Pyza i Wikło w "Sieci": Bez końcaPyza i Wikło w "Sieci": Bez końca. "Widać wyraźnie, że raport końcowy... niczego nie kończy"

Nad Smoleńskiem samolot został wysadzony w powietrze – powiedział Antoni Macierewicz podczas tegorocznego „Przystanku Niepodległość”. Pokazał wiele zdjęć, które mają być zawarte w raporcie.
Czy raport końcowy podkomisji wyjaśnia wszystkie okoliczności tego, co stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.? Nie. Lecz jest okazją, by na nowo przyjrzeć się naszej narodowej tragedii i poważnie o niej porozmawiać. To również twardy orzech do zgryzienia dla polskiego rządu – czy daleko idące ustalenia dokumentu przełożą się na decyzje polityczne o znaczeniu międzynarodowym?
Według tego, co mówi Antoni Macierewicz, raport końcowy podkomisji smoleńskiej liczy 308 stron. Załączniki do niego – aż 5 tys. stron. To efekt pięciu lat ciężkiej pracy osób, które poświęciły często swoje kariery i narażały się na niesprawiedliwe ataki oraz niezrozumiały ostracyzm środowiska nazywającego się naukowym. Z ulgą należy przyjąć to, że do przeszłości przechodzi haniebny dla państwa polskiego czas, gdy jedynym oficjalnym i obowiązującym podsumowaniem tragedii był raport komisji Jerzego Millera. Pełen błędów, przeinaczeń, robiony prawie bez badań, bez woli wyjaśnienia sprawy, ale za to z ostrożnością, by „nie wyszło tak, że wszystkiemu winni są Rosjanie”. W zasadniczych sprawach tożsamy z ustaleniami, które w Moskwie podpisali członkowie kierowanego przez gen. Tatianę Anodinę Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK).
Najważniejsze jest to, że komisja przyjęła raport w sposób ostateczny, że stwierdziła jednoznacznie przyczyny dramatu smoleńskiego. Bo to był i jest główny cel tego badania
– powiedział Antoni Macierewicz w Polanicy-Zdroju podczas dwugodzinnej prelekcji zatytułowanej „Prawda o Smoleńsku polską racją stanu. Prezentacja raportu”. Czy to oznacza, że komisja kończy pracę? Nie.
Zakres tego, co się stało, jest tak gigantyczny, że będą jeszcze dziesiątki, jeśli nie setki analiz, badań, interpretacji, poszukiwań
– mówił przewodniczący. Dodał także, że „komisja powinna trwać, by móc odpowiadać na zarzuty i tę falę nienawiści, która lada chwila się rozpocznie”.
Kiedy więc raport zostanie udostępniony opinii publicznej? Antoni Macierewicz tę decyzję pozostawił sobie, ale zadeklarował, że chce, by stało się to jak najszybciej, gdy tylko zapoznają się z nim rodziny ofiar. Zaproszono je na spotkanie w siedzibie podkomisji w Warszawie na poniedziałek 13 września.
Dowody na wybuch
Słowa, jakie wypowiadamy, są bardzo ważne. Nie było żadnej katastrofy pod Smoleńskiem. Była katastrofa nad Smoleńskiem. (…) Nie ma znaku zapytania, co się stało nad Smoleńskiem. Nad Smoleńskiem samolot został wysadzony w powietrze
– powiedział Antoni Macierewicz podczas tegorocznego „Przystanku Niepodległość”. Pokazał wiele zdjęć, które mają być zawarte w raporcie. Widnieją na nich tzw. loki powybuchowe, charakterystycznie wywinięte elementy zniszczonego poszycia tupolewa. – Te loki są jak podpis – mówił przewodniczący, według którego nie mogły one powstać po upadku samolotu na grząską ziemię, a były efektem dużej siły odśrodkowej. Z przekonaniem graniczącym z pewnością można więc mówić tutaj o wybuchu lub wybuchach. Komisja analizując zniszczenia (tylko na podstawie fotografii, bo wrak leży w hangarze w Rosji), wskazała miejsca – lewe skrzydło i centropłat – gdzie miało dojść do eksplozji. Co najmniej dwóch, eksperci nie wykluczają, że mogło być ich więcej.
Według przewodniczącego jest więcej dowodów na to, że samolot został zniszczony przy użyciu materiałów wybuchowych. Spora część raportu ma być poświęcona ustaleniom zagranicznych laboratoriów badających szczątki wraku oraz ziemię ze Smoleńska na zlecenie prokuratury. Jako pierwsi napisaliśmy o tym w tygodniku „Sieci”. Najpierw w maju 2019 r. ujawniliśmy, że w Forensic Explosives Laboratory w Kent, podległej brytyjskiemu ministerstwu obrony jednostce specjalizującej się w badaniach kryminalistycznych związanych z materiałami wybuchowymi, odkryto trotyl „na zdecydowanej większości z 200 próbek przekazanych przez Prokuraturę Krajową”. Potem, w kwietniu 2021 r., pisaliśmy, że włoskie Laboratorium Kryminalistyczne Korpusu Karabinierów, do którego przesłano próbki do badań, wykryło na nich materiały wybuchowe. Ekspertom przekazano do analizy ślady zabezpieczone podczas sekcji zwłok i pochodzące z foteli polskiego tupolewa. Po badaniach w Rzymie wiadomo, że są na nich ślady trotylu oraz RDX (heksogenu).
Nowym elementem, dopełniającym tezę o wybuchu, ma być nagrany na jednym z rejestratorów dźwięk eksplozji. Eksperci pracowali tutaj niejako od tyłu. Wiedząc, jaki jest rozrzut szczątków samolotu, założyli, że detonacja musiała nastąpić ok. 100 m przed słynną brzozą na działce Nikołaja Bodina (do niej jeszcze wrócimy). Szukali więc jakiegoś odgłosu na nagraniu rejestratora w ściśle określonym miejscu. I znaleźli – jak twierdzi Macierewicz – coś, co po badaniach określono jako dźwięk nieporównywalny z niczym poza wybuchem.
Remont i polityka
Jak wynika z omówienia raportu, ma być on bardzo szeroki. Dotykać zarówno kwestii technicznych – „mechanicznych przyczyn katastrofy” – ale także zdarzeń, które ją poprzedzały. Zapewne w raporcie będzie o tym więcej, na razie przewodniczący nakreślił tylko, że kluczowy dla tragedii miał być remont samolotu w certyfikowanych przez MAK rosyjskich zakładach Aviakor w Samarze.
Służby polskie oceniły, czy można to robić, czy nie. I przyszedł raport od człowieka z polskiego wywiadu pracującego w Moskwie – przypadkiem oczywiście jest, że był to dawny żołnierz WSI – i on powiedział, że Aviakor to znakomita firma, że daje gwarancję, że remont zostanie wykonany w najlepszy możliwy sposób
– relacjonował Macierewicz. Ówczesny szef MON Bogdan Klich przychylił się do tej opinii, mimo że do przetargu na remont stawała także m.in. polska firma Bumar (utrzymująca wcześniej sprawność techniczną polskich rządowych tupolewów). Podnosi tę kwestię w piśmie z 26 maja 2009 r. (ma się ono znaleźć wśród licznych załączników do raportu) minister skarbu Aleksander Grad, który do szefa MON pisze o „nieoczekiwanym zamknięciu procedury przetargowej” i nowych warunkach zamówienia wykluczających de facto polski zakład. Grad wprost ostrzega, że związanie się umową remontową z Aviakorem może stanowić „poważne zagrożenie bezpieczeństwa lotów najważniejszych osób w naszym państwie”.
Raport skupia się także na odpowiedzialności politycznej osób, które w sposób pośredni miały się przyczynić do katastrofy. Była więc mowa m.in. o postanowieniu szefa MON Bogdana Klicha, który wycofał się z decyzji swojego poprzednika Aleksandra Szczygły i zaniechał kupna nowych samolotów dla najważniejszych osób w państwie. Ale przede wszystkim Antoni Macierewicz zwraca uwagę na kontekst geopolityczny i utopijny plan Donalda Tuska, który prowadził niezrozumiałą politykę zbliżenia z Rosją, zarówno na polu politycznym, kulturalnym, wojskowym, jak i gospodarczym, czego efektem były katastrofalne „negocjacje” kontraktu z Gazpromem na dostawy błękitnego paliwa. Prezydent Lech Kaczyński stanowczo się temu sprzeciwiał, wiedział dobrze, że nie będziemy mieli nigdy przyjaciela na Kremlu i często dawał temu wyraz, również publicznie.
Premier Rzeczypospolitej Polskiej Donald Tusk i premier Federacji Rosyjskiej Władimir Putin byli więc wyjątkowo zgodni w jednym – kwietniowe wizyty w Katyniu należało za wszelką cenę rozdzielić. Ta z szefem rządu miała być oficjalna, z pełnym zabezpieczeniem, a prezydencka delegacja została zlekceważona na każdym poziomie. Przynajmniej w Polsce.
Ciekawe, czy w raporcie – skoro ma być tak obszerny – znajdzie się passus o roli mediów w wytwarzaniu informacyjnej mgły po katastrofie, gdy wszyscy przeżywaliśmy psychiczny wstrząs i rozpaczliwie szukaliśmy jakiegokolwiek wyjaśnienia dla tego, co się stało. Antoni Macierewicz zwrócił uwagę podczas wystąpienia w Polanicy, że już 10 kwietnia zaczęła się akcja wtłaczania do świadomości Polaków pewnych kotwic myślowych: brzoza jako jedyna przyczyna katastrofy, błąd polskich pilotów, pijany generał w kokpicie, naciskający na lądowanie w złych warunkach prezydent.
W pierwszych minutach po tragedii mogliście to usłyszeć z telewizji. (…) Kłamstwo smoleńskie zostało w ten sposób uformowane, by wejść głęboko w nasze umysły, wtedy tak straszliwie poruszone
– przypomniał przewodniczący.
W prezentacji Antoni Macierewicz wielokrotnie posługiwał się językiem dosadnym, który nie pozostawiał marginesu. Słyszeliśmy o ustaleniach „definitywnych” i „ostatecznych”, o wnioskach „bezapelacyjnych” i dowodach „niepodważalnych”. Dopóki raport nie zostanie opublikowany, nie można takich opowieści traktować inaczej niż jak dość barwnej publicystyki, z tego samego powodu trudno też z nią polemizować.
Raport w bólach
Dziś można tylko żałować, że podkomisja nie czekała z ogłaszaniem swoich ustaleń do sporządzenia raportu końcowego. Gdybyśmy nie mieli w 2018 r. publikacji „Raportu technicznego” (kilku członków podkomisji odmówiło jego podpisania), w 2020 r. „raportu końcowego w wersji filmowej”, a w międzyczasie licznych wystąpień, w czasie których wygłaszano wiele „ostatecznych” tez, nie pokazując potwierdzającego je materiału dowodowego, dziś inny byłby odbiór dokumentu podsumowującego pięć lat badań.
Usłyszymy zapewne, że nie ma w nim „nic nowego”, że wszystko już Macierewicz głosił. Teraz jednak dużo większa będzie waga ustaleń i tez stawianych przez przewodniczącego – to oficjalne stanowisko państwa polskiego, do czego za chwilę wrócimy.
Warto jednak zadać pytanie, czy wszyscy eksperci powołani przez Macierewicza podpisują się pod treścią raportu. Otóż nie. Co ciekawe, nie wszyscy zostali skutecznie poinformowani o posiedzeniu, niektórzy otrzymali raport do zapoznania się 11 sierpnia (z pośrednictwem kuriera żołnierza), inni – drogą elektroniczną (choć przez długi czas przewodniczący tłumaczył niepublikowanie raportu niemożnością zebrania na miejscu wszystkich członków podkomisji z uwagi na pandemię), jeszcze inni do chwili zamknięcia tego numeru „Sieci” nie mieli żadnego sygnału, że istnieje raport końcowy.
Część członków podkomisji zapowiedziała złożenie zdań odrębnych.
Jedno już zostało złożone. Podpisało się pod nim czworo członków Zespołu Lotniczo-Nawigacyjnego (ZLN). Dokument (zawierający wraz z załącznikami kilkaset stron) z końcem sierpnia przekazano – zgodnie z procedurami – do Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów w Poznaniu oraz Ministerstwa Obrony Narodowej. Była to jedyna możliwość, aby pięcioletnia praca nie poszła na marne. Wiosną przewodniczący usunął bowiem ze składu podkomisji kmdr. Wiesława Chrzanowskiego oraz Marka Dąbrowskiego (pozostali członkami Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego – w ich sprawie decyzje podejmuje szef MON). Kmdr Kazimierz Grono w geście solidarności z nimi zrezygnował sam. Jedynym członkiem Zespołu Lotniczo-Nawigacyjnego w podkomisji pozostała zatem prof. Anna Gruszczyńska-Ziółkowska (dla porządku zaznaczmy, że zastrzegła ona, iż pod kilkoma stwierdzeniami ze zdania odrębnego jeszcze nie może się podpisać).
Protokół rozbieżności
Zdanie odrębne ZLN jest publicznie dostępne w internecie, każdy może się z nim zapoznać. Obszerniej piszemy o nim na portalu wPolityce.pl. Warto jednak odnotować, czego dotyczą rozbieżności.
Przede wszystkim metodologii pracy i zaniechania wielu badań. Członkowie zespołu skłaniają się ku tezie, że „bezpośrednią, techniczną przyczyną katastrofy” mogła być niesprawność układu sterowania, „co skutkowało opóźnieniem w odejściu samolotu na drugi krąg”. Aby to udowodnić (bądź wyeliminować), chcieli przeprowadzić eksperymenty na innym Tu-154. Poczynili starania, by za niewielką kwotę kupić taką maszynę za granicą. Choć było blisko finalizacji umów, przewodniczący je zablokował.
Nie wykluczają wybuchu w Smoleńsku. Jak jednak zaznaczają, na wystąpienie eksplozji na wrakowisku istnieją „zupełnie inne, poważne przesłanki” niż wskazywane przez podkomisję. W jednym z załączników wymieniają 14 negatywnie zweryfikowanych hipotez (autorstwa zarówno MAK, komisji Millera, wojskowej prokuratury, jak i podkomisji). W tym tę o wysokiej trajektorii lotu – według podkomisji samolot nawet nie zderzył się z brzozą.
Wśród wymagających zbadania kwestii zaś wyliczają m.in. te niewyjaśnione – ich zdaniem – aktualnym stanem materiału dowodowego:
nietypowy, donośny głuchy odgłos, gdy Tu-154M znajdował się w okolicy bliższej radiolatarni; aktywność 18 telefonów komórkowych, z których w katastroficznej fazie lotu udało się nawiązać dwa połączenia; efekty działania bardzo dużych przyspieszeń na niektóre ofiary; wystąpienie podwyższonego poziomu tlenku węgla w przebadanych ciałach ofiar; znalezienie się kilkunastu poparzonych ciał ofiar poza strefami pożarów na wrakowisku
Czy raport wytłumaczy te zjawiska?
I jak mógł zostać podpisany, skoro nie zakończyły się kluczowe (jak wielokrotnie podkreślał sam przewodniczący) niezwykle kosztowne badania instytutu NIAR w USA? Chodzi o komputerowe symulacje zachowania samolotu w przypadku „zwykłej” katastrofy i przy założeniu, że doszło do eksplozji. Co więcej, te analizy nie zostaną już chyba dokończone, bo współpraca z NIAR została przez Macierewicza zerwana (pisał o tym na łamach „Sieci” Glenn Jorgensen, również wyrzucony z podkomisji).
Rodziny zawiedzione
To niejedyne rozdźwięki wśród tych, którzy w latach 2010–2015 głośno protestowali przeciw skandalicznemu potraktowaniu badania katastrofy przez rząd PO-PSL. Mocno zawiedziona jest też część rodzin ofiar.
Zostałem potraktowany jak szczeniak i oszukany. Pamiętam obietnicę Antoniego Macierewicza, że jak tylko będzie zatwierdzony raport końcowy, to rodziny dowiedzą się o tym w pierwszej kolejności. A pierwsi dowiedzieli się mieszkańcy Polanicy-Zdroju i widzowie TV Republika
– mówi nam Janusz Walentynowicz, syn „Anny Solidarność”. Na spotkanie w podkomisji się nie wybiera:
Nie będę jeździł tam, gdzie mnie nie chcą. Nieoficjalnie dowiedziałem się, że zaproszenie zostało wystosowane po bardzo krytycznym wystąpieniu Madzi Merty.
Inne rodziny potwierdzają nam, że SMS z informacją o spotkaniu dostały późnym wieczorem 7 września, „jak gdyby ktoś sobie o nich przypomniał w ostatniej chwili”.
Nie każdy mieszka w Warszawie, niektórym trudno jest w ciągu kilku dni przestawić wszystko i jechać do podkomisji. Od 10 sierpnia minęło sporo czasu, można nas było zawiadomić wcześniej
– słyszymy od jednej z wdów.
Jednak nie tylko o potraktowanie rodzin chodzi.
Nie podoba mi się sposób prowadzenia tego postępowania. Jestem w posiadaniu zdania odrębnego, w którym wykazano kuriozalne wręcz rzeczy dziejące się w podkomisji: przerywanie fundamentalnych badań, odmowa zakupu samolotu do eksperymentów, to zupełnie niezrozumiałe decyzje
– dodaje Walentynowicz.
Grzechem pierworodnym tej podkomisji był brak osoby, która byłaby autorytetem naukowym dla tych wszystkich frakcji. Ponadto osoba dowodząca komisją nie jest najlepsza w zarządzaniu grupą. I na pewno nie pomogła sprawie ta biegunka cząstkowych raportów
– słyszymy od Grzegorza Januszki, ojca śp. Natalii, stewardesy z 36 specpułku. On jednak na spotkanie podkomisji z rodzinami się wybiera:
Zakładam, że będzie ostatnim, skoro w końcu mamy raport końcowy. Chciałbym się dowiedzieć, co dalej, jakie będą konsekwencje tego dokumentu. W kwietniu Czesi wyrzucili 18 rosyjskich dyplomatów, gdy okazało się, że za wybuchami składów amunicji w 2014 r. stało GRU. A jaka będzie nasza reakcja?
Piłka po stronie rządu
Rozgoryczeniu rodzin trudno się dziwić. Od 11 lat domagają się tylko jednego – odpowiedzi na pytania: dlaczego zginęli ich bliscy i kto jest za to odpowiedzialny? Musiały się mierzyć z państwem, które nie zapobiegło śmierci ich ukochanych i być może zaprzepaściło szansę wyjaśnienia tej tragedii.
W 2016 r. ich nadzieje odżyły, ale z biegiem lat ponownie gasły. Widzieli niemoc i ślamazarność prokuratury (żadne postępowanie nie zostało jeszcze zakończone) i wewnętrzne spory w podkomisji. Odsłaniano kolejne miejsca pamięci, lecz teorie związane z katastrofą tylko się mnożyły. Na to wszystko nakładały się skandaliczne zaniedbania i decyzje rządu Donalda Tuska, który wyjaśnienie dramatu scedował na Rosjan.
Czy raport końcowy podkomisji może się stać przełomem w tej sprawie? Gołym okiem widać, że będzie o to trudno, skoro nawet wśród wąskiej grupy osób zajmującej się badaniem nie ma jednomyślności.
Wiele zależy też od tego, jak raport zostanie przyjęty na arenie międzynarodowej przez badaczy katastrof. Czy zarzucane błędy nie wpłyną na jego wiarygodność? Kluczowe będzie również zachowanie polskich władz. Co zrobi premier oraz szefowie MON i MSZ? Czy wystąpią z jakimiś żądaniami do Rosji? Czy wniosą skargi np. do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka lub Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości? Może do raportu odniesie się prezydent?
Cały czas toczą się jeszcze postępowania w prokuraturze, z których to główne – w założeniu – wskaże winnych katastrofy i doprowadzi do postawienia ich przed sądem. Ma potrwać jeszcze co najmniej dwa lata.
Nie chce też zamykać pracy sama podkomisja. Widać więc wyraźnie, że raport końcowy… niczego nie kończy.
Artykuł z 37/2021 numery tygodnika „Sieci”.
