Poczet „postaci znanych”. Skąd Tusk bierze tych ludzi?!Poczet „postaci znanych”. Skąd Tusk bierze tych ludzi?!

W doniesieniach medialnych i nagraniach, z których wynika, że poseł KO Michał Kołodziejczak miał dopuszczać się różnych form przemocy wobec swoich współpracownic, niepokojąca jest nie tylko ich treść. Niepokoić może bowiem również i to, że Kołodziejczak do tzw. wielkiej polityki wszedł dzięki osobistemu wstawiennictwu Donalda Tuska. Jeśli potwierdziłoby się to, co na temat byłego wiceministra opublikował Kanał Zero, mogłoby to oznaczać, że premier ma raczej kiepskie wyczucie co do ludzi, którymi się otacza, których lansuje i uwiarygadnia lub na których powołuje się, aby obciążyć przeciwników politycznych. A to, jak na doświadczonego i wytrawnego polityka, naprawdę źle.
Michał Kołodziejczak to postać, która budziła kontrowersje już przed wejściem do „wielkiej polityki”. Zanim został osobiście namaszczony przez Donalda Tuska – wówczas dopiero byłego premiera i lidera największej siły opozycyjnej, kręcił się przy różnych partiach i środowiskach. Miewał także zmienne poglądy. Potrafił wzywać do „pokazania środkowego palca” Stanom Zjednoczonym, deptać i rozjeżdżać traktorem flagę Unii Europejskiej czy pokrzykiwać na ministra z PiS, że ówczesny rząd „pokłócił nas z Rosją, naszym największym klientem”.
Kołodziejczak ani pierwszy, ani ostatni
Mimo to Donald Tusk we wrześniu 2023 r. organizował z Kołodziejczakiem konferencje prasowe na polu kapusty, fotografował się z jego rodzicami w rodzinnym gospodarstwie Kołodziejczaka, udzielił AgroUnii miejsca na listach KO. Zapewne w dużej mierze dzięki temu krzykliwy działacz dostał się do Sejmu i jakby tego było mało, Tusk, już po przejęciu władzy, dopuścił go do stanowiska wiceministra rolnictwa. I chyba już w czasach pracy Kołodziejczaka w tym resorcie premier musiał nieźle pluć sobie w brodę. Bardzo ciekawe, jak czuje się dziś.
W przypadku Michała Kołodziejczaka, jeśli prokuratura i sąd potwierdziłyby to, co znalazło się w materiałach Kanału Zero, nie mówimy tylko o kontrowersyjnych, prowokacyjnych zachowaniach, jak słynna awantura z ówczesnym wiceministrem Januszem Kowalskim w Ministerstwie Rolnictwa czy „happeningi” z unijnym symbolem. Nie mówimy nawet o tym, że Tusk osobiście udzielił poparcia człowiekowi, którego wcześniejszych wypowiedzi i działań nie powstydziłby się Grzegorz Braun. Mówilibyśmy tu o działaniach noszących znamiona przestępstwa. O wyjątkowo obrzydliwej formie nadużywania swojej pozycji.
Kołodziejczak, jego kariera polityczna i zarzucane mu problemy z używkami oraz przemocowe zachowania wobec kobiet, to jednak sprawa wielopoziomowa. Stawia to pytania także o kondycję samego Donalda Tuska. Bo przecież były wiceminister rolnictwa nie jest ani pierwszą, ani ostatnią „postacią znaną” w portfolio premiera.
Tusk został z "Muranem" jak Himilsbach z angielskim
Wyrażenia używam oczywiście celowo. Czy ktokolwiek nieinteresujący się sportami walki (zarówno tymi zwyczajnymi, traktowanymi jako sporty olimpijskie, jak i wrzodem na ciele tej dziedziny, czyli freakfightami. Osoby niezaznajomione ze światem sportów walki mogą mylnie utożsamiać boks czy MMA z tymi patologicznymi widowiskami, a że takie krzywdzące dla prawdziwych sportowców uogólnienia faktycznie mają miejsce, pokazuje przykład prezydenta Karola Nawrockiego i jego miłości do boksu) lub patostreamingu, wiedziały, kim jest Jacek Murański? Tusk częściowo przesadził z tą „postacią znaną”, ale zarazem uczynił wulgarnego i agresywnego freakfightera ze skłonnością do mało wiarygodnych oskarżeń pod adresem ludzi, za którymi nie przepada – postacią rzeczywiście bardziej znaną niż przed pamiętnym wywiadem premiera w Polsat News. Być może nawet sam szef rządu nie był do końca zorientowany, na kogo się powołuje, bo jego rzekoma przyjaźń z „Muranem” nie została oczywiście w żaden sposób potwierdzona i sprowadza się głównie do żartów czy memów. Jeśli wierzyć w doniesienia medialne, jakoby sztab Rafała Trzaskowskiego szukał dużego nazwiska ze świata boksu, aby ta osoba uderzyła w Karola Nawrockiego, np. opowiadając potencjalnie niekorzystne dla ówczesnego kandydata, a obecnego prezydenta historie z przeszłości, sprawa wydaje się oczywista. Dariusz „Tiger” Michalczewski, wielokrotny mistrz świata w boksie zawodowym, który swoją przygodę z „szermierką na pięści” rozpoczął zresztą w tym samym klubie co prezydent Nawrocki (gdański „Stoczniowiec”), potwierdził w jednym z wywiadów, że sam odrzucił taką propozycję. Sztab kandydata KO mógł po prostu próbować „na szybko” znaleźć kogoś „zamiast”. Zwłaszcza, że „Muran” nadawał na Karola Nawrockiego jeszcze w czasie, kiedy nazwisko ówczesnego prezesa IPN pojawiło się dopiero na „giełdzie” przyszłych kandydatów PiS na urząd prezydenta. To od niego pochodziły pierwsze doniesienia o rzekomym sutenerstwie i rzekomo bardziej zażyłej niż w rzeczywistości relacji przyszłego prezydenta z Patrykiem Masiakiem ps. „Wielki Bu”. Z Masiakiem Jacek Murański był zresztą od dawna skonfliktowany i wiele wskazuje, że w uderzaniu „postaci znanej” w Karola Nawrockiego freakfighterowi chodziło bardziej o własne porachunki z „Wielkim Bu”.
Jeśli przyjmiemy hipotezę, że skoro legendarny „Tiger” nie chciał nadawać na Nawrockiego, to Koalicja Obywatelska postanowiła poszukać kogoś „zamiast”, wciąż powstaje pytanie, czy naprawdę nie było nikogo lepszego niż Murański. I wreszcie – kto premierowi Tuskowi tę postać znaną podsunął i dlaczego ktoś inny go od tego nie odwiódł. Został Tusk z tym „Muranem” jak Himilsbach z angielskim, a mimo to, w swojej arogancji, jeszcze próbuje od czasu do czasu czynić pod adresem prezydenta czy opozycji jakieś osobiste wycieczki, na przykład porównując ich do freakfighterów.
Znany mecenas i jego szaleństwa
A przecież jeszcze zanim pojawił się „Muran”, a wyrażenie „postać znana” na trwałe weszło do języka publicystyki, ale też internetowych żartów i memów, był i jest pewien mecenas, którego aktywność polityczna od dawna była tak wysoka, jak jego wzrost. Roman Giertych, bo o nim mowa, w kilka lat przedzierzgnął się ze znienawidzonego wicepremiera w rządzie Jarosława Kaczyńskiego w zaufanego adwokata Tuska. W październiku 2023 r. Giertychowi zaufał nie tylko były i zarazem przyszły premier, ale i wystarczająca liczba Polaków, aby mecenas mógł zdobyć mandat i… przyjechać do Polski. Podczas kampanii krążyły bowiem historie, że z uwagi na to, co zarzuca mu się w sprawie Polnordu, mecenas Roman Giertych nie bywa w naszym kraju za często i po omdleniu z października 2020 r. dochodzi do pełni sił w domu w słonecznej Italii.
Ale była też grupa zwolenników Platformy Obywatelskiej (dziś Koalicji Obywatelskiej), która zaufaniem obdarzyła Giertycha już znacznie wcześniej. Nawet wtedy, gdy głosił bardzo ryzykowne teorie, jak chociażby ta o wizycie ówczesnych premierów Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego w Kijowie w marcu 2022 r. Rozpolitykowany adwokat sugerował wówczas, że propozycja wicepremiera ds. bezpieczeństwa dotycząca misji NATO na Ukrainie (odrzucona przez prezydenta tego kraju, Wołodymyra Zełenskiego) była niczym innym jak realizacją planu „rozbioru Ukrainy”, w który Kaczyński i Morawiecki mieliby być zamieszani wraz z Orbanem i Putinem. Tę sugestię podchwycili nie tylko coraz bardziej oszalali rosyjscy propagandyści, ale też, wydawałoby się, poważni polscy politycy i jeszcze do niedawna powszechnie szanowani polscy dziennikarze. Akurat to, że Rosjanie podchwycili ją chętnie, nie jest dziwne, a to z uwagi na proweniencję tej teorii. Rosjanie od lat sugerują, że Polska chce odzyskać od Ukrainy Lwów, a i w naszym kraju nie brakuje gorliwych zwolenników tej koncepcji. Tyle że nie w PiS ani Platformie, tylko… Partii Zmiana.
Kiedy Roman Giertych w 2023 r. wrócił do parlamentu po wieloletniej przerwie, szybko stanął na czele zespołu ds. rozliczeń PiS i przyprowadził premierowi kolejną „postać znaną”, tj. Tomasza Mraza. Mecenas zresztą jeszcze zanim zasiadał w ławach sejmowych ochoczo „rozdawał” statusy „świadka koronnego” i „małego koronnego” i niektórzy, jak Mraz czy świeższy przykład – Przemysław Kral – relatywnie szybko się na nie połasili. Choć z opowieści Mraza przed giertychowskim zespołem parlamentarnym wyłaniał się wstrząsający obraz Funduszu Sprawiedliwości, to jeszcze ciekawsze okazało się to, co później powiedziała o nim przed sądem pani Urszula Dubejko, była urzędniczka i jedna z osób, które Mraz miał obciążyć. Stanowisko w sprawie zeznań byłego urzędnika nazywanego prześmiewczo „Panem Kleksem” ze względu na charakteryzację, w której pokazywał się na posiedzeniu zespołu, wyraził niedawno także sąd.
W demokratycznym państwie prawnym nie jest dopuszczalne by główny świadek oskarżenia (Tomasz Mraz) pod auspicjami prominentnego polityka większości sejmowej publicznie przekazywał informacje z postępowania przygotowawczego przy braku jakiegokolwiek przeciwdziałania ze strony prokuratury.
- podkreślono w piśmie ujawnionym przez jednego z polityków opozycji ściganych przez Żurkowców, Michała Wosia, w marcu 2026.
Roman Giertych ośmieszył też rząd Donalda Tuska i jego zwolenników po wyborach prezydenckich z 2025 r., kiedy to próbował nie dopuścić do zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na urząd głowy państwa. Forsował kolejne dziwne teorie o „aplikacji Mateckiego” (będącej w rzeczywistości zwykłym formularzem, do którego wpisywano po prostu numer zaświadczenia przedkładanego w komisjach przez osoby głosujące poza miejscem zamieszkania), „Braciach Kamratach” czy zachęcał do zasypywania Sądu Najwyższego protestami wyborczymi, bez dokładnej instrukcji, że powinny dotyczyć konkretnych zdarzeń w konkretnych komisjach, a składający powinni podpisywać się własnymi danymi. W środowisku internautów skupionych wokół Giertycha, tzw. „Sieci na Wybory”, głośno domagano się także ponownego przeliczenia wszystkich głosów. Szaleństwa mecenasa poszły wówczas tak daleko, że uderzyły w samego Donalda Tuska, który na jednym ze spotkań, nerwowo pokrzykując na własnych wyborców, stanowczo odżegnywał się od pomysłów, aby za ponowne przeliczanie zabrała się… policja. „Ludzie! Nie! Nie będzie takiej Polski, dopóki ja jestem premierem!” - denerwował się szef rządu. Tak spanikowany mógł być tylko doktor Victor Frankenstein z powieści Mary Shelley, gdy zorientował się, jakie spustoszenia czyni stwór powołany przezeń do życia.
Postacie pomniejsze
„Postaciami znanymi” Donalda Tuska mogą być również byli i obecni ministrowie, którzy – mimo ich działalności – nie zasłużyli na stawianie w jednym szeregu z Murańskim, Giertychem czy Kołodziejczakiem. Mowa chociażby o Macieju Lasku, który po zmianie władzy zastąpił Marcina Horałę na stanowisku pełnomocnika rządu ds. CPK i od początku temu projektowi się sprzeciwiał. I jeszcze na początku rządów Tuska było niemal jasne, że tutaj pełnomocnik będzie raczej likwidatorem. Lasek robił, co mógł, aby opóźnić czy udaremnić realizację projektu, m.in. kolejnymi audytami, coraz bardziej absurdalnymi. A jednak po silnym sprzeciwie społecznym premier uznał, że jednak zbuduje to CPK. Tyle że to, co proponuje obecnie, z Centralnym Portem Komunikacyjnym nie ma nic wspólnego.
„Postacią znaną” moglibyśmy też nazwać byłą już pełnomocnik ds. marki Polski, prof. Barbarę Mróz-Gorgoń. Tyle że ona poniosła już konsekwencje swoich działań i – z tego co mówi – idące dalej niż powinny. Konsekwencji nie poniosła za to „postać znana” z poprzednich rządów Tuska, czyli niejaki Sławomir Nowak, uniewinniony w sposób widowiskowy i zarazem niepokojący.
Całej ekipy „postaci znanych” Tusk dostarczył nam, kiedy próbował badać rosyjskie wpływy w polskiej polityce. A konkretnie – zamknął komisję powołaną za rządów PiS i powołał swoją własną, mającą składać się z ekspertów, a nie polityków.
Na czele komisji stanął gen. Jarosław Stróżyk, szef SKW, w przeszłości będący w szeregach WSI. Raport, który oddał później w ręce opinii publicznej, był słaby merytorycznie, nasycony publicystyką czy kuriozalnymi stwierdzeniami, na siłę uderzający w PiS i pachnący z daleka tezami Tomasza Piątka. Pojawiały się tam także błędy – w raporcie o szerzenie prorosyjskiej dezinformacji oskarżano… białoruskich opozycjonistów oraz internautę znanego jako Exen – twórcę największej w Polsce akcji pomocowej dla Ukrainy. Później wyszło też na jaw, kto – i za ile - pracował lub miał pracować przy raporcie. W tym gronie znalazły się takie osoby, jak radykalna, proaborcyjna aktywistka Klementyna Suchanow, uważająca się za ekspertkę od Rosji, a w rzeczywistości powielająca teorie na poziomie Tomasza Piątka, niedawno występująca m.in. na kanale Jana Pińskiego. Była również pani Katarzyna Bąkowicz, która w jednym z wywiadów powieliła fake news o „hailującym” prezydencie Nawrockim – a powieliła, gdy wyszedł od dziennikarza „Gazety Wyborczej” Bartosza Wielińskiego. Ostatecznie komisja, nie ustaliwszy nic konkretnego, została rozwiązana w lipcu 2025 r.
Niebezpieczne wykorzystywanie tragedii
Niektóre „postacie znane” Tusk bardzo szybko porzucał. Tak jak w przypadku pani Joanny z Krakowa, która publicznie skarżyła się na działania swojej lekarz psychiatry oraz funkcjonariuszy policji po tym, jak zażyła tabletkę poronną. Przygarnęły ją lewicowe posłanki ówczesnej opozycji, które uczyniły kobietę twarzą walki z „reżimem” PiS w kwestii praw kobiet. Choć tę kwestię środowiska lewicowo-liberalne w Polsce próbują sprowadzać głównie do dostępu do aborcji, to temat okazał się nośny w trakcie wyborów w październiku 2023 r. i wciąż żywotne były protesty przeciwko wyrokowi TK z 2020 r. Na temat pani Joanny szybko zaczęły jednak wychodzić co ciekawsze informacje. Sama kobieta wydawała się podczas wywiadów i wystąpień medialnych i sejmowych dość rozedrgana czy zagubiona, przez co lewicy zarzucono polityczne wykorzystywanie osoby w złej kondycji emocjonalnej. Donald Tusk tak przejął się sprawą pani Joanny, że po sukcesie marszu z 4 czerwca 2023 r. zwołał kolejny, na 1 października tego samego roku, czyli na krótko przed wyborami. Miał on być gestem poparcia dla kobiety, jednak ostatecznie… nie została nawet na to wydarzenie zaproszona. Dodajmy, że nie był to jedyny przypadek, kiedy Tusk próbował politycznie wykorzystać ludzką tragedię. W swoim expose w Sejmie odczytał list pożegnalny samobójcy – Piotra Szczęsnego, który dokonał samospalenia w geście protestu przeciwko rządom PiS. W międzyczasie okazało się, że mężczyzna chorował na depresję i to z tego powodu mógł bardziej emocjonalnie odbierać nieodpowiadającą mu sytuację polityczną w Polsce, a ostatecznie zdecydować się na tak dramatyczny krok. Przypadki prób wykorzystania przez premiera Tuska pani Joanny czy śmierci Piotra Szczęsnego nie nadają się jednak do obśmiania, lecz do potępienia. Tym bardziej, że już po desperackim akcie „Zwykłego, szarego człowieka” psycholodzy i psychiatrzy ostrzegali przed gloryfikowaniem, romantyzowaniem czy próbom politycznego wykorzystywania tej historii.
Na koniec jeszcze najnowsza sprawa, czyli cytowanie przez premiera Donalda Tuska z mównicy sejmowej prawdopodobnie zeznań osoby wciąż żyjącej i obecnie przydatnej rządowi i służbom, a mianowicie – Przemysława Krala. Tego samego Krala, który na początku politycznej rozgrywki koalicji sprawą kryptowalut był przez tę ekipę przedstawiany niemalże jako wróg publiczny nr 1. Dziś politycy i zwolennicy koalicji 13 grudnia zdają się zapominać o różnych zarzucanych mu przewinach (lub też różnego rodzaju sugestiach jak ta, że bardzo dobrze wie, co stało się z zaginionym założycielem giełdy, Sylwestrem Suszkiem), ponieważ jego pełnomocnikiem został mecenas Roman Giertych, a sam Kral, jak donoszą media – „sypie” i być może składa zeznania obciążające polityków prawicy czy nawet prezydenta Karola Nawrockiego. Nikt nie zastanawia się jednak nad tym, że Kral, jako osoba podejrzana, nie ponosi żadnej odpowiedzialności, gdyby ewentualnie mówił po prostu nieprawdę. Umówmy się, Kralowi będzie zależało przede wszystkim na ocaleniu siebie i wywalczeniu łagodniejszej ewentualnej kary. W tym kontekście warto dodać, że skojarzenia między Kralem a Murańskim pojawiały się już podczas tamtego wystąpienia Tuska w Sejmie.
I po tym wszystkim nasuwa się pytanie, dlaczego Donald Tusk powołuje się na takich ludzi lub dlaczego takich ludzi namaszcza na ważne stanowiska? W jakim świetle przedstawia to tak doświadczonego polityka? Czy chodzi wyłącznie o to, że w walce z PiS wszystkie chwyty dozwolone, czy że Donald Tusk ma złą rękę do ludzi albo niezbyt pomocnych doradców? Dodajmy, że najbardziej ekstremalnym przykładem byłby tu właśnie Michał Kołodziejczak, którego Tusk osobiście wywindował na piedestał.
