Rząd Tuska nie jest żadnym zgranym zespołem, tylko kłębowiskiem żmijRząd Donalda Tuska nie jest żadnym zgranym zespołem, tylko kłębowiskiem żmij, które strzykają na siebie jadem
Im bliżej wyborów parlamentarnych w 2027 r., tym wewnętrzne wojny w rządzie będą się zaostrzać, przyjmując nawet formę politycznego „mordobicia".
Tylko pozornie rząd Donalda Tuska wygląda na w miarę zgodnie współpracujący i całkowicie podporządkowany premierowi. W rzeczywistości obecnie funkcjonująca Rada Ministrów jest zlepkiem ludzi toczących z sobą różne wojny: o wpływy, o dostęp do „ucha" premiera, o możliwości awansu, o zakres kompetencji, o medialny wizerunek, który konkurenci starają się zepsuć wchodząc w układy z mediami, o autonomię wewnątrz resortów.
Najostrzejszym i najgorętszym obecnie konfliktem w rządzie jest ten między premierem Donaldem Tuskiem a minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz. Premier swojej minister nie cierpi i gdyby miał pewność, że rządząca koalicja nie straci większości, dawno by ją wyrzucił. Na razie nie robi tego z powodu ciągłego przeliczania mandatów, jakimi dysponuje klub Polska 2050, uwzględniając to, kto poszedłby za Pełczyńską-Nałęcz. Tusk musi ją wyrzucić, bo ośmieliła się mu sprzeciwiać na posiedzeniach Rady Ministrów, a od 2007 r. jeszcze nikomu czegoś takiego nie puścił płazem. Podobnie, jak tego, że Pełczyńska-Nałęcz się przed nim nie płaszczy i ma czelność czasem mu „odpyskować".
Wojna toczy się też między wicepremierem i ministrem cyfryzacji Krzysztofem Gawkowskim a wiceminister obrony Magdaleną Sobkowiak-Czarnecką. Mimo że Gawkowski zajmuje formalnie o wiele wyższe stanowisko niż Sobkowiak, uważa ponoć, że jest ograniczany i krzywdzony przez osobę, która przyszła na gotowe i owinęła sobie wokół palca zarówno premiera Tuska, jak i wicepremierów Kosiniaka-Kamysza oraz Sikorskiego. I chociaż jest tylko sekretarzem stanu bywa przymierzana do najwyższych stanowisk, w tym osoby wyznaczonej przez Donalda Tuska na lidera kampanii wyborczej. Gawkowski uważa się za najwierniejszego ministra Tuska, ma ambicje zastąpienia premiera, gdyby ten zdecydował się odejść z funkcji (choć nie zamierza), a nigdy nie został za to stosownie nagrodzony, zaś wszelkie profity i sławę zbiera „polityczna znajda" – jak się ma o niej wyrażać Gawkowski w zaufanym gronie. I zaczyna ją krytykować publicznie, np. w kwestii jej „niekompetencji" i „ignorancji", gdy chodzi o reformę Rządowego Centrum Bezpieczeństwa i systemu powiadomień o zagrożeniach.
To Gawkowski i jego ludzie mają rozpuszczać plotki, że Sobkowiak-Czarnecka znalazła sposób na Tuska, Kosiniaka-Kamysza i Sikorskiego, i mrugają okiem, na czym ma to polegać. A samo to, że Sobkowiak-Czarnecka nigdy nie starała się o względy i poparcie Gawkowskiego, ma świadczyć o tym, że chce zająć jego miejsce w strukturze rządu jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wyborczej. Otoczeniu Gawkowskiego przypisuje się przygotowywanie „bomby" polegającej na tym, że jesienią 2026 r. pojawią się w mediach materiały kompromitujące Sobkowiak-Czarnecką, w tym dotyczące spraw kryjących się za mruganiem okiem.
Wojna toczy się między minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz a ministrem sportu Jakubem Rutnickim. I w tej wojnie nie chodzi tylko o najem krótkoterminowy, lecz także o środki, których Rutnicki domaga się na inwestycje związane ze sportem i turystyką. W ten sposób Rutnicki chciałby uchodzić za dobroczyńcę i wzmacniać swoje wpływy, w czym Pełczyńska-Nałęcz nie zamierza mu pomagać, sama chcąc się politycznie wzmocnić w samorządach i regionach.
Praktycznie od końca 2023 r. trwa wojna między ministrem obrony Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem a jego zastępcą Cezarym Tomczykiem, choć obaj udają, że nie ma problemu. Szef resortu uważa, że Tomczyk został mu podrzucony do resortu przez Tuska, żeby był komisarzem politycznym i „uchem" premiera. Tomczyk regularnie zaskakuje swego szefa nieuzgadnianymi z nim posunięciami, które budują jego pozycję jako nadministra. Kosiniaka-Kamysza wścieka wciskanie się Tomczyka w relacje z administracją Donalda Trumpa, w tym z Pentagonem, co robi w porozumieniu z szefem polskiej placówki dyplomatycznej Bogdanem Klichem, a najczęściej bez wiedzy ministra.
Wojnę z sobą toczą minister finansów i gospodarki Andrzej Domański z ministrem energii Miłoszem Motyką. Domański uważa Motykę za ignoranta, którego decyzje rujnują budżet, nie pozwalając lub utrudniając rozrzucanie budżetowych pieniędzy „z helikoptera" przed wyborami jesienią 2027 r. Motyka często powołuje się na ustalenia z premierem Tuskiem ponad głową Domańskiego, co często jest blefem, ale bojaźliwy Domański boi się konfrontacji, żeby to zdementować.
Wojnę toczą z sobą minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z byłą minister a obecnie pełnomocnikiem rządu ds. równości Katarzyną Kotulą. Choć obie są z lewicy, Dziemianowicz-Bąk uważa, że Kotula kompromituje lewicę swoim nieumiarkowaniem i „bolszewickimi" poglądami. Że to, co dobrego robi Dziemianowicz-Bąk pracując na korzystny wynik lewicy w wyborach w 2027 r. Kotula ma też niszczyć osiągnięcia Dziemianowicz-Bąk w kwestiach socjalnych i dotyczących pracy oraz płacy, spychając lewicę wyłącznie na wojny ideologiczne.
Minister infrastruktury Dariusz Klimczak toczy wojny z trzema innymi szefami resortów: ministrem finansów i gospodarki Andrzejem Domańskim, minister funduszy Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz oraz ministrem aktywów państwowych Wojciechem Balczunem. Klimczak ma im zarzucać ograniczanie jego możliwości, przez co, nie może on „kupować" poparcia dla PSL, a to ma być politycznie dla niego kluczowe.
Kilkoro ministrów toczy różne wojenki z rzecznikiem rządu Adamem Szłapką, m.in. minister rolnictwa Czesław Siekierski, minister kultury Marta Cienkowska, minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda, minister klimatu Paulina Hennig-Kloska, minister nauki Krzysztof Kulasek. Wszyscy zarzucają Szłapce, że celowo milczy na temat osiągnięć w ich resortach, a praktycznie reprezentuje tylko premiera Tuska.
Wewnątrz ministerstw toczą się jeszcze wojenki pomiędzy wiceministrami. Najgorętsze w ministerstwie obrony, ale też w MSW, ministerstwach finansów, rolnictwa, funduszy i polityki regionalnej, infrastruktury, aktywów państwowych, energii, klimatu czy zdrowia. Rząd Donalda Tuska nie jest więc żadnym zgranym zespołem, tylko kłębowiskiem żmij, które strzykają na siebie jadem. A im bliżej wyborów parlamentarnych w 2027 r., tym konflikty i wewnętrzne wojny będą się tylko zaostrzać. Kto lubi takie paskudztwo, jak popcorn, może przygotować zapasy na spektakularne polityczne „mordobicie" wewnątrz rządu.
