W polskiej polityce dominuje głupienie-infantylizacja-demoralizacja W polskiej polityce dominuje triada głupienie-infantylizacja-demoralizacja i nie są już od niej wolne szkoły oraz uniwersytety

tusk się nudzi.webp
Fratria / Donald Tusk
FacebookTwitter

Głupienie, infantylizacja i demoralizacja wkrótce mogą być uważane za ideał demokracji, czyli równości i sprawiedliwości. Wszyscy będą równi w głupocie.

Gdyby porównać tzw. ojców założycieli Europy – Konrada Adenauera, Alcide de Gasperiego, Roberta Schumana, Jeana Monneta, Paula Henriego Spaaka, Josepha Becha, Waltera Hallsteina z takimi współczesnymi europejskimi politykami jak Ursula von der Leyen, Antonio Costa, Friedrich Merz, Emmanuel Macron czy Donald Tusk to dzieli ich przepaść. Wraz z deprecjacją i dewaluacją politycznych liderów postępuje powszechna banalizacja i trywializacja polityki. Coraz więcej politologów, socjologów czy filozofów dostrzega dość powszechne głupienie oraz infantylizację społeczeństw, a jeszcze szybsze ich elit. Wymieńmy kilka fundamentalnych prac: Guy Debord – „Społeczeństwo spektaklu”; Benjamin Barber – „Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli”; Paul Vitz – „Psychologia jako religia. Kult samouwielbienia”; Manfred Spitzer – „Cyfrowa demencja. W jaki sposób pozbawiamy rozumu siebie i swoje dzieci”; Nicholas Carr – „Płytki umysł. Jak Internet wpływa na nasz mózg”.

Niektórzy intelektualiści stawiają prowokacyjne pytanie, czy politycy powinni być mądrzejsi od społeczeństw i elit, w których funkcjonują, które reprezentują. Albo patrząc od drugiej strony – czy mogą być mądrzejsi, skoro są takim samym produktem tych społeczeństw jak przeciętni obywatele. Podlegają tym samym procesom i mechanizmom. Głupienie, infantylizacja czy demoralizacja są procesami społecznymi, kulturowymi istniejącymi już pod koniec XIX wieku (o tym pisał np. Dominic Strinati – „Wprowadzenie do kultury popularnej”), ale nie w takiej skali. I są one związane z kulturą masową, z masową reprodukcją, z upowszechnieniem, ale i strywializowaniem edukacji.

Można by powiedzieć, że politycy (nie tylko w Polsce) są „ofiarami” szerszych procesów, w których sakralizowane są banał i trywialność, najczęściej pochodzące z mediów o wielkim zasięgu, bo one z założenia nie mogą być elitarne bądź wymagające. Gdyby takie były, zostałyby odrzucone. Infantylizacja czy też głupienie są w tym sensie lekarstwem, przeciwwagą dla specjalizacji bądź wyrafinowania. Wszystko wówczas staje się banalne i trywialne, więc także polityka. A wtedy premiowani są ludzie banalni, opowiadający trywializmy, byleby były one podane w stosownie napuszonym sosie. Polska polityka aż kipi takimi ludźmi, pełno jest ich także na uniwersytetach.

Uniwersytety i generalnie nauka stały się forpocztą nadchodzącego, globalnego triumfu głupienia, infantylizacji i demoralizacji. Stąd uznawanie wszelakich modnych bzdur i powstawanie kierunków, które z nauką nie mają nic wspólnego. Stąd niebywale szybko postępująca dyskryminacja tych, którzy tych modnych bzdur nie uznają za naukę, choćby nie sprzeciwiali się ich istnieniu. Stąd upowszechnianie się tego, co degeneruje uniwersytety, w mediach, w kulturze, a generalnie w debacie publicznej.

Znakiem czasu była kilka lat temu sytuacja, gdy Holden Thorp, redaktor naczelny „Science” zaczął się kajać, że kierowane przez niego pismo w przeszłości za dużo publikowało artykułów białych naukowców, a za mało autorstwa „kolorowych”. Holden Thorp nie jest w nauce nikim, dlatego jego słowa są naprawdę przerażające. To profesor chemii, wynalazca, przedsiębiorca i muzyk, pracujący w Caltechu, Yale, były rektor Washington University w St. Louis, kanclerz Uniwersytetu Północnej Karoliny w Chapel Hill. Skoro ktoś taki jak Thorp ulega presji i zaczyna majaczyć o wstydliwej przewadze białych naukowców w publikacjach naukowych, jest naprawdę źle.

Współczesna nauka nie powinna znać koloru skóry, płci ani orientacji seksualnej. Wciąż jeszcze nie ma problemów, by publikować teksty naukowe niezależnie od tego, kto jest ich autorem. Byleby były na odpowiednim poziomie. Ale to się zmienia na niekorzyść, bo jeśli decydować będą kryteria pozanaukowe, to sprawi, że nie tylko zniknie wolność nauki, konkurencja i merytoryczne kryteria, ale szybko na łeb, na szyję spadnie jakość. Wystarczy przykleić sobie etykietkę i można wymuszać obniżenie kryteriów ze względu na przeszłą (wydumaną) dyskryminację i problemy, jakie się z nią wiążą. Potem przyjdzie czas na zadośćuczynienie wszelkim możliwym do wymyślenia odrębnościom i przypisanej im dyskryminacji.

Do infantylizacji, demoralizacji i głupienia w sensie społecznym bądź kulturowym dochodzi taki czynnik jak obniżanie się poziomu inteligencji. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat żyliśmy w przekonaniu, że powszechny jest tzw. efekt Flynna. W 1987 r. nowozelandzki filozof i psycholog James Flynn, na podstawie badań 14 grup narodowościowych stwierdził, że w ostatnich 50 latach (do czasu opublikowania badań) iloraz inteligencji w krajach kultury zachodniej, mierzony standardowymi testami psychologicznymi, wzrósł o około 15 punktów. Różne nowe dane, przede wszystkim norweskiego Centrum Badań Ekonomicznych Ragnara Frischa, dowodzą, że od kilku dekad średni poziom inteligencji na świecie się zmniejsza. Nie ma już efektu Flynna, jest za to syndrom głupiego i głupszego.

         Skoro syndrom głupiego i głupszego jest coraz powszechniejszy, nie omija on polityki. Odpowiednio spreparowana głupota jest traktowana poważniej niż na to zasługuje i demoralizuje kolejne roczniki, kolejne pokolenia. Skutki są takie, że niknie w oczach wolność słowa, wolność nauki, wolność kultury. Wszędzie świetnie się mają terroryzujące większość miernoty, korzystające z parasola antydyskryminacji oraz statusu awangardy, którą oczywiście nie są, skoro najczęściej to piąta woda po kisielu z tego, co robiono już ponad 100 lat temu.

Trudno być optymistą, gdy za edukację w Polsce odpowiada ktoś taki jak Barbara Nowacka. Ta ulubienica Donalda Tuska jest uosobieniem złej szkoły. A zła edukacja fatalnie wpływa na poziom nauki, a jednocześnie zła nauka degraduje i degeneruje edukację, i samą siebie. Od czasu, gdy prawie każda uczelnia nazywa się uniwersytetem (od łacińskiego „universitas magistrorum et scholarium”), jest w tych placówkach coraz mniej tego, co stanowi istotę uniwersytetu. A istota to badania, systematyzowanie wiedzy, przekazywanie jej na możliwie najwyższym poziomie, kształcenie i reprodukcja elit, podnoszenie poziomu wiedzy w społeczeństwie, a przez to podejmowanie przez obywateli optymalnych wyborów i wnoszenie wartościowego wkładu do wspólnoty.

W międzynarodowej konkurencji polskie uczelnie się nie liczą, skoro najlepsze w rankingach znajdują się dopiero w piątej setce. Między innymi z tego powodu, że uniwersytety zbytnio się zajmują „emancypacją”, a coraz mniej badaniami i przekazywaniem wartościowej wiedzy. Liczba czysto ideologicznych listów otwartych, stanowisk, opinii (często udających ekspertyzy) i apeli autorstwa przedstawicieli wydziałów, instytutów, specjalności czy po prostu grup naukowców dalece przekracza liczbę wartościowych naukowych publikacji. Ich język w dużym stopniu psuje jakość debaty publicznej, dając zły przykład tym, którzy akademików uważają za autorytety.

Liczba wartościowych prac w naukach społecznych stanowi ekstremalnie mały odsetek (liczony w promilach) liczby bezwartościowych listów, stanowisk, opinii i apeli. Wygląda to tym gorzej, że owe listy, apele, opinie i stanowiska są interdyscyplinarne, gdy chodzi o sygnatariuszy, choć wielu z nich nie ma pojęcia, czego dotyczą sprawy będące pretekstem do tej specyficznej „produkcji”. To tym bardziej kompromituje naukowców jako ludzi, którzy powinni demonstrować swoje kompetencje, a nie niekompetencję. Nie ma takiego głupstwa, którego nie sygnowaliby swoimi podpisami utytułowani formalnie polscy naukowcy. Przykład prof. Barbary Mróz-Gorgoń jest tu wyjątkowo znaczący.

Uniwersytet od co najmniej dwudziestu lat coraz bardziej zajmuje się „emancypacją” w wersji od marksistowskiej do Genderowej. Po drodze zwalczając rasizm, antysemityzm, ksenofobię, homofobię (ostatnio transfobię), nacjonalizm, wszelkie formy dyskryminacji, dominacji, wyzysku. A coraz mniej uniwersytet zajmuje się nauką i nauczaniem. I to wszystko, co się wiąże z „postępem” jest pod szczególną ochroną. A nawet działa tu system swego rodzaju punktów za pochodzenie, czyli znacznie łatwiej jest zrobić karierę naukową w dziedzinach nazywanych „modnymi bzdurami” – jak to ujęli Alan Sokal i Jean Bricmont.

„Modne bzdury” nie tylko są premiowane, ale znajdują się pod specjalną ochroną: zawsze jest miejsce na uniwersytecie na konferencje, wykłady czy spotkania naukowców związanych z „modnymi bzdurami” i zawsze napiętnowani są ci, którzy kwestionują naukowość tych dziedzin oraz „badań”, a nawet tylko ironizują na ich temat. To przypomina „przymusową” obecność na uniwersytetach oraz uprzywilejowanie w czasach PRL marksizmu i jego pseudonaukowych form, czyli naukowego komunizmu oraz naukowego socjalizmu.

Wielu polskich naukowców ma pełną świadomość upadku uniwersytetu. I wskazuje przyczyny. Warto odnotować choćby list 16 naukowców ze stycznia 2019 r. do kolegów z uniwersytetów. Można było tam przeczytać: „Znaczna część publikacji to prace, których nikt nie czyta i nie cytuje, mało jest także użytecznych patentów, a prace naukowców na ogół nie budzą zainteresowania gospodarki czy instytucji publicznych”. Autorzy zauważają, że „nasze uniwersytety fatalnie wypadają w praktycznie wszystkich międzynarodowych rankingach, co przekłada się na małe zainteresowanie studiowaniem u nas zdolnych młodych ludzi zza granicy, a także zniechęca globalne koncerny do lokowania w Polsce centrów badawczo-rozwojowych”. 


Jaki ma być uniwersytet, skoro nie jest realizowana nawet „podstawowa misja społeczna profesora”, czyli „działanie na rzecz podnoszenia jakości badań, w tym stwarzanie najlepszych warunków pracy swoim młodszym kolegom i koleżankom oraz kształcenie swoich następców”. Do tego dochodzą „plagiaty, mobbing i nepotyzm”. Rację miał nieżyjący już prof. Karol Modzelewski, gdy w 2015 r. pisał: „Za kryterium oceny polskich uczonych przyjęto także liczbę zdobytych grantów. To też jest symulator rynku, szczególnie szkodliwy i demoralizujący dla młodych uczonych. Powinni oni pisać oryginalne prace, a nie opasłe podania do ministerialnej lub brukselskiej biurokracji. Co ważniejsze, warunki konkursów grantowych wywierają przemożny wpływ na dobór problematyki badawczej, czyli na pytania wyznaczające kierunek naukowych poszukiwań. To groźne dla wolnej myśli w nauce”. 

Nędza współczesnego polskiego uniwersytetu jest tym drastyczniej widoczna, gdy porównamy obecny stan z tym, czym był uniwersytet w międzywojennym dwudziestoleciu. To na uczelniach II RP działał drugi obok Koła Wiedeńskiego najbardziej znaczący w Europie ośrodek twórczy w dziedzinie matematyki, logiki i filozofii, czyli tzw. szkoła lwowsko-warszawska. To ta szkoła wydała tak wybitnych uczonych światowej rangi jak Kazimierz Twardowski, Stanisław Leśniewski, Jan Łukasiewicz, Alfred Tarski, Stefan Banach, Karol Borsuk, Stefan Kaczmarz, Kazimierz Kuratowski, Stefan Mazurkiewicz, Stanisław Mazur, Władysław Orlicz, Wacław Sierpiński, Hugo Steinhaus czy współtwórca bomby atomowej Stanisław Ulam. 

To w II RP Rudolf Weigl miał cenione na świecie osiągnięcia w badaniu chorób zakaźnych (wynalazł szczepionkę przeciw tyfusowi), Kazimierz Funk w badaniach nad witaminami, a Ludwik Hirszfeld w dziedzinie immunologii. To w II RP skonstruowano cenione na świecie samoloty z serii RWD, bombowce „Łoś” czy myśliwce PZL-P-24. To wtedy pod nadzorem Jerzego Rudlickiego rozpoczęto produkcję polskich samolotów pasażerskich. W II RP Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski skonstruowali urządzenia do odczytywania niemieckich szyfrów wojskowych kodowanych przez Enigmę. To wtedy Jan Czochralski stworzył podstawy współczesnej elektroniki (układy scalone). Bez odbudowy uniwersytetu (a wcześniej edukacji szkolnej) i przywrócenia pełnej wolności badań Polska przegra w międzynarodowej konkurencji i cywilizacyjnym wyścigu. A triada głupienie-infantylizacja-demoralizacja stanie się nie tylko dominująca, ale będzie uważana za ideał demokracji, czyli równości i sprawiedliwości. Wszyscy będą równi w głupocie.

FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Staniewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.