury Krajowej można mieć pretensje o skromną politykę informacyjną. Rzeczywiście, śledczy w mundurach w latach 2010–2016 częściej wydawali komunikaty, spotykali się z dziennikarzami, ale z ich przekazów niewiele wynikało. Dowiadywaliśmy się, ile zgromadzono kolejnych tomów akt, ilu świadków przesłuchano. Materiały puchły, ale brakowało rzeczowych analiz przybliżających nas do prawdy o katastrofie. Gdy takowe się pojawiały, przekręcano ich treść. Może więc lepiej, że jest ciszej, ale za to bardziej profesjonalnie.
W ubiegłym roku ekipa śledczych wyjechała na miejsce katastrofy. Nie mogli prowadzić własnych badań, niczego dotykać, lecz jedynie wskazywać Rosjanom, jakie fotografie wraku życzą sobie wykonać. Jeszcze w zeszłym roku z Moskwy przysłano te zdjęcia. Nie jest to materiał satysfakcjonujący prowadzących śledztwo, ale prokuratorzy wychodzą z założenia, że lepszy rydz niż nic. Nie skarżą się na zachowanie strony rosyjskiej, bo w przyszłości zamierzają na Siewiernyj wybrać się raz jeszcze, prawdopodobnie z biegłymi.
Wśród innych materiałów, jakie poddawane są analizie, znajdują się zdjęcia, które wykonaliśmy, przygotowując w zeszłym roku reportaż ze Smoleńska („Sieci” nr 37/2018). Wykorzystaliśmy wówczas drona, który odtworzył ścieżkę ostatnich kilkunastu sekund lotu Tu-154M według parametrów zapisanych w rejestratorach samolotu (nieco podniesioną w końcowej fazie lotu dla bezpieczeństwa urządzenia). Dzięki tym filmom po raz pierwszy mogliśmy się naocznie przekonać, w jaki sposób polska maszyna była sprowadzana na pas przez rosyjskich kontrolerów, a właściwie obok pasa… Nasze filmy były też pierwszym tak precyzyjnym zapisem filmowym ukształtowania terenu przed lotniskiem, co może mieć znaczenie przy odwzorowywaniu ostatnich sekund lotu tupolewa.
Jak wiadomo, przed rokiem zakończyły się ekshumacje ciał ofiar katastrofy. Prokuratorzy zarządzili je, by naprawić błędy swoich poprzedników – nasze prawo wymaga, aby wobec niewyjaśnionych przyczyn tragicznej śmierci obywateli polskich przeprowadzić sekcje zwłok. Nawet były prokurator generalny Andrzej Seremet przyznał w grudniu 2016 r., że sekcje zwłok w Moskwie zostały przeprowadzone „niezbyt skrupulatnie”. Powiedzieć, że to delikatne określenie, to niewiele powiedzieć. Dokumentacje z rosyjskich sekcji zostały bowiem co najmniej sfałszowane (opisywano w nich np. organy, które ofiary miały usunięte w wyniku zabiegów medycznych). W dodatku wyszło na jaw, że szczątki pasażerów zostały zbezczeszczone – w ciałach znajdowano śmieci, serce zaszyte w nodze, niedopałek papierosa w płucach…
Dzięki ekshumacjom wszystkich ofiar wyszedł na jaw skandaliczny sposób traktowania zmarłych przez Rosjan. Okazało się, że 69 szczątków pochodzących od 26 osób trafiło do trumien innych ofiar. Osiem ciał zostało w całości zamienionych. Dokonywano zupełnie makabrycznych odkryć, jak np. w jednej trumnie dwóch głów, trzech nóg i czterech miednic.
Do sporządzenia opinii medyczno-sądowych śledczy powołali międzynarodowy zespół biegłych, w którego skład poza polskimi specjalistami weszli też najlepsi europejscy eksperci, m.in. z Danii, Szwajcarii i Portugalii. Lada dzień do Prokuratury Krajowej powinny spłynąć ostatnie dokumenty posekcyjne.
Podsumowując – prokuratorów wspierają naukowcy z Polski i ze świata, doświadczeni badacze katastrof lotniczych i agenci FBI, najlepsze laboratoria kryminalistyczne w Europie, prywatne firmy z branży lotniczej, polska Żandarmeria Wojskowa i służby specjalne. Gdyby to śledztwo było w ten sposób prowadzone od początku, zapewne znalibyśmy już odpowiedź na zasadnicze pytanie: co wydarzyło się rankiem 10 kwietnia 2010 r. nad Smoleńskiem?
Choć podkreślamy, że warto czekać na wyniki badań z wszystkich laboratoriów i wszelkie zaplanowane analizy, wiadomości, które dziś nadchodzą z Wielkiej Brytanii, zbliżają nas do rozwiązania zagadki.
= = = = = =
RZYM POTWIERDZA: TO TROTYL
MAREK PYZA, MARCIN WIKŁO
Tekst ukazał się w numerze tygodnika „Sieci” Nr 14 (436) 2021
6–11 kwietnia 2021 r.
Wtedy, 11 lat temu, to też była sobota po Wielkanocy. Poświąteczny nastrój prysł jednak wraz z porannymi doniesieniami z rosyjskiej ziemi. Trudno nie wracać wspomnieniami do największej tragedii w powojennej Polsce, trudno też uciec od pytań, co dziś wiemy o jej przyczynach. A dowiadujemy się coraz więcej. Już drugie zagraniczne laboratorium potwierdza: na wraku samolotu znajdowały się materiały wybuchowe.
Sytuacja epidemiczna sprawia, że nie jesteśmy nawet w stanie powiedzieć, czy zostaną zorganizowane i jak będą wyglądały państwowe uroczystości upamiętniające prezydenta Lecha Kaczyńskiego i 95 osób towarzyszących mu w podróży do Katynia.
Koronawirus wywrócił do góry nogami naszą rzeczywistość, wpływa na politykę i gospodarkę. Także na pracę bardzo wielu instytucji, również tych, które są zaangażowane w wyjaśnianie przyczyn katastrofy smoleńskiej. Przeciągają się terminy, do umów dopisuje się aneksy wydłużające realizację zleceń. Mozolnie, ale praca trwa.
POTWIERDZENIE Z RZYMU
Z naszych informacji wynika, że włoskie Laboratorium Kryminalistyczne Korpusu Karabinierów, do którego przesłano próbki do badań, wykryło na nich materiały wybuchowe. Ekspertom z Rzymu przekazano do analizy ślady zabezpieczone podczas sekcji zwłok i pochodzące z foteli polskiego tupolewa. Po badaniach w Rzymie wiadomo, że są na nich ślady trotylu oraz RDX (heksogenu). To potwierdzenie badań brytyjskich prowadzonych w Forensic Explosives Laboratory (FEL) w Kent, o których na łamach tygodnika „Sieci” pisaliśmy w marcu 2019 r. Tam także „na zdecydowanej większości z 200 próbek przekazanych przez Prokuraturę Krajową w maju 2017 r. […] odkryto ślady materiałów wybuchowych”.
Do włoskiego laboratorium przekazano również próbki gleby z okolicy wrakowiska. Chodziło o to, by się upewnić, czy znalezione na fragmentach samolotu materiały wybuchowe nie pochodzą z ziemi, na którą upadł. Zwracano uwagę, że to możliwe, bo w pobliżu położone są lotnisko i jednostka wojskowa. W badanej glebie ze Smoleńska niczego jednak nie było.
Laboratorium w Rzymie odwiedziliśmy, jako jedyni dziennikarze, latem 2017 r. Od karabinierów usłyszeliśmy o naprawdę szeroko zakrojonym zadaniu, które postawili przed nimi nasi śledczy. – Otrzymaliśmy prośbę od polskiej prokuratury. Została w niej wskazana lista kilkunastu materiałów wybuchowych, których obecność mamy potwierdzić lub wykluczyć w dostarczonych dowodach rzeczowych – mówił nam płk Adolfo Gregori. – Mamy odpowiednie doświadczenie w tej kwestii i dysponujemy technikami, które pozwolą nam przebadać dostarczone materiały oraz przeanalizować ich skład. Nasze laboratorium jest jednym z najnowocześniejszych na świecie, mamy instrumenty i posługujemy się metodami, które pozwalają nam odnajdywać nawet najmniejsze ślady materiałów wybuchowych – usłyszeliśmy od oficera. ówczesne ustalenia mówiły o tym, że analiza ma potrwać co najmniej pół roku, ale w międzyczasie sporo się zmieniło. Dosyłano do Włoch kolejne próbki, pojawiały się nowe metody badań wymagające nowej kalibracji maszyn, no i ostatni rok, w którym z powodu COVID-19 prace były co chwila przerywane.
CO TO ZNACZY?
Włoscy eksperci nie przysłali pisemnego podsumowania badań, bo nie zostały one jeszcze zakończone. Umowa od początku była jasna, że dopiero po przebadaniu wszystkiego sporządzą dokument. Wtedy będzie można mówić o zamknięciu pierwszego z czterech etapów analizy kryminalistycznej.
W teorii wygląda to tak, że pierwszym stopniem jest wynik z chromatografu, który zero-jedynkowo stwierdza, czy szukany materiał jest w badanym śladzie, czy nie. Przypomnijmy, że polska prokuratura zleciła poszukiwania 20 substancji. W standardzie szuka się czterech–pięciu. Tak szeroka gama to zmniejszenie do minimum marginesu błędu, ale i zdecydowane wydłużenie czasu badania. To, że trotyl i RDX są na badanych elementach, już wiemy po zamkniętych badaniach w Kent i kończących się w Rzymie. Na marginesie warto wspomnieć, że podobne wnioski należało wyciągnąć z badań prowadzonych w 2013 r. w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji, lecz CLKP tak je zmanipulowało (a wojskowa prokuratura to zaakceptowała), by w żadnym wypadku nie móc przyznać, że hipoteza wybuchu ma jakiekolwiek podstawy w materiale dowodowym.
Drugim etapem jest opinia, która ma dać odpowiedź, co ten wynik oznacza dla konkretnej sprawy. W przypadku 10/04 kluczowe będzie ustalenie, czy ślady materiałów wybuchowych na badanych elementach znalazły się tam po eksplozji, czy w wyniku kontaminacji (zanieczyszczenia próbek z zewnątrz). Jakimś tropem może być tutaj brak trotylu w badanej glebie, ale do ostatecznej opinii jeszcze bardzo daleko. Sporządzi ją zagraniczny ekspert, który już ma umowę z Prokuraturą Krajową i do którego na bieżąco trafiają dokumenty i wyniki badań z laboratoriów.
Następne etapy to już będzie zadanie dla prokuratorów, którzy biorąc pod uwagę zlecone opracowania, zdecydują na samym końcu, czy i komu można stawiać zarzuty.
CO ROBI PODKOMISJA?
Sporo emocji, niestety negatywnych, budzi podkomisja kierowana przez Antoniego Macierewicza. „Udało się znacznie mniej, niż liczyliśmy, że się uda. Nie jestem jedyną rozczarowaną, bo takich rodzin jak ja jest więcej” – tak Magdalena Merta, wdowa po wiceministrze kultury Tomaszu Mercie, recenzuje na łamach „Gazety Wyborczej” prace gremium, na którego czele stoi były szef MON.
Powodem rozczarowania jest brak postępu w pracach czy znikoma komunikacja z rodzinami. Irytuje także ponawiająca się zapowiedź raportu, który ma zebrać w całość pięcioletnie prace. Rodziny coraz śmielej apelują do ministra Mariusza Błaszczaka, by ten zarządził audyt działań podkomisji, która formalnie działa w ramach MON.
Ostatnie doniesienia mówią o tym, że na kolejną rocznicę pojawi się kolejny raport, ale wciąż nie ten „ostateczny”. Ma być to „raport techniczny 2.0”. W licznych wypowiedziach publicznych Antoni Macierewicz twierdził, że finalnego dokumentu nie da się sporządzić, bo zagraniczni eksperci z powodu epidemii nie mogą się zjawić w Polsce i złożyć podpisów pod dokumentem. Tylko że nie ma czego podpisywać. Nie tylko dlatego, że część analiz nie jest skończona (m.in. te prowadzone w USA przez instytut NIAR), lecz także z powodu braku zgody w podkomisji co do niektórych okoliczności katastrofy. Gdyby miała ona kończyć prace dziś, mielibyśmy dwa albo trzy sprzeczne z sobą raporty.
Dużym wstrząsem był artykuł Glenna Jorgensena, który opublikowaliśmy w tygodniku „Sieci”: „Badanie tragedii smoleńskiej – co się dzieje?”. To obszerna publikacja, w której były członek podkomisji wytyka jej szefowi liczne nieprawidłowości i zaniedbania.
Reakcją przewodniczącego nie była jakakolwiek refleksja, lecz atak na Duńczyka i oskarżenia o próbę uniemożliwienia dojścia do prawdy, niszczenie dorobku komisji i kolportowanie insynuacji oraz kłamstw.
ŚLEDZTWA: STOP!
Przed rocznicą katastrofy trzeba stawiać pytania, jak państwo polskie z jej wyjaśnieniem radzi sobie dziś? Gdzie jesteśmy, jeśli chodzi o wypełnienie obowiązków Rzeczypospolitej wobec tragicznie zmarłych i ich rodzin?
Niedawno ujawnione nagranie ze spotkania Donalda Tuska z Edmundem Klichem każe też zapytać: jak teraz wyglądają narady w tej sprawie? Czy takowe w ogóle się odbywają? Czy na posiedzeniach rządu rozmawia się na temat Smoleńska? Czy jest to przedmiotem troski ministrów spraw zagranicznych, obrony narodowej, sprawiedliwości? Czy działają jakieś specjalne zespoły międzyresortowe, które służą pomocą przy kłopotach prokuratury (jest ich cała masa) i podkomisji (choć tu kłopotów nie ma żadnych – oficjalnie)? Jak wygląda współpraca dwóch instytucji wyjaśniających katastrofę? Potraktujmy te pytania retorycznie…
Bałaganu w podkomisji – o którym piszemy od dawna – jakoś nikt nie kwapi się posprzątać. W prokuraturze zaś główne postępowanie zmierza co prawda we właściwym kierunku (mamy na myśli plan prowadzenia śledztwa, a nie weryfikowanie konkretnych hipotez), ale dzieje się to w nieprawdopodobnie wolnym tempie. Dość powiedzieć, że śledczy nie dysponują jeszcze np. opinią biegłych z zakresu medycyny sądowej po zakończonych w 2018 r. (!) sekcjach zwłok ofiar.
Przedłużają się prace zespołu biegłych z zagranicy powołanych do wydania interdyscyplinarnej opinii o przyczynach tragedii (to m.in. doświadczeni byli pracownicy FBI i NTSB, amerykańskiej instytucji badającej katastrofy lotnicze). Miała być gotowa w marcu, ale śledczy właśnie wydłużyli termin o rok.
Jest za to nowa opinia fonoskopijna nagrania z czarnej skrzynki sporządzona przez specjalistów m.in. z ABW i Instytutu Ekspertyz Sądowych przy wykorzystaniu nowoczesnych technik komputerowych. Jak słyszymy, „jest kompleksowa, ostateczna, odnosi się do różnych bzdur wypisywanych wcześniej przez ludzi bez najmniejszych kompetencji”. Jej szczegółów nie znamy. Wiemy jednak, że definitywnie wykluczono, by którykolwiek z głosów zarejestrowanych przez rejestrator CVR można było przypisać gen. Andrzejowi Błasikowi.
Ale poza podstawowym śledztwem w PK toczy się jeszcze kilka innych. To m.in. postępowanie w sprawie odpowiedzialności karnej prokuratorów wojskowych za działanie na szkodę śledztwa poprzez nieprzeprowadzenie wielu czynności w 2010 r. – m.in. sekcji zwłok. Ale też mało znany wątek nieprawidłowości w Agencji Wywiadu, o którym pisaliśmy w tygodniku „Sieci” jesienią. Sprawa dotyczy skandalicznych decyzji z 2010 r., kiedy to do polskiej ambasady w Moskwie zgłosił się informator przekonujący, że tragedia w Smoleńsku nie była zwykłą katastrofą, lecz zamachem. Placówka dyplomatyczna poinformowała o tym AW. A ta… przekazała temat Rosjanom, podając dane „sygnalisty”. Nieoficjalnie dowiadujemy się, że śledztwo jest zakończone, lecz decyzji procesowych brak (na marginesie dodajmy, że według naszych informatorów nie widać śladów aktywnej roli służb specjalnych przy wyjaśnianiu sprawy – również po 2015 r.).
Podobnie rzecz się ma z postępowaniem dotyczącym tzw. zdrady dyplomatycznej. Ten temat powrócił niedawno, gdy w „Magazynie Śledczym” Anity Gargas ujawniono fragmenty narady z 23 kwietnia 2010 r. z udziałem premiera Donalda Tuska i akredytowanego przy MAK Edmunda Klicha.
— Wszystkie zaniedbania sprzed 11 lat, poza oczywistymi naruszeniami prawa, miały jeden wspólny mianownik – próbę ułożenia dobrych stosunków z Federacją Rosyjską. Dziś mam wrażenie, że niepociąganie do odpowiedzialności Donalda Tuska jest składane na ołtarzu dobrych stosunków z Unią Europejską. Odsłanianie kolejnych pomników czy tablic nie jest substytutem śledztwa – komentuje bliski jednej z ofiar.
Z naszych informacji wynika, że w tym postępowaniu rzeczywiście nic się już nie dzieje, bo cały materiał dowodowy jest dawno zebrany. Łącznie ze wspomnianym nagraniem. Dlaczego w takim razie nie są stawiane zarzuty?
OBROŃCY RZĄDU TUSKA
Donald Tusk bez wątpienia zasługuje na akt oskarżenia, i to już od dekady. Konflikt z prawem jego postępowania powinni byli zauważyć prokuratorzy nadzorowani przez Andrzeja Seremeta, i to już w 2010 r., krótko po katastrofie. Ale wtedy „niezależny od rządu” prokurator generalny uchybień nie widział. „Prawicowe” media alarmowały, wskazywały palcem, pisane były na ten temat książki, również naukowe (np. na Uniwersytecie Jagiellońskim – Natalia Wojtanowska „Aspekty prawne katastrofy smoleńskiej”), a kolejni „niezależni” prokuratorzy albo odmawiali wszczynania śledztw, albo w kuriozalny sposób je umarzali. W sprawie zdrady dyplomatycznej odmówili ścigania w 2010 r. i 2011 r. Dopiero w 2016 r. pochylono się nad tym zagadnieniem.
Uporczywie wracamy do przymiotnika „niezależny”, bo pod takim pozorem w 2010 r. ob.z PO-PSL rozłączył funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Efekt? Premier grillował co rok Seremeta, bo ustawa o „niezależnej” prokuraturze dawała mu możliwość nieprzyjęcia corocznego sprawozdania zwierzchnika wszystkich śledczych i wystąpienia do Sejmu z wnioskiem o jego odwołanie.
W egzekwowaniu prawa nie pomagała też Naczelna Prokuratura Wojskowa, z jej szefem – reliktem minionego systemu (w prokuraturze od 1983 r.) płk. Krzysztofem Parulskim, który wręcz markował śledztwo w sprawie przyczyn katastrofy w jego kluczowym momencie. W sierpniu 2010 r. dostał od prezydenta Komorowskiego awans na stopień generalski (wcześniej blokował to śp. Lech Kaczyński).
Charakterystykę tego człowieka najlepiej oddaje historia postrzelenia się w styczniu 2012 r. w policzek poznańskiego prokuratora wojskowego płk. Mikołaja Przybyła. Trwał wówczas konflikt Seremeta z Parulskim. Ten ostatni, choć formalnie był zastępcą tego pierwszego, miał jednak sporą autonomię i walczył o zachowaniu tego stanu.
W czasie konferencji prasowej Przybył wyprosił na chwilę dziennikarzy i… postrzelił się w policzek. A może tylko markował postrzelenie (zszywano go dopiero po dziewięciu godzinach, a chwilę później udzielał już wywiadów)? W każdym razie w Polskę poszedł przekaz, że pułkownik chciał targnąć się na życie, bo źli cywile próbowali zamachnąć się na wzorowych wojskowych śledczych.
Istotą tej sprawy był skandal z pobraniem od operatorów komórkowych billingów dziennikarzy śledczych („Rz” i TVN24), by ustalić źr.dło przecieków w sprawie prawdziwych powodów odwołania prokuratora Marka Pasionka z nadzorowania śledztwa smoleńskiego (pełnił tę funkcję od 8 maja 2010 r., był jedynym cywilem w WPO, dziś jest zastępcą prokuratora generalnego i znów nadzoruje śledztwo smoleńskie). Nawet Adam Bodnar alarmował, że to łamanie tajemnicy dziennikarskiej. Pasionek zawinił tym, że – wespół z Bogdanem Święczkowskim, b. szefem ABW – spotkał się z oficerami łącznikowymi FBI i CIA w Warszawie, by prosić o pomoc w postępowaniu. Parulski uznał to za niedopuszczalne kontakty z obcym państwem i zawiesił Pasionka. A jego podwładni z Poznania postanowili złamać przepisy i inwigilować dziennikarzy. Ściągnięcie billingów pilotował osobiście płk Przybył. Kurtyna.
Aż żal wspominać, jak te wszystkie postacie były zaangażowane w to, by Tuskowi i jego najważniejszym współpracownikom za katastrofę nie spadł włos z głowy. A z drugiej strony instytucje podległe premierowi torpedowały prace prokuratury, np. nie przekazując żądanych dokumentów. Wiele z nich „odnalazło się” po 2015 r. (choć wcale nie tak od razu…), część „nie odnalazła się” do dziś.
Gdy z głównego śledztwa wyłączono tzw. wątek organizacyjny wizyty, śledczy z warszawskiej Pragi długie miesiące prowadzili czynności, zgromadzili dziesiątki tomów akt, by wreszcie – piórem J.zefa Gacka (to prokurator, który zasłynął próbą wyrwania laptopa Sylwestrowi Latkowskiemu w redakcji „Wprost”) – napisać 400-stronicowe umorzenie postępowania, w którym obficie opisano nieprawidłowości, jakich dopuścili się urzędnicy gabinetu Tuska, lecz zdecydowano się ich nie ścigać, bo… nie przewidywali, że ich zaniedbania mogą doprowadzić do katastrofy.
Ten błąd po części naprawiono całkiem niedawno, gdy w wyniku złożenia przez rodziny ofiar subsydiarnego aktu oskarżenia przeciwko urzędnikom z KPRM warszawski sąd skazał m.in. Tomasza Arabskiego (na karę w zawieszeniu, które minie w czerwcu). Wyrok dotyczył win, których nie dopatrzyła się prokuratura nadzorowana przez Andrzeja Seremeta.
Dlaczego to przypominamy? Bo takich – mniej i bardziej szczegółowych – wątków jest mn.stwo, a tylko pamiętając o nich, możemy zrozumieć, jak przez pięć lat mataczono w tych sprawach, by ochronić wysokich urzędników, i jak nieodwracalne straty wyrządzono poszukiwaniu prawdy. Części z nich nigdy nie da się odrobić. Inne (badania fizykochemiczne, cyfrowe rekonstrukcje wraku) po latach są w naturalny sposób dużo bardziej żmudne.
Ale nie można się też dziwić zniecierpliwieniu bliskich i opinii publicznej. Bo trudno wytłumaczyć bezczynność prokuratury w wątkach już dawno zakończonych oraz olbrzymi chaos, którego generowanie do mistrzostwa opanowała podkomisja. Czas wyciągnąć wnioski.
= = = = = = = = =
W cyklu „Ważne archiwa SIECI” przypominamy Państwu najważniejsze publikacje naszych autorów. Co tydzień, w weekendy czytelnicy portalu wPolityce.pl, którzy przystąpią do „Sieci Przyjaciół” (można to zrobić ==> TUTAJ) dostaną porcję dobrej publicystyki, reportażu, ważnych opinii.
