W atakach na prezydenta Nawrockiego pomaga Kwaśniewski S. Janecki: W atakach na prezydenta Nawrockiego pomaga Tuskowi były prezydent Kwaśniewski. W końcu niewiele ich różni

Absolutną komedią jest narzekanie Kwaśniewskiego na konstytucję z 1997 r., którą sam tworzył i miała służyć jemu oraz postkomunistom.
26 października 2026 r. wyraźnie komediowy skecz (dwudziestominutowy) odegrał w TVN24 (u Moniki Olejnik) były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Prawie cały czas żartował, nawet wtedy, kiedy straszył. A straszył prezydentem Karolem Nawrockim. Najbardziej komediowe wątki pojawiły się wtedy, gdy Kwaśniewski zaczął narzekać na konstytucję z 1997 r. i jej twórców. Użył wprawdzie wtedy formy „my", ale zapewne przez skromność przemilczał, że to on był pierwszym przewodniczącym Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego, zanim nie wybrano go na prezydenta. A po nim Włodzimierz Cimoszewicz (do wyboru na premiera). Czyli konstytucję spreparowali „demokraci ostatniej godziny".
Kwaśniewski wyznał Olejnik: „Tę konstytucję budowaliśmy w duchu trochę okrągłego stołu, porozumienia różnych sił, gdzie zakładaliśmy, że jeżeli ktoś już dochodzi do wysokiego stanowiska w Polsce, to jednak główną motywacją jest interes wspólny, jest dobro państwa, a nie jego egoistyczne cele czy jego narcyzm, czy jego, że tak powiem, różnego rodzaju dewiacje. Tego się nie dało w konstytucji opisać". Gdyby prezydentami zostawali tylko tak szlachetni i zapatrzeni w Polskę ludzie jak Aleksander Kwaśniewski, byłoby świetnie. Ale takich ideałów jest mało.
Kwaśniewski nie dość, że ideał, to jeszcze konstytucjonalista (prawie magister handlu zagranicznego) z najwyższej półki. Dlatego łatwiutko skapało z niego orzeczenie (poparte świadectwem Olejnik, też konstytucjonalistki, choć zootechnik), że prezydent Karol Nawrocki „działa niezgodnie z konstytucją w sprawach ambasadorów". Mało tego: „On działa niezgodnie z konstytucją w sprawach Trybunału Konstytucyjnego, nie przyjmując ślubowania od prawidłowo wybranych sędziów. Znalazłoby się jeszcze kilka dowodów, że to nie jest zgodne ani z literą konstytucji, ani z jej duchem. W tych kilku punktach prezydent Nawrocki łamie konstytucję świadomie".
Ideał i konstytucjonalista Kwaśniewski z łatwością rozgryzł knowania prezydenta Nawrockiego: „Przyczyna wynika z planu strategicznego, żeby sparaliżować, żeby w Trybunale nie mogła powstać większość, która zmieni decyzje przyjmowane przez Trybunał pani Przyłębskiej, i która pokaże, że wiele przepisów, które są dzisiaj albo zawieszone, albo inaczej interpretowane, powinny być interpretowane zgodnie z konstytucją". Prościej byłoby, że zgodnie z Kwaśniewskim, wszak konstytucja to jego dziecko, i nawet trudno mu zarzucić, że nieślubne.
Knowania prezydenta Nawrockiego zmierzają, wedle ideału (z brodą, ale retorycznie rześkiego), do „zwycięstwa prawicy, porażki demokratów i klęski osobistej Tuska". Karol Nawrocki jest, wedle ideału, tym, „który będzie tworzył, i to jest zgodne z prawem, bo konstytucja daje pierwszeństwo prezydentowi w wyznaczaniu premiera. Będzie chciał stworzyć nowy rząd, który będzie mu w pełni podporządkowany i niejako tylnymi drzwiami wprowadzić w Polsce system prezydencki bez zmian konstytucji. Bo wystarczy, że posłuszna mu większość parlamentarna po wyborach 2027 r. przegłosuje zmiany w ustawach, np. zmieni sposób powoływania szefów służb". Niestety nie dowiedzieliśmy się, co ci nowi szefowie służb mieliby zrobić z Tuskiem i pomniejszymi „demokratami".
Zanim można będzie opisać najważniejsze dokonania największego demokraty (oprócz Donalda Tuska oczywiście), czyli Aleksandra Kwaśniewskiego, warto poświęcić trochę miejsca jego dziecku (chyba ślubnemu). To dziecko, czyli konstytucja przyjęta przez Zgromadzenie Narodowe 2 kwietnia 1997 r., zatwierdzona w referendum 25 maja 1997 r. i obowiązująca od 17 października tamtego roku, była produktem postkomuny, a nie żadnej demokracji.
Przyjęły konstytucję Sejm i Senat wybrane 19 września 1993 r. Wtedy postkomunistyczne partie Sojusz Lewicy Demokratycznej i Polskie Stronnictwo Ludowe zdobyły 303 mandaty w Sejmie i 73 mandaty w Senacie. W Sejmie ta postkomunistyczna większość nie miała dwóch trzecich (307 głosów) potrzebnych do uchwalania zmian w konstytucji, ale brakowało jej bardzo niewiele i mogła liczyć na pomoc Unii Demokratycznej (74 mandaty) przekształconej w 1994 r. w Unię Wolności (po połączeniu z Kongresem Liberalno-Demokratycznym), niezawodnej we wspieraniu postkomuny. SLD i PSL mogły wtedy także liczyć na pomoc Unii Pracy (41 mandatów), której w konstytucji przeszkadzała preambuła odwołująca się do Boga. W Senacie SLD i PSL miały konstytucyjną większość bez pomocy kogokolwiek. I nic dziwnego, że ostatecznie 451 członków Zgromadzenia Narodowego głosowało za konstytucją (większość 2/3 wynosiła 332 głosy, a na sali było 497 posłów i senatorów).
PO przyjęciu konstytucji przez Zgromadzenie Narodowe nie było już tak łatwo. Frekwencja w referendum konstytucyjnym wyniosła przecież ledwie 42,86 proc., a mimo to miało ono moc wiążącą. Ale tylko dlatego, że w ustawie z 1992 r. specjalnie przyjęto, iż referendum konstytucyjne będzie ważne niezależnie od frekwencji, byleby opowiedziała się za nią zwykła większość głosujących. I zwykła większość, czyli 53,45 proc. biorących udział (6 396 641, czyli o 4 miliony mniej niż w 2025 r. wybrało prezydenta Karola Nawrockiego) konstytucję zatwierdziła. Inne referenda nie mogły korzystać z takich nadzwyczajnie złagodzonych warunków ważności, co tym bardziej pokazuje względność ogólnonarodowej legitymacji obowiązującej obecnie ustawy zasadniczej.
Konstytucja z 1997 r. była od początku skrojona na miarę świeżo nawróconych na demokrację postkomunistów. Była też szyta pod wspierających ich „demokratów" z Unii Wolności, których Adam Michnik pchał do wielkiej koalicji z postkomunistami w imię zasypania historycznych podziałów. Tylko ktoś wyjątkowo naiwny może twierdzić, że beneficjenci „okrągłego stołu" i polityki wybaczania, która pozwoliła postkomunistom przejąć władzę zaledwie 4 lata po wyborach czerwcowych w 1989 r., stworzą konstytucję na miarę wolnej Polski.
Konstytucja z 1997 r. była potrzebna po to, by postkomuniści utrzymali uprzywilejowany stan posiadania w gospodarce i finansach oraz przewagi w wielu innych dziedzinach, np. w mediach. Ta konstytucja zabezpieczała także interesy postkomuny na przyszłość, m.in. wikłając poszczególne władze w nierozwiązywalne spory, bo to chroniło zdobycze „demokratów ostatniej godziny" oraz dokooptowanej do nich części postsolidarnościowych elit. Kwaśniewski, Cimoszewicz i spółka byli po prostu przewidujący i zabezpieczyli swoich kompanów, gdyby w przyszłości stracili oni władzę, co zresztą się stało.
Konstytucja z 1997 r. nie jest żadnym wzorcem z Sevres, tylko rozwiązaniem przejściowym i dopasowanym do Polski, w której partie postkomunistyczne są głównymi graczami na politycznej scenie, a prezydentem jest postkomunista. Dlatego prezydent Karol Nawrocki wyznaczył perspektywę przyjęcia nowej konstytucji w 2030 r. Musi ona wyraźnie zamknąć okres PRL i postkomunistycznej hybrydy, które zdecydowały o kształcie konstytucji z 1997 r. Musi to być konstytucja wolnej Polski i wolnych Polaków.
Jak już mamy „z głowy" dziecko Kwaśniewskiego, można się zająć samym tym wielkim demokratą, chyba od początku socjalistycznym, skoro był ministrem w rządach później komuny (1985 - 1989). Przypisuje mu się zasługi w wejściu Polski do NATO (1999) i UE (2004), podczas gdy do tego doszłoby (zapewne w podobnym czasie) niezależnie od tego, kto był akurat prezydentem. Chwalone jest też jego zaangażowanie w rozwiązanie kryzysu politycznego, który wybuchł na Ukrainie w 2004 r. w związku z pomarańczową rewolucją. Powszechna opinia głosi, że Kwaśniewski zdecydował się wtedy na rzucenie wyzwania Rosji, przez co się bardzo jej naraził. Inaczej to wszystko wygląda, gdy uwzględnić związki Kwaśniewskiego z ukraińskimi oligarchami, które wyszły na jaw po tym, jak przestał być prezydentem.
Krótko po odejściu z urzędu Aleksander Kwaśniewski został dobrze opłacanym przewodniczącym zarządu założonej przez Wiktora Pinczuka Fundacji „Yalta European Strategy". Pinczuk, zięć byłego prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy (przyjaciela Kwaśniewskiego), to jeden z najbardziej wpływowych ukraińskich oligarchów. Kwaśniewski doradzał też ukraińskiemu oligarsze Mykole Złoczewskiemu, właścicielowi Burisma Holdings, zajmującego się wydobyciem ropy i gazu.
Gdy chodzi o Polskę, to Aleksander Kwaśniewski jest uważany za ojca kapitalizmu politycznego. Legendarne stało się już umawianie czołowych ludzi wielkiego biznesu na audiencje u prezydenta Kwaśniewskiego, a sensacyjne są szczegóły tego umawiania się. Po odejściu z najwyższego urzędu doradzał miliarderowi Janowi Kulczykowi, z którym wiele go łączyło wtedy, gdy biznesmen działał na styku z państwem, a były lider SdRP i SLD był głową polskiego państwa. No i jest jeszcze ten epizod z zataczaniem się nad grobami zamordowanych przez NKWD polskich oficerów w Charkowie.
Kwaśniewski zbudował i jemu zbudowano białą legendę, mającą mało albo zgoła nic wspólnego z rzeczywistością. Książkowy portret Aleksandra Kwaśniewskiego nosi emblematyczny tytuł „Prezydent" (wywiad rzeka wydany w 2023 r.). I przedstawia byłego prezydenta tak, jakby był w prostej linii kontynuatorem Solona (VII - VI wiek p.n.e) i Peryklesa (V wiek p.n.e), mocnym jak Herakles (heros, syn Zeusa). Kwaśniewski jest w legendzie porównywalny do królów Kazimierza Wielkiego (XIV wiek) i Kazimierza Jagiellończyka (XV wiek). Chyba nawet był większy od Józefa Piłsudskiego (XIX-XX wiek), bo marszałek był wprawdzie ojcem niepodległości i miał wpływ na dwie konstytucje, ale nie na ustawę zasadniczą tak doskonałą, jak ta z 1997 r. No i Piłsudski nawet nie mógłby marzyć o byciu Wielkim Wprowadzającym do NATO i Unii Europejskiej.
Nawet, gdy wstąpił do PZPR, to tylko dlatego, że „na swojej drodze spotkał ludzi, którzy byli interesujący, czegoś się od nich dowiedział, mógł się od nich czegoś nauczyć". Zapewne czegoś nauczył się także od Władimira Putina, którego spotkał w drodze powrotnej z mundialu w Korei (w 2002 r.). „Choć wizyta była nieoficjalna, [Władimir] przyjął [Aleksandra] na Kremlu, „pokazał swoje prywatne apartamenty". Nic dziwnego, że „przeszli na ty już przy pierwszym spotkaniu".
Już od czasów rządów Zbigniewa Messnera i Mieczysława Rakowskiego w późnym PRL Kwaśniewski był „pomazańcem" najważniejszych postaci postkomuny. Podczas obrad „okrągłego stołu" jego faktyczna rola była znacznie większa od tej formalnej. Nawet generałowie Jaruzelski i Kiszczak skarżyli się biskupom, że Kwaśniewski dogadał się z Geremkiem i Michnikiem i chce na własnych warunkach i bez starej gwardii wejść w nowe czasy jako lider oświeconych, zliberalizowanych postkomunistów.
14 września i 2 października 2006 r. o Aleksandrze Kwaśniewskim plotkował Józef Oleksy, podpuszczany przez Aleksandra Gudzowatego (obaj już nie żyją), jako o „skończonym oszuście i krętaczu", „małym krętaczu" i „fałszywcu". Józef Oleksy stwierdził wtedy: „Gdyby ktoś się zawziął, to apartament u Krauzego to jest minimum 4,5 mln zł. Przecież to jest 400 metrów, tam chodzi po 11 tys. za metr, to policz sobie, ile to kosztuje (...). Dom w Kazimierzu - nie umiem tego wycenić, ale na pewno jest to droga sprawa. (...) Jazgarzew, 6 ha działki z asfaltową drogą zrobioną do samego domu przez pola. I to nie jest wszystko. Ma tego majątku trochę (...) Jak zderzysz jego wynagrodzenia prezydenckie, a nawet Joli dochody, (...) nie uzbiera, żeby nie wiem jak się naharował, to nie uzbiera tyle, ile potrzebuje na wylegitymizowanie tego".
W sprawie domniemanego kupna przez Kwaśniewskich domu w Kazimierzu (przez podstawione osoby) toczyło się śledztwo prokuratorskie, a CBA przeprowadziło specjalną operację. Chodziło bowiem o podejrzenie – jak to mówił Józef Oleksy – „wylegitymizowania" dochodów bez pokrycia. W willi w Kazimierzu, wartej 800 tys. dolarów, Kwaśniewscy często bywali, gościli tam swoich przyjaciół i znajomych. Właścicielką domu była Maria J., przyjaciółka Jolanty Kwaśniewskiej. CBA ustaliło, że od końca 2005 r. na konto Marii J. wpłynęło w ratach 830 tys. dolarów. Gdy kontrola skarbowa zaczęła sprawdzać transakcję, Maria J. poprosiła Marka M., wtedy szefa Budimeksu, żeby zgłosił się jako właściciel nieruchomości (ich rozmowa została podsłuchana przez CBA). „Nawet jak będą mnie sprawdzać, to się dowiedzą, że stać mnie na wiele takich domów" – mówił Marek M. CBA znalazło też spisane przez Marię J. instrukcje dla Marka M.: „1. Umowa przedwstępna w październiku 2005 roku, 1 milion złotych gotówką. W 2006 wpłacał mi pan etapami resztę – 500 tys. zł. 2. Płacił pan świadczenia za dom po mojej wyprowadzce, tj. od kwietnia 2006 r. 3. Część rachunków ma pan, część ja jako pełnomocniczka".
Z podsłuchów CBA wynikało, że Maria J. dzwoniła do Jolanty Kwaśniewskiej. „Klient mówi, że 350 złotych za te buty to za drogo. Trzeba obniżyć cenę" – tłumaczyła szyfrem. Do transakcji miało dojść 29 lipca 2009 r. „Marylko, a propos tej torby z butami, którą masz odebrać, to dobrze by było, żeby te buty miały rozmiar europejski" – mówiła Jolanta Kwaśniewska, co miało oznaczać, żeby część sumy była w euro.
Uczestnicy transakcji zostali zatrzymani przez CBA. W domu w Kazimierzu znaleziono ukryte pomieszczenie wypełnione przedmiotami należącymi do Kwaśniewskich. Wkrótce z CBA wyrzucono jednak Mariusza Kamińskiego. Jemu i innym funkcjonariuszom zarzucono przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków podczas tej operacji specjalnej. Wątek śledztwa dotyczący legalności majątku Kwaśniewskich został umorzony.
Opowieści o Aleksandrze Kwaśniewskim charakteryzują się tym, że z jednej strony mamy rozmowy w małym gronie, gdzie przytaczano najróżniejsze historie, przewijające się potem czasem w gazetach: o prezentach, np. w postaci drogich zegarków (po ponad 100 tys. euro za sztukę), o finansowaniu zakupów żony w stolicach mody czy wpłacaniu dużych sum na akcje charytatywne. Wszystko to ze szczegółami: sumami, markami i wyglądem zegarków, sposobami dostarczenia pieniędzy (np. nocą, w pudłach po kapeluszach i specjalną bramą). Kiedy padało pytanie, dlaczego autorzy tych „rewelacji" nie mówią pod nazwiskiem albo nie zgłoszą się do odpowiednich organów, zapadała cisza albo wybuchał gromki śmiech. I padało zdanie: „Przecież to tylko żarty".
Negatywne prywatne opinie o Kwaśniewskim nie podważały sensu współpracy z nim czy jakiejś formy zażyłości w wypadku na przykład ludzi wielkiego biznesu, gdzie walczy się o kontrakty warte setki milionów, a nawet miliardy złotych. Jak taka współpraca mogła wyglądać pokazują kulisy głośnego spotkania rosyjskiego agenta Władimira Ałganowa i Jana Kulczyka, do którego doszło 18 lipca 2003 r. w Wiedniu. W notatce dotyczącej tego spotkania, a sporządzonej przez oficera polskiego wywiadu, miał się znaleźć taki dialog (cytat za „Newsweek Polska"): Ałganow: - Co jest, do cholery, zapłaciliśmy pieniądze, a rafinerii [gdańskiej] dalej nie ma. Kulczyk: - Bo rozmawialiście z niewłaściwymi osobami, z niekompetentnymi. Ja reprezentuję pierwszego, my to załatwimy. A ten, z kim rozmawialiście, nic już nie może, jest poza grą". W programie TVP1 „Prosto w oczy" Jan Kulczyk zaprzeczył, by takie słowa padły, ale nie zmienia to faktu, że ów „pierwszy" w tych rozmowach się pojawiał. Andrzej Aumiller, wiceprzewodniczący sejmowej komisji śledczej do spraw PKN Orlen, stwierdził w radiowej Trójce, że z notatek Agencji Wywiadu wynika, iż Kulczyk w rozmowie z Ałganowem powoływał się na prezydenta Kwaśniewskiego jako na „pierwszego".
Zbigniew Wassermann, który zginął w katastrofie smoleńskiej, zamierzał pytać Kwaśniewskiego, czy było tak, że „część nieformalną [wielkich interesów z Rosją] załatwiały forpoczty typu [Marek] Dochnal, [Jan] Kulczyk i [Władimir] Ałganow, a część formalną dobijali prezydenci [Kwaśniewski i Putin]". Ale do przesłuchania nie doszło, bo Kwaśniewski uznał je za niekonstytucyjne, a niektórzy konstytucjonaliści to uzasadnili.
Sprawy ewentualnych dochodów polityków, w tym Kwaśniewskiego, z tytułu pomagania wielkiemu biznesowi nie udało się wyjaśnić w śledztwie dotyczącym „bankiera lewicy", czyli Petera Vogla (vel. Piotra Filipczyńskiego, skazanego na 25 lat za morderstwo i ułaskawionego przez Kwaśniewskiego). Miał on w Szwajcarii zakładać tajne konta. A miały na nie wpływać m.in. pieniądze za pomoc polityków w załatwianiu wielkich transakcji.
Aleksander Kwaśniewski opowiedział „Polityce" (po ujawnieniu jego obecności na liście płac Jana Kulczyka): „Kulczyk z nigeryjskim partnerem kupili od Shella złoża i wydobywają tam ropę. A specyfika regionu jest taka, że starczy jedno polityczne wahnięcie, żeby wszystko stracić. (...) Tłumaczę Nigeryjczykom, że Polska jest poważnym krajem i inwestor z Polski jest poważnym człowiekiem. To ma sens". Kwaśniewski otwarcie przyznał też: „Lobbowałem dla polskiego biznesu [w Kazachstanie]. Tam wejść nie jest łatwo. Rynek jest dość zajęty. (...) Do mnie zwracały się firmy, które chcą tam wchodzić – Polimex, Synthos, Sygnity, KGHM. Jak mogę, to pomagam". Czy około 600 tys. zł rocznie za takie pomaganie to dużo? Wszystko zależy od tego, ile zarabia na tym ten, kto płaci.
Kwaśniewski ma pieniądze, bo - jak wyznał w wywiadzie rzece - zarobił na wykładach w Georgetown University, gdzie przez pięć lat był visiting profesorem. Zarabiał jako członek grupy doradczej Zurich Insurance, jako uczestnik inicjatywy Yalta European Strategy, w radzie doradczej Liberty Global, w grupie doradczej prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa („najbardziej utalentowanego lidera postradzieckiego"), jako doradca prezydenta Uzbekistanu Szawkata Mirzijojewa. W styczniu 2013 r. nawet w „Gazecie Wyborczej" pojawiły się teksty o dobrze opłacanym doradzaniu Janowi Kulczykowi (padała suma 50 tys. zł miesięcznie) oraz zasiadaniu w Międzynarodowej Niezależnej Grupie Doradczej przy niespecjalnie demokratycznym prezydencie Kazachstanu Nursułtanie Nazarbajewie. Za cztery spotkania w roku miał inkasować sumę nie mniejszą od tej otrzymywanej od Kulczyka, czyli około 150-200 tys. euro.
Okazuje się, że biała legenda Kwaśniewskiego ma się dobrze jeszcze w 2026 r. A może nawet jest jeszcze bielsza. Dlatego były prezydent jest autorytetem, znawcą i konstytucjonalistą. A że ta biała legenda jest równie nieprawdziwa, jak opowieści Donalda Tuska o osiągnięciach jego rządu? Kto by się tym przejmował i pamiętał, skoro Aleksander Kwaśniewski i Donald Tusk tak ładnie nawijają. Makaron na uszy. I uwodzą naiwnych. Choć w wypadku Tuska coś się jednak zmienia. Dlatego z taką zaciekłością atakuje prezydenta Karola Nawrockiego. A Kwaśniewski stara się jak może, żeby Tuska ratować. W końcu aż tak wiele ich nie różni.
Jak wesprzeć telewizję wPolsce24?
Zachęcamy do:
- dokonywania wpłat przez stronę wesprzyj.wpolsce24.tv
- lub przekazania darowizny bezpośrednio na rachunek bankowy: 69 1020 4900 0000 8202 3036 2577 (odbiorca: Fratria SA, tytuł przelewu: Darowizna)
- oglądania wPolsce24 jak najczęściej i jak najdłużej
- mówienia o nas innym, żeby telewizja wPolsce24 zyskiwała coraz więcej wiernych Widzów
Przetwarzamy dane osobowe Darczyńców zgodnie z informacją w linku.
