Pułk bez winy. Skromne konsekwencje po tragedii smoleńskiejPułk bez winy. "Konsekwencje prawne, jakie wyciągnięto po tragedii smoleńskiej, są nader skromne"

Trwają także inne postępowania „okołosmoleńskie”, m.in. dotyczące tzw. zdrady dyplomatycznej czy nieprawidłowości w Agencji Wywiadu.
Po dekadzie umorzono „okołosmoleńskie” śledztwo przeciwko dowódcom z 36. specpułku. To słuszna decyzja, która jeszcze wyraźniej pokazuje, że bezkarni pozostaną rzeczywiści decydenci odpowiadający za dramatyczną sytuację w tej jednostce wożącej najważniejsze osoby w państwie.
W sierpniu 2011 r. wojskowa prokuratura postawiła dwóm oficerom zarzuty niedopełnienia obowiązków – niezgodnego z przepisami wyznaczenia i przygotowania do lotu 10 kwietnia 2010 r. załogi Tu-154M. Była to konsekwencja opublikowania kilka tygodni wcześniej raportu końcowego rządowej komisji pod przewodnictwem Jerzego Millera, która winy w doprowadzeniu do katastrofy szukała przede wszystkim po stronie polskiej. Z dzisiejszej perspektywy wiemy doskonale, jak wiele kłamstw, przemilczeń i błędów zawierał ten dokument. Wiemy też, że zarzuty sformułowane przez prokuratorów w mundurach wobec lotników po dekadzie okazały się tylko próbą osłonięcia polityków, którzy ignorowali kwestie bezpieczeństwa lotów polskich VIP-ów.
Kulą w płot
Departament ds. Wojskowych Prokuratury Krajowej umorzył postępowanie 29 września. Tym samym oczyścił byłego dowódcę pułku płk. Ryszarda Raczyńskiego i byłego dowódcę eskadry lotniczej w jednostce ppłk. Bartosza Stroińskiego. To Stroiński był dowódcą załogi, w której na prawym fotelu siedział kpt. Protasiuk, gdy ten sam tupolew trzy dni przed tragiczną sobotą wiózł do Smoleńska delegację z premierem Tuskiem na czele. To również on uczestniczył w Moskwie w rozpoznawaniu głosów na nagraniu z czarnej skrzynki Tu-154M.
Zarzuty dotyczyły wyznaczenia załogi na feralny lot, w której mieli się znaleźć piloci bez aktualnych uprawnień i wymaganych przepisami szkoleń, jeden z nich miał zaś nie odpoczywać przed lotem z prezydentem wystarczająco długo.
Gdy 10 lat temu wojskowa prokuratura obarczyła winą pułkowników, na łamach „Naszego Dziennika” tak komentował to jeden z byłych pilotów pułku:
To jest tylko rzucenie w eter informacji, bo jeżeli nie ma konkretów, co można powiedzieć więcej. Może być tak jak z mjr. Markiem Miłoszem (pilotem oskarżonym po katastrofie śmigłowca Mi-8), czyli osiem lat w zawieszeniu. Będą ciągani na prawo, na lewo, a potem okaże się, że są niewinni
Lotnik miał rację. Tyle że wojskowi dowódcy musieli czekać aż dekadę, nim podejrzenie zostanie z nich zdjęte. Ostatecznie wszystkie zarzuty wobec nich rozsypały się w pył. Nie okazało się prawdą, że podejrzani wysłali załogę na misję w złych warunkach atmosferycznych, bo przed lotem nie było prognoz wskazujących na gwałtowne pogorszenie się pogody.
Wbrew twierdzeniom wojskowych prokuratorów trzech z czterech członków załogi miało wszelkie uprawnienia do pilotowania tupolewa, ewentualne nieprawidłowości występowały zaś tylko „na papierze”, a dokładnie w osobistych dziennikach lotników, które prowadził każdy pilot z pułku. Przed laty sporo słyszeliśmy o „fałszowaniu dzienniczków”. Z uzasadnienia umorzenia postępowania dowiadujemy się natomiast o tym, że nie istniały przepisy, jak te dzienniczki należy prowadzić! Niewpisanie do nich np. informacji o odbyciu lotu treningowego w warunkach ograniczonej widoczności wcale zaś nie oznaczało, że takie zdarzenie nie miało miejsca. Wielu świadków pracujących w specpułku zgodnie zeznało, że wielokrotnie odbywały się loty szkoleniowe, po których zdarzało się nieprecyzyjne uzupełnianie tabelek w dokumentach. Nagminne było również wpisywanie jako lotów szkoleniowych tych wykonywanych w ramach zapotrzebowania „z góry” (z wyjątkiem lotów VIP), o czym szerzej za chwilę.
Czy tak powinno być w elitarnym pułku? Nie. Ale też nie można powiedzieć, że ktokolwiek złamał tu prawo. Co więcej, wszystkie niedostatki występujące w jednostce wydają się mieć wspólny mianownik – to zaniedbania nadzorujących wojsko: cięcie kosztów i ignorowanie przez rząd, a zwłaszcza szefostwo resortu obrony, alarmów podnoszonych przez dowódców.
Oszczędzanie na paliwie
Śledczy przesłuchali kilkudziesięciu świadków. Ich relacje odsłaniają nieprawdopodobne wręcz igranie z bezpieczeństwem najważniejszych osób w państwie przez rządowych zwierzchników armii.
Fragment uzasadnienia umorzenia śledztwa o zeznaniach jednego z wojskowych:
Pułk posiadał tylko jeden etat nawigatora latającego o stopniu »chorąży« – młodszy nawigator, a powinien ich posiadać minimum 4, to jest po dwóch na każdy samolot, co wynikało z norm obsady personelu latającego w lotnictwie transportowym. Podkreślił, że nigdzie w kraju nie było instytucji, która zajmowałaby się ich szkoleniem, zaś obowiązujące przepisy nie wskazywały dokładnie, jak szkolić nawigatorów. Nie było możliwości szkolenia ich za granicą, gdyż nie było na to pieniędzy
Kolejny żołnierz zeznał, że „pomimo składania wniosków nie było pieniędzy na szkolenia symulatorowe za granicą. Podał również, że zdarzały się przypadki, iż paliwo przeznaczone na szkolenie lotnicze było w rzeczywistości wykorzystywane do lotów dyspozycyjnych”.
Większość przesłuchiwanych skarżyła się, że w pułku wykonywano zbyt dużo lotów dyspozycyjnych (na zamówienie polityków), by móc odbywać wszystkie szkolenia. Co więcej, wielokrotnie nie dotrzymywano wymaganego terminu zamówień – z trzydniowym wyprzedzeniem. Szczególnie istotne w tym zakresie wydają się zeznania urzędników z KPRM, którzy potwierdzili, że „z przyczyn od nich niezależnych zdarzały się sytuacje, że zamówienia na loty składane były na kilka godzin przed planowanym wylotem. Dotyczyło to zwłaszcza weekendowych wylotów Prezesa Rady Ministrów do jego miejsca zamieszkania w Gdańsku. Zgodnie z Instrukcją HEAD były wówczas zabezpieczane dwa samoloty, podstawowy i zapasowy, a zabezpieczenie obejmowało okres od piątku do poniedziałku”. Dezorganizowało to zaplanowane loty szkoleniowe i jeszcze bardziej ograniczało możliwości manewrów z obsadą załóg.
Osobną kwestią jest „zabieranie” z pułku przez Donalda Tuska (znanego orędownika taniego państwa) na każdy weekend dwóch samolotów i dwóch załóg, zważywszy, że nawet w czasie oficjalnej delegacji do Katynia w 70. rocznicę zbrodni NKWD prezydent zapasowego samolotu nie miał.
Gen. dyw. Anatol Czaban (od lipca 2010 r. szef szkolenia w Siłach Powietrznych) podkreślił przed obliczem prokuratora, że „duża liczba wykonywanych lotów dyspozycyjnych w 36 splt i mała dostępność samolotów uniemożliwiała wyszkolenie nowych załóg w 2009 r.”. Oficer ten wyjawił również powód zaniechania w 2007 r. szkoleń pilotów na symulatorach Tu-154M:
wybranie najtańszego wykonawcy remontów tych samolotów, który nie posiadał na swoim wyposażeniu symulatora
Co ciekawe, o tych wszystkich kłopotach w pułku – kadrowych, finansowych, szkoleniowych – rzekomo nie miał zielonego pojęcia gen. Lech Majewski, w latach 2007–2010 asystent szefa Sztabu Generalnego WP ds. Sił Powietrznych, a po katastrofie szef Sił Powietrznych. Zeznając przed prokuratorem, nie wiedział nawet, dlaczego przestano szkolić pilotów na symulatorach, choć był najwyższym rangą wojskowym nadzorującym wówczas SP.
Kolejni dwaj generałowie – Henryk Dziewiątka i Marek Tomaszycki wskazali, że za niskie limity paliwowe przeznaczone na szkolenie w Siłach Powietrznych w 2009 r. wynikały z obcięcia budżetu MON o 5 mld zł.
[…] wprowadzone ograniczenia nie dawały możliwości wykonania chociażby minimalnego nalotu pilotom. Problem ten miał być wielokrotnie omawiany na różnych odprawach […] Kwestię tę miał osobiście podnosić m.in. gen. Andrzej Błasik, wskazując na następującą degradację w procesach szkoleniowych i wyszkolenia pilotów. O fakcie tym był informowany również Minister Obrony Narodowej
– odnotował prokurator.
Pułk funkcjonował więc w skrajnie trudnych warunkach i ledwo wywiązywał się ze swoich zadań. Ale robił to. Czy sytuacja w jednostce mogła mieć wpływ na zaistnienie katastrofy? Nic na to nie wskazuje, bo zarówno przed lotem, jak i w jego trakcie wojskowi dobrze wypełnili swoje obowiązki.
Spiski w „Polityce”
Przed dwoma tygodniami o umorzeniu śledztwa wobec pułkowników Raczyńskiego i Stroińskiego kuriozalny tekst opublikowała „Polityka”, która dowodziła m.in., że drugi z wymienionych to człowiek bliski PiS, bo… konsultował kwestie lotnicze przy powstawaniu filmu „Smoleńsk” Antoniego Krauzego.
„Pisowscy” mają być też – według tropiącej spisek „Polityki” – biegli, którzy wydali opinię w tym postępowaniu: płk Krzysztof Szymaniec i płk Mieczysław Gaudyn. Kariera tego pierwszego miała rzekomo „rozkwitnąć za rządów PiS”, bo w 2019 r. został szefem bazy lotniczej w Powidzu. Tyle że oficer ten już od kilkunastu lat systematycznie awansował, właśnie w tej jednostce, pełniąc w czasie rządów PO kolejno funkcje: szefa szkolenia, zastępcy dowódcy eskadry, dowódcy eskadry i dowódcy grupy. Drugi zaś dowódcą bazy w Powidzu został w… 2014 r., gdy rządziła zupełnie inna partia niż PiS.
Postkomunistyczny tygodnik przekonuje swoich czytelników, że śledztwo „zmierzało do zakończenia i postawienia obu pułkowników przed sądem”. Skąd taka ocena? Ze zbyt nabożnego podejścia do opinii biegłych powołanych przez prokuraturę wojskową – byłych pilotów Ryszarda Michałowskiego i Roberta Latkowskiego. Ten ostatni stał się szerzej znany po katastrofie dzięki licznym występom medialnym, gdy na głównego winowajcę tragedii próbował kreować gen. Błasika. Zaznaczmy jedynie, że ci „eksperci” uznali, iż doświadczenie kpt. Protasiuka jako dowódcy tupolewa było „niewielkie”, choć w rzeczywistości był to najbardziej doświadczony pilot tej maszyny w całym pułku, w sposób „imponujący” ( jak zeznali jego przełożeni) znający tę maszynę.
O opiniach Latkowskiego i Michałowskiego (ten ostatni kolejną stworzył samodzielnie) śledczy napisali w uzasadnieniu umorzenia:
zawierała niedopuszczalne przy opiniowaniu sformułowania wskazujące na popełnienie przestępstw, takich jak fałszowanie dokumentacji czy też prowadzenia egzaminów, co jednak nie znalazło procesowego odzwierciedlenia w zgromadzonych dowodach
i dalej:
biegły nie uwzględnił treści zeznań świadków, polegał jedynie na dowodach z dokumentów, przez co nie sposób uznać jego opinii jako kompletnej i pełnej
Biegli ci zarzucali m.in., że kpt. Protasiuk nie wykonywał systematycznych lotów treningowych z imitacją jednego niepracującego silnika, podczas gdy od września 2009 r. takie loty były w Siłach Powietrznych zabronione jako niebezpieczne.
„Polityka” odnotowuje co prawda ujawnione w śledztwie skandaliczne zaniedbania resortu obrony kierowanego przez Bogdana Klicha, lecz tłumaczy je niczym rzecznik rządu Tuska: przecież był to skutek kryzysu finansowego z 2008 r.
Gazeta nie zastanawia się, dlaczego przez ponad cztery lata wojskowa prokuratura nie złożyła w sądzie aktu oskarżenia przeciwko dowódcom z pułku (a nie zrobiła tego z prostej przyczyny – braku dowodów). Nie wspomina też o tym, że Dowództwo Sił Powietrznych meldowało przełożonym o trudnej sytuacji kadrowej, sprzętowej i szkoleniowej w jednostce. Nie znajdziemy w artykule również nic o lekceważeniu przez rząd PO-PSL zakupu nowych samolotów dla VIP-ów ani np. o groteskowym skierowaniu przez MON w 2009 r. na szkolenie do Szwajcarii na okres dwóch miesięcy (w trzech turach) grupy pilotów (spośród, przypomnijmy, nielicznej kadry), którzy na co dzień wykonywali loty na samolotach Jak-40 i Tu-154M celem ich przeszkolenia na samoloty Embraer, w które miał zostać wyposażony 36. pułk. Na szkolenie wydano 2 mln zł, a z dzierżawy samolotów zrezygnowano.
Dodajmy, że wszystkie nieprawidłowości polegające na niedopełnieniu obowiązków bądź przekroczeniu uprawnień przez urzędników rządowych w związku z katastrofą przedawniły się najpóźniej w 2015 r. Skoro więc prokuratura do tego czasu nie postawiła nikomu zarzutów, winowajcy już do końca życia mogą spać spokojnie.
Temida niemal bezrobotna
Konsekwencje prawne, jakie wyciągnięto po tragedii smoleńskiej, są nader skromne. Skazano (w zawieszeniu) byłego wiceszefa BOR Pawła Bielawnego (de facto za drobne uchybienia w dokumentacji dotyczącej przygotowania wizyt), oszczędzając jego przełożonego Mariana Janickiego, który odpowiadał za rażące zaniedbania w Biurze Ochrony Rządu ujawnione po tragedii – m.in. zgodę na lot samolotu z prezydentem na lotnisko przygodne, niesprawdzenie przez funkcjonariuszy tego lotniska czy obniżenie stopnia zabezpieczenia wizyty prezydenta.
Prawomocny wyrok (10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata) usłyszał także Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera Tuska, który jako koordynator lotów VIP nie dopełnił wielu obowiązków i m.in. pozwolił na wysłanie samolotów o statusie HEAD na nieczynne lotnisko, czym działał na szkodę państwa oraz interesu publicznego (w tym procesie skazana została także inna urzędniczka z KPRM). To rodziny ofiar w 2016 r. złożyły tzw. subsydiarny akt oskarżenia i postawiły Arabskiego przed sądem. Organy państwa, a dokładnie Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga do 2014 r. trzykrotnie umarzała postępowanie w sprawie urzędników cywilnych odpowiedzialnych za nieprawidłowości przed katastrofą.
Wciąż toczy się główne śledztwo dotyczące przyczyn katastrofy, prowadzone przez Prokuraturę Krajową. Rozpoczęte niejako od nowa w 2016 r. na szeroką międzynarodową skalę powoli zbliża się do końca. Jak informowaliśmy w październiku, na ukończeniu są już prace biegłych – zagranicznych ekspertów, wybitnych specjalistów w badaniu katastrof lotniczych, przygotowujących interdyscyplinarną opinię dla prokuratorów.
Trwają także inne postępowania „okołosmoleńskie”, m.in. dotyczące tzw. zdrady dyplomatycznej czy nieprawidłowości w Agencji Wywiadu.
Artykuł z 47/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
