Pechowy Ojciec NiepodległościPechowy Ojciec Niepodległości. O tym jak komuniści i postkomuniści zaszkodzili Ignacemu Daszyńskiemu

Ignacy Daszyński – najbardziej pechowy z Ojców Niepodległości. Najmniej znany, najmniej pamiętany, najbardziej instrumentalnie traktowany. Szkoda, bo była to postać zasłużona dla Polski i osobowość wielkiego formatu. Trzeba ją przywrócić szerszej pamięci.
W październiku tego roku obchodzimy dwie okrągłe rocznice związane z Ignacym Daszyńskim. 26 października 160. rocznicę urodzin, a 31 października 90-tą rocznicę śmierci. Ponoć jakieś publiczne obchody mają być i ponoć jest Rok Daszyńskiego uchwalony przez Sejm. W każdym razie celebracja tych dwóch ważnych rocznic jest niezbyt objawowa.
Ignacy Daszyński ma pecha. Był socjalistą, więc jego pamięć zawłaszczyli ci, którzy historią narodową zbytnio się nie interesują, traktują ją instrumentalnie, a na dodatek nie mają wielkich związków z jego pamięcią. Jak coś z tym robią to tylko dla politycznego PR, ale serca w to nie wkładają. Mowa o lewicy, która ma korzenie postkomunistyczne. W tym dosłownie, a nie w przenośni, bo oficjalny patronat nad obchodami objął marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty. Czyli jedna z dwóch najbardziej agresywnych postaci bieżącej polityki, więc niestety zadziała to jak antyreklama jakichkolwiek obchodów. Dodajmy, że powtarza się historia z PRL. Ówcześni komuniści również zszargali pamięć wybitnego i zasłużonego patrioty ukazując go, jako swojego protoplastę. Było to ewidentnym fałszem. Daszyński był politykiem dążącym do odzyskania pełnej niepodległości, jej obrony w 1920 roku i jednocześnie był gorliwym przeciwnikiem bolszewizmu.
Tak w 1929 r. podczas wizyty we Francji mówił o wojnie 1920 roku: „Wojna ta powinna była otworzyć oczy Europie zachodniej. Ponieważ wtedy to demokracja polska dźwignęła się niby wał na drodze do Europy zachodniej i przeszkodziła Trockiemu napoić konie w Renie, jak to zapowiadał ten nowoczesny Atylla”. Takie słowa o Lwie Trockim dla sporej części dzisiejszej lewicy muszą brzmieć jak zgrzyt gwoździa po szybie. Bowiem bardziej tam modne staje się „antyprawicowe” podejście do postaci takich jak Trocki, Lenin (za sprawą Słavoja Zizka), czy nawet Dzierżyński, który doczekał niedawno życzliwej mu polskiej biografii.
Dlatego warto zagłębić się w życiorys Daszyńskiego i jego spuściznę. Możliwość taką daje wybór jego pism i przemówień wydany przez historyka Przemysława Prekiela, skądinąd niezmordowanego propagatora niepodległościowych tradycji polskiego socjalizmu. Opublikowana przez niego praca „O racji stanu. Ignacy Daszyński (1866-1936)” ukazuje działacza, parlamentarzystę, premiera w 1918 r. rządu zwanego popularnie lubelskim, wicepremiera Rządu Ocalenia Narodowego w 1920 roku, marszałka Sejmu, jako polityka żarliwego, ale odpowiedzialnego, ideowego socjalistę, ale nie demagoga.
Przemysław Prekiel podzielił polityczne życie Daszyńskiego na trzy okresy. Pierwszy, gdy zaczynał swoją działalność jako socjalista, twórca działającej w Galicji Polskiej Partii Socjal-Demokratycznej. Drugi etap to Wiedeń, czyli działalność parlamentarzysty, deputowanego do austriackiej Rady Stanu. A trzeci to czas Polskie Niepodległej. Zwieńczenie kariery i jej spełnienie.
Z każdego z tych etapów płynie ciekawa nauka. Ignacy Daszyński został socjalistą, jak ogromne rzesze jego rówieśników, w reakcji na ogromne problemy społeczne. Powszechną wówczas nędzę – mówiąc prościej. Bardziej chyba go interesowały konkretne problemy i potrzeba ich rozwiązania: czyli właśnie bieda większości społeczeństwa, analfabetyzm, brak szans rozwojowych, niż ideologiczna scholastyka, która zajmowała wielu ówczesnych socjalistów. Praktyka była dla niego ważna, a nie teoria. Był jednocześnie wychowany pod wpływem polskich tradycji niepodległościowych i powstańczych. Dlatego od razu dostrzegł, że jakikolwiek awans najbiedniejszych warstw polskiego społeczeństwa nie będzie możliwy bez własnego niepodległego państwa. Jego ogromną zasługą jest to, że główny nurt polskiego socjalizmu nie zszedł na manowce jakiegoś naiwnego czy wręcz antynarodowego internacjonalizmu.
Widać to było też w czasie jego wiedeńskiej aktywności. Dostrzegał tam, że „deale” z władzą zaborczą zbyt często odbywały się kosztem większości polskiego społeczeństwa. Tak było np. z kwestią powszechnych praw wyborczych w Galicji. Środowiska najbardziej konserwatywne bały się upowszechnienia prawa wyborczego, co finalnie sprawiało to, że Galicja miała mniej liczną reprezentację w parlamencie wiedeńskim niż inne kraje monarchii habsburskiej.
Tak samo trzeci okres, czyli czasy Polski niepodległej, ukazują, że dla Daszyńskiego tzw. zdobycze socjalne nie były kwestią ideologii, lecz właśnie racji stanu. Uważał, że będą najlepszym remedium na zagrożenie bolszewickie i wzmocnią przywiązanie najuboższych warstw ludności (czyli wówczas większości społeczeństwa) do niepodległej Rzeczpospolitej.
Był politykiem ostrym i często niejednoznacznym. Jego podejście np. do Kościoła nosiło cechy obsesji, przy jednoczesnym przywiązaniu do etyki chrześcijańskiej i podkreślaniu jej wartości (co też dzisiaj nie jest modne na lewicy). Pokazuje to – tak jak zresztą w przypadku wszystkich pozostałych Ojców Niepodległości – że postaci pomnikowe były ludźmi z krwi i kości. Ze swoimi zaletami i wadami.
Na koniec charakterystyczna ciekawostka: Daszyński do 1926 r. mocno wspierał Marszałka Piłsudskiego. Po zamachu majowym ostro mu się przeciwstawiał, przechodząc do zdecydowanej opozycji. Ale gdy zmarł – ponad rok po śmierci Wielkiego Marszałka – sanacyjne władze uruchomiły bezpłatne pociągi do Krakowa, aby wszyscy chętni mogli uczestniczyć w uroczystym pogrzebie ich wybitnego przeciwnika.
Inne czasy, inny format ludzi.
