Zielińska Głównym Konserwatorem Przyrody. Będzie zabawa!W nagrodę za to, że nie zna się właściwie na niczym, Tusk powołał Zielińską na Głównego Konserwatora Przyrody. Będzie zabawa!
Wszystko wskazuje na to, że Zielińska to ulubienica premiera Tuska, skoro razem z jej partyjką przyjął ją do Koalicji Obywatelskiej i obdarowywał pochwałami oraz posadami.
Na stanowisko Głównego Konserwatora Przyrody premier Donald Tusk powołał Urszulę Zielińską, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska. Akt powołania wręczyła pani Urszuli Sarze minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska. Od 22 grudnia 2023 r. Urszula Zielińska odpowiada w ministerstwie klimatu między innymi za strategię energetyczno-klimatyczną, adaptację do zmian klimatycznych oraz odnawialne źródła energii. Na stanowisku Głównego Konserwatora Przyrody zastąpiła Mikołaja Dorożałę, który tym się wybitnie wyróżniał, że tak jak Hennig-Kloska pochodził z Gniezna.
Ministerstwo klimatu i środowiska zasłynęło po 13 grudnia 2023 r. tym, że tam wszyscy urwali się z choinki, także w środku lata. I tam prawdziwą gwiazdą jest „zielona” Urszula Sara Zielińska, której kompetencje leżą na dnie Rowu Mariańskiego. Wydaje się, że to ulubienica premiera Donalda Tuska, skoro razem z jej partyjką przyjął ją do Koalicji Obywatelskiej i obdarowywał pochwałami oraz posadami. Urszula Sara Zielińska to postać wybitnie nawiedzona, gdy chodzi o misję wyzwalania przyrody. Na takich samych zasadach jak komuniści wyzwalali kiedyś proletariat. Czasy są takie, że przyroda zastąpiła proletariat jako podmiot dziejów. W efekcie wyzwalanie przyrody nie zna granic, a przynajmniej nie zna ich Urszula Sara Zielińska. I wyzwala. Jeśli nie przyrodę, to przynajmniej siebie wyzwala od jakichkolwiek związków z logiką, sensem i kompetencjami.
Pani Urszula pokazała swoje kompetencje debiutując 16 stycznia 2024 r. w Brukseli. Przed rozpoczęciem posiedzenia unijnej Rady ds. Środowiska (obrad ministrów środowiska państw członkowskich) powiedziała dziennikarzom, że „absolutnie musimy przyjąć ambitne cele, a także przyjąć cel redukcji emisji o 90 proc.”. „Jedno jest absolutnie pewne – perorowała - musimy przyspieszyć. Nie możemy tak dalej działać ani w Europie, ani w reszcie świata. Europa może liczyć na Polskę, aby wzmocnić wysiłki w tym zakresie. Zrobimy wszystko, aby osiągnąć ten cel”. Pani Urszula wyrwała się jak Filip z konopi, bo zalecenie premiera dla ministrów było takie, żeby w pierwszych tygodniach funkcjonowania rządu nie wygłupiać się i nie kompromitować, mimo że wielu ludzi z jego rządu przebierało nogami, żeby wygrać konkurs na głupie i głupsze wypowiedzi. Dlatego panią Urszulę skrytykowała jej wielce niekompetentna szefowa, Paulina Hennig-Kloska: „Stanowisko pani minister Urszuli Zielińskiej nie jest oficjalnym stanowiskiem rządu polskiego, a jak rozumiem, taką deklaracją otwartości w negocjacjach”. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, prezes PSL, skorzystał z okazji, żeby wskazać kogoś, na czyim tle jego ministrowie nie wyglądają beznadziejnie: „Nie ma takiego stanowiska rządu, nie będzie na to zgody nie tylko PSL, ale wszystkich ugrupowań tworzących koalicję”.
W czerwcu 2026 r., gdy w Szczecinie i okolicach Odry pojawiły się kolejne doniesienia o masowo śniętych rybach, podczas konferencji prasowej Urszula Sara fizycznie unikała odpowiedzi i uciekała przed dziennikarzami zadającymi konkretne pytania o stan rzeki. W październiku 2024 r., komentując skutki katastrofalnej powodzi, wyzwolicielka przyrody zszokowała opinię publiczną stwierdzeniem: „Na pewno będziemy namawiać tych mieszkańców, którzy już po raz enty byli zalewani, żeby nie wracali do tych miejsc”. Słowa te odebrano jako bezduszne, oderwane od rzeczywistości i uderzające w ludzi, którzy stracili dorobek całego życia.
We wrześniu 2025 r. Urszula Sara Zielińska stała się obiektem kpin w mediach społecznościowych po tym, jak zapytana o konkretne i techniczne plany rządu na recykling zużytych turbin wiatrowych, odpowiedziała używając sformułowań typu „ja wiem, że z tego co wiem…”. Jej odpowiedź brzmiała jak wypowiedź nieprzygotowanego ucznia przy tablicy, obnażając brak merytorycznych podstaw do nadzorowania transformacji energetycznej.
Kiedy Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera, zadeklarował, że zdemontuje z dachu swojego domu panele fotowoltaiczne, wyzwolicielka przyrody stwierdziła, że prof. Czarnek ma na dachu instalacje o mocy 5MW i powinien zwrócić dotację do niej. Tyle że, aby zamontować panele o mocy 5 MW potrzeba dachu o powierzchni 8-10 ha, czyli 80-100 tys. m kw. A 5 MW mocy zużywa średnia fabryka, duży kompleks biurowy lub ponad 1000 domów jednorodzinnych. Zwykle na dachach montuje się instalację o powierzchni 25-35 m kw. i ona daje moc 3,5-5 kW.
24 lipca 2024 r. pani Urszula Sara udzieliła wywiadu radiowej Jedynce, gdzie rozprawiła się z transportem rzecznym. Mówiła o nim: „To były takie miraże z piasku. Dlatego, że transport rzeczny jest dzisiaj kompletnie nieopłacalny. Są inne i de facto wykorzystywane środki transportu szynowego czy drogowego. I z tego korzystają firmy przewoźnicze i my, jako obywatele. Dlatego to były kompletnie miraże z piasku, to się nijak nie spinało finansowo. To jest pieśń przeszłości. To polityka zarządzania rzekami jak z lat 70., kiedy się betonuje, prostuje, a to zabija nasze rzeki”. Pani Urszula Sara nie skalała swojej głowy zapoznaniem się z jakimiś danymi, więc opowiadała kompletne brednie. Gdyby głowę skalała, dowiedziałaby się, że koszt przewozu towarów w żegludze śródlądowej jest pięć razy niższy od transportu samochodowego i 2,5 razy niższy do przewozów kolejowych. Że 1 litr zużytego paliwa w żegludze śródlądowej pozwala na przewiezienie 127 ton ładunku na odległość 1 km, w wypadku kolei jest to 97 ton, zaś transportu drogowego – 50 ton. Że transport rzeczny jest najczystszy dla środowiska: na tzw. tonokilometr przewożonego ładunku wydziela się do atmosfery 33,4 g dwutlenku węgla, zaś w wypadku przewozów kolejowych – 48,1 g, a samochodowych – 164 g. Że przy tym samym zużyciu energii transportem rzecznym można przewieźć ten sam ładunek na odległość 370 km, koleją – 300 km, a w transporcie samochodowym – 100 km. Że w Holandii żegluga śródlądowa przewozi 30 proc. wszystkich towarów, w Niemczech jest to 24 proc., zaś w Polsce mniej niż 0,5 proc.
Na głupoty pani Urszuli zareagowało Towarzystwo Żeglugi Śródlądowej: „Jako fachowcy od lat związani z żeglugą śródlądową i budownictwem wodnym nie możemy się nie odnieść do tej kuriozalnej wypowiedzi. Nie chodzi nam nawet o to, co wygadywała ta pani - z małymi poprawkami to gotowiec do kabaretu”. Członkowie TŻŚ protestowali przeciwko „temu, że takie osoby zabierają głos”. Prezes towarzystwa dziwił się, że takie osoby jak pani Urszula „mają wpływ na sprawy, o których nie mają najmniejszego pojęcia i czynią to jako członek polskiego rządu. To obraża wszystkich związanych z branżą żeglugową”.
Pani Urszula brnęła jeszcze, iż „największy problem z Odrą jest taki, że tam brakuje wody dla ryb do życia. Nie mówiąc o obciążonych statkach, to jest aberracja”. Można się domyślać, że statki wypijają wodę biednym rybom, a ponieważ one głosu nie mają, nie mogą się poskarżyć albo zachęcić kogoś do uzupełnienia poziomu wody.
7 lipca 2024 r. wyzwolicielka przyrody zakomunikowała, że do końca 2025 r. prowadzone będzie wydobycie w bytomskiej kopalni Bobrek. Później zostanie ona zlikwidowana: „Wojewódzki Urząd Górniczy już nakazał jej zamknięcie wcześniej niż planowano, z końcem przyszłego roku. To zła wiadomość dla wydobycia, dla pracowników. Natomiast z punktu widzenia Odry to oznacza zredukowanie dosyć znaczne ładunku soli”. Oczywiście żaden Wojewódzki Urząd Górniczy nie istnieje, gdyż chodzi o Wyższy Urząd Górniczy, ale co to dla pani Urszuli.
Fakty są takie, że należąca do Węglokoksu Kraj S.A. kopalnia Bobrek prowadzi oczyszczanie wód jeszcze na dole - w chodnikach. A po wypompowaniu na powierzchnię trafiają one do osadników i po redukcji zawiesiny do kolektora na rzece Bytomka. Ta rzeka jest dopływem Kłodnicy i dopiero ta wpada do Odry. Pani Urszula jak zwykle więc bredzi. Zauważył to Bogusław Ziętek, przewodniczący WZZ „Sierpień 80” (w wypowiedzi dla „Dziennika Zachodniego”): „Głupstwa smalone ta pani opowiada. Kopalnia Bobrek, jeśli się przyczyniała do zasolenia wód, to w tak minimalnym stopniu, że to nie miało w ogóle wpływu na problem zasolenia Odry. Wypowiedzi pani wiceminister Zielińskiej są niekompetentne, słabe merytorycznie. Ona się kompletnie nie zna na górnictwie, ona nie wie, o czym mówi. Ta pani jest jedną z najgorszych wiceministrów tego rządu. Całe Ministerstwo Klimatu i Środowiska to jest jakaś szalona pomyłka. To są ludzie całkowicie oderwani od rzeczywistości”.
Gdyby przyjrzeć się po kolei różnym ministerstwom, można by zauważyć, że właściwie wszystkie są „szaloną pomyłką”. Podobnie jak syndyk tej masy upadłości umysłowej – Donald Tusk. Ale Urszula Sara Zielińska i reprezentowane przez nią Ministerstwo Klimatu i Środowiska tak się wyróżniają na tle ogólnej niemoty, niekompetencji i dziadostwa, że warto było poświęcić im trochę uwagi. Oczywiście wyróżniają się negatywnie. Tym bardziej że pani Urszula Sara właśnie awansowała na oficjalną, urzędową wyzwolicielkę przyrody. Będzie zabawa!
