Rząd nieporadności narodowejRząd nieporadności narodowej

Na Polskę, państwo NATO, spadła rosyjska rakieta. Tylko wielkiemu szczęściu zawdzięczamy to, że eksplodowała w środku pustego pola i nikt nie odniósł obrażeń. Zamiast jednak rozmawiać o tym, znów nie mamy innego wyjścia, niż poważna rozmowa o tym, jak patologicznie niekompetentni ludzie nami rządzą. Znowu
W czwartek, bardzo wczesnym rankiem, w części województwa lubelskiego zawyły syreny. Pomijając, że stało się to o 3:50 nad ranem – 4 minuty po tym, gdy rosyjska rakieta eksplodowała w Tarnawie-Kolonii – państwo zupełnie nie zadbało, by poinformować mieszkańców co się stało. Jeżeli ktoś nie zapamiętał z lekcji przysposobienia obronnego w szkole średniej, jak brzmi sygnał zagrożenia z powietrza, to wiedział jedynie, że z jakiegoś powodu nagle wyją syreny.
Nie zdążyli z alarmem
Właśnie z myślą o takich sytuacjach stworzono alerty RCB. Ale chociaż te rozsyłane są tak często, że stało się to już dawno temu obiektem żartów, tym razem telefony milczały. Rzecznik MSWiA Karolina Gałecka, która z każdym dniem staje się coraz poważniejszą konkurencją, dla Adama Szłapki, tłumaczyła potem z niewinną miną na antenie TVNu, że no przecież chcieli go rozesłać, ale wszystko stało się tak szybko, że no nie zdążyli. A w ogóle to powiadomili o wszystkim media publiczne, więc nie wie, w czym problem.
Problem w tym, że one również dały ciała. Jak informuje serwis Press, pierwszym, który poinformował o zagrożeniu z powietrza, był dziennikarz Wirtualnej Polski. Który akurat mieszkał w Lublinie, usłyszał syreny przez otwarte okno i miał dość przytomności, by skojarzyć to z wcześniejszym newsem, w którym prezydent Zełenski ostrzegał przed planowanym rosyjskim atakiem. Polska Agencja Prasowa raczyła poinformować o tym alarmie dopiero o 5:13 nad ranem.
To, że dziennikarze Polsatu dotarli na miejsce eksplozji ponad godzinę przed Żandarmerią Wojskową jest tutaj tylko wisienką na torcie. Powiedziałby ktoś – zdarza się. Ale dlaczego temu rządowi zdarza się to za każdym razem, gdy tylko dzieje się cokolwiek kryzysowego? Bo dalej nie było wcale lepiej.
Sami rozwalili rządowe serwery
Przez cały czwartek przedstawiciele rządu i służb byli grillowani o to, jak to możliwe, że w czasie aktywnej wojny w Europie, gdy Polska jest państwem przyfrontowym, aż tak mógł zawieść system wczesnego ostrzegania ludności. Ich odpowiedzi pominiemy, bo każdy może je sam ocenić, a dla tego wywodu są bez znaczenia. Znaczenie ma to, co zrobiono potem, W piątek rano do mieszkańców całej Polski rozesłano w końcu alert RCB. Z linkiem do pobrania Poradnika Bezpieczeństwa.
Anglicy mawiają „Monty Python by tego nie wymyślił” i trudno tutaj o lepsze podsumowanie. Rząd, aby uśmierzyć lęki społeczeństwa, że coś wybuchowego spadnie na głowę, bo nikt ich wcześniej nie ostrzeże, wysłał im nad ranem link do broszury, którą każdy i tak ma już w domu, bo na jego wydruk i rozesłanie wydano 58 milionów z naszych podatków. Monty Python naprawdę by tego nie wymyślił, bo taki poziom absurdu nawet im wydałby się przesadzony.
Ale to też nie był koniec. O nie. Jak się okazało, zainteresowanie poradnikiem było tak duże, że padły rządowe serwery i większość stron w rządowej domenie .gov przestała działać. Rząd próbując nieudolnie ugasić jeden pożar, wywołał kolejny. Już to, że wyręczył rosyjskich hakerów i przeprowadził atak DdoS na samego siebie, budzi ciarki zażenowania – ale fakt, że nawet nie mrugnąwszy, politycy usiłowali wmawiać, że wszystko jest w porządku, chociaż każdy, kto miał dostęp do internetu, mógł sprawdzić, że strony rządowe faktycznie nie działają, powinien dostać rekord Guinessa w kategorii skrajnej bezczelności.
A na koniec minister Kierwiński wyszedł przed kamery i z dumną miną poinformował, że wszystko jest ok i gdyby mógł cofnąć czas, to zrobiłby dokładnie to samo. Baghdad Bob, na jakiego nie zasłużyliśmy.
Czy ktoś wyciągnie wnioski?
Nota bene sprawa krachu stron rządowych ma drugie dno, które jakoś umknęło w przestrzeni medialnej. Nie wiem, ile osób faktycznie próbowało ściągnąć dziś ten poradnik, ale podejrzewam, że to nie była jakaś szokująca liczba. Mowa w końcu o broszurze, którą każdy ma już w domu od kilku miesięcy i jeśli ktoś chciał się z nią zapoznać, to już dawno to zrobił. Mimo tego rządowe serwery padły. To teraz załóżmy na moment, że – odpukać – Polska znalazła się w prawdziwym, długotrwałym kryzysie. Może wybuchła wojna, może jakaś straszna klęska żywiołowa. W takiej sytuacji chaos i dezinformacja są nie do uniknięcia i Polaków uczula się od lat, by w sytuacjach kryzysowych szukali informacji w oficjalnych źródłach. Takim źródłem, także dla mediów, są stony rządowe – ale co mamy robić, skąd mamy czerpać informacje, jak te od razu padną?
Paradoksalnie to, co się stało, mogłoby wyjść Polsce na dobre. Wpadki zdarzają się każdemu, a Opatrzność zadbała, że tym razem możemy zżymać się na rząd, a nie opłakiwać ofiary rosyjskiego ataku, bo ktoś nie zdążył wysłać alertu. W 2018 roku mieszkańcy Hawajów dostali od tamtejszego odpowiednika Alertu RCB informację, że do ich wyspy zbliżają się rakiety balistyczne. To miał być test, ale komuś źle się kliknęło, więc przez 40 minut byli przekonani, że zaraz mogą zginąć w atomowej apokalipsie – pech chciał, że były to akurat czasy, gdy media szeroko rozpisywały się o tym, że Kim Jong Un testuje rakiety zdolne dolecieć do USA z atomową głowicą.
Wielu urzędników najadło się wtedy wstydu. Ważne jest jednak to, co zrobił później rząd. Otóż od razu przeprowadzono w tej sprawie śledztwo, zidentyfikowano słabe punkty w systemie ostrzegania i zmieniono procedury tak, że powtórzenie tego błędu stało się niemożliwe. I od tego czasu ani na Hawajach, ani w żadnym innym stanie, taka sytuacja faktycznie się nie powtórzyła. „Testowanie na produkcji” to nigdy nie jest idealne rozwiązanie, ale rząd z tego, co zaszło, mógłby wyciągnąć wnioski, by gdy następnym razem w naszą stronę poleci ruska rakieta, Polacy byli nieco bezpieczniejsi.
Ale jestem przekonany, że nie wyciągnie. Chciałbym się mylić, bardzo bym chciał, ale jestem niemal całkowicie pewny, że nikt nie zastanowi się nad tym, co się stało, nie wyciągnie wniosków i nie wprowadzi żadnych zmian. I jak następnym razem rąbnie w nas ruska rakieta albo ukraiński dron, to znów przedstawiciele rządu będą się tłumaczyć, że oni przecież chcieli ostrzec, ale no, nie mieli czasu.
Nic się nie zmieni
Jestem tego niemal pewny, bo ten rząd zupełnie sobie nie radzi z kryzysowymi sytuacjami. Nie radzi sobie, uczciwie mówiąc, z niczym, ale jeśli dzieje się tylko coś, co choć trochę jest zagrożeniem, ta nieporadność jest szczególnie widoczna. Zanim wszyscy mówili o rosyjskiej rakiecie, tematem dnia był przecież kryzys w służbie zdrowia. I gdy nie dało się o nim dłużej milczeć – głównie dzięki lekarzowi milionerowi, któremu zachciało się kariery politycznej i nie skojarzył, że radni wypełniają oświadczenia majątkowe – jedynym, co rząd miał do zaproponowania, była pisana na kolanie „reforma”, która w najmniejszym stopniu nie naprawi patologii w służbie zdrowia. A to tylko jeden, z wielu, wielu przykładów tego, jak ten rząd zupełnie sobie nie radzi z kryzysami. Nie wierzycie, to spytajcie powodzian o „pomoc”, jaką od niego otrzymali.
Być może to nie jest brak kompetencji. Być może w tym rządzie są członkowie, którzy wiedzą, co powinno się robić. Ale KO to partia wodzowska w stopniu, jaki trudno spotkać gdzie indziej. A nie jest żadną tajemnicą, że Tusk nie patrzy łaskawym okiem na kogoś, kogo uznaje za potencjalne zagrożenie dla swojej władzy. Więc może oni po prostu udają niekompetentnych, bo jak któryś minister choć trochę wybije się poza tę szarą masę, to Tusk może zacząć się niepokoić? I czy warto się tak starać, skoro można się nie przemęczać i w spokoju konsumować frukta władzy? A że efektem tego jest rząd, w którym jeden jedyny Sikorski – jakby nie oceniać jego politycznej działalności – nie sprawia do końca wrażenia golema, który potrafi jedynie powiedzieć „tak panie kierowniku, oczywiście panie kierowniku”? A co ich to obchodzi. Byle ministerialna pensja się zgadzała, a ambitni podwładni nie ryli za mocno pod stołkiem. Po nas choćby ruska okupacja.
Takie podejście może się sprawdzać w partyjnych przepychankach. Ale dla kraju to tragedia. Nawet w spokojnych, bezpiecznych czasach niekompetentny rząd to wielki problem. My jednak nie żyjemy w spokojnych, bezpiecznych czasach. Żyjemy w czasach, które – cytując starożytną chińską klątwę – są niewątpliwie ciekawe. W których człowiek nie zdąży się nawet wystraszyć jednego kryzysu, bo już wybucha kolejny. W takich czasach niekompetentny rząd to nie jest niedogodność – to egzystencjalne zagrożenie dla narodu.
Pociesza mnie jedynie to, że do wyborów zostało już względnie niewiele. I być może Polska nie zdąży do nich się rozpaść. W to, że Polak w końcu będzie mądry przed szkodą, już dawno przestałem wierzyć – ale może chociaż tym razem postąpi mądrze zanim będzie już na to za późno.
