Kurtyna w górę! Część 2. (I raczej nie ostatnia)Kurtyna w górę! Część 2. (I raczej nie ostatnia)

Któżby, jeszcze w 2004 roku, gdy - o radości - wstępowaliśmy do Unii Europejskiej pomyślał, że za ponad dwadzieścia lat może po nas nie być co zbierać? Kto by pomyślał…?
Kiedy patrzę hen, za siebie, widzę uradowanego, młodego człowieka. Nareszcie. Komuna została ostatecznie pokonana. Dostajemy wreszcie to, co nam, Polakom należało się od lat. Kto wie, czy nie od zakończenia II Wojny Światowej? Na pewno tak! Wtedy Stalin triumfował, ale ostatecznie sprawiedliwości stało się zadość. Co prawda do Unii wprowadzili nas Miller z Kwaśniewskim, no ale każdy ma prawo żyć i ważne, że ostatecznie wygraliśmy my wszyscy, Polacy. Jedna rodzina. Z gazety można było wówczas wyciąć sobie taki wróżebny formularzyk, w którym wpisywało się, jak to kiedyś będzie, gdy Polska znajdzie się już w Zjednoczonej Europie. Wpisałem, że Polacy będą dobrze zarabiać, że nie będą mieli trudności ze znalezieniem pracy, że czekają nas sprawiedliwe rządy sprawiedliwych polityków. Że więcej nie będzie biednych ludzi, no i, że nie będziemy kłopotać się o przyszłość naszych dzieci i wnuków, bo wstępujemy do elitarnego klubu państw zachodnich, szanujących ludzką godność i dbających o dobro swoich obywateli. Krótko mówiąc: idee Ojców Założycieli wspólnoty jeszcze wówczas oddziaływały na wyobraźnię tak silnie, iż można było dać wiarę, że to wszystko jest możliwe tu na Ziemi. Dopiero niedawno wpadła mi w ręce książka, autorstwa wieloletniego francuskiego deputowanego Philippe'a de Villiers'a -„Kiedy Opadły Maski", rzecz o korzeniach Unii Europejskiej, prawdziwych powodach jej utworzenia i w końcu - moim zdaniem- o tym, że ludzie znaleźli się na szarym końcu chłodnych kalkulacji światowych elit. Te zresztą już w latach pięćdziesiątych wiedziały, że zmierzają do federacji, czyli marginalizacji państw narodowych na rzecz jednolitego, europejskiego rządu z siedzibą w…? No? Gdzie? Tego nie doprecyzowano, ale dziś nikt nie ma chyba większych wątpliwości, że jak tak dalej pójdzie, to stolica będzie w Berlinie. Interesujące, prawda? Gdyby chociaż mieć taką pewność, że państwo, które przegrało wojnę, mordując sześć milionów naszych obywateli i barbarzyńsko równając z ziemią Warszawę i wiele innych miejscowości dzisiaj nie jest już tym samym bytem, to może można by to jakoś znieść. A tak? A tak maski opadły! Kurtyna idzie w górę! I odsłania umowę Niemki Von der Leyen z krajami związku Mercosur. Odsłania „der" SAFE, na którym skorzystają niemieckie koncerny. Odsłania zakulisowe rozmowy Niemców z przedstawicielami Federacji Rosyjskiej na temat takiego, czy innego wznowienia umowy na dostawy gazu ze Wschodu. Odsłania knucie Niemców na rzecz zmiany zasad głosowania w Unii Europejskiej w kluczowych sprawach, jak te, dotyczące ewentualnych nowych krajów stowarzyszeniowych bądź członkowskich. W końcu odsłania nową doktrynę bezpieczeństwa RFN, w myśl której do 2039 (!) roku Niemcy mają sformować najsilniejszą armię w Europie. OK? Jeśli mają być najsilniejszą armią w Europie, to jaka będzie struktura tak uparcie forsowanej armii europejskiej? Taka, jak każdy się domyśla. W rezultacie Wojsko Polskie zmieni się w jakąś polską bundeswehrę. Już dziś okazuje się, że potrzebujemy pomocy armii niemieckiej, by przesunąć parę klocków na granicy z Białorusią. Na drodze do pełni niemieckiego
szczęścia przy tworzeniu przestrzeni gospodarczej w Polsce stoi w zasadzie jeszcze tylko prof. Adam Glapiński w Narodowym Banku Polskim. Dopóki Berlin ma w Polsce wielką przychylność Tuska, realizacja sugestii niemieckiego pisarza Klausa Bachmanna, by polski premier sięgnął po wielkie rezerwy NBP może wyjść poza czystą publicystykę. I może się wydawać, że turbo zadłużanie Rzeczypospolitej Polskiej przez rząd koalicji przegranych do tego właśnie zmierza. I mamy to, co mamy po 22 latach pobytu w „raju".
Któżby jeszcze w 2015 roku, gdy Zjednoczona Prawica wygrała wybory pomyślał, że za osiem lat rozpocznie się ostateczna gra o Rzeczpospolitą, lub raczej - o zgrozo!- o jej wymazanie? I, że prym w
tej grze będzie wiódł Donald Tusk z wielkimi możliwościami, jakie daje bycie premierem, czyli głową władzy wykonawczej? Jasne, że Unia czekała na Tuska w Polsce, bo tylko dzięki niemu może na terytorium
Rzeczypospolitej Polskiej realizować swe autorytarne cele. Może prowadzić działania, zmierzające do całkowitego podporządkowania naszego kraju i jego obywateli europejskiemu ośrodkowi zarządzającemu. Robić coś, co komisji europejskiej nie udawało się w czasie polskich rządów zjednoczonej prawicy, jak np. wdrożenie paktu migracyjnego. Bodaj pierwszej rzeczy, na którą zgodził się rząd koalicji przegranych, zwanej trzynastogrudniową. Dlaczego i tym razem część Polaków głosowała na Tuska? Bo przez wiele lat jemu i Platformie udawało się stosować zwykłą socjotechnikę wyprowadzenia prostej linii od tzw. wielkiego porozumienia Polaków przy okrągłym stole, przez prezydenturę bohatera narodowego
Wałęsy, po naturalne dziedzictwo pokojowej, polskiej rewolucji po stronie prawdziwych demokratów, jak Tusk, Lewandowski, Geremek i Balcerowicz. Resztę zrobiła kadra naukowa na uniwersytetach i filmowi
reżyserowie, tworzący dla szerokiej widowni. W tych warunkach przebicie się z prawdą o Annie Walentynowicz, „Solidarności Walczącej", mechanizmach prywatyzacji z lat 90-tych i do dzisiaj bardzo dynamicznej grze wywiadów: rosyjskiego i niemieckiego było okrutnie ciężkie. A jeśli komuś się udawało, to już w 90-tych latach słyszał, że jest ruskim agentem. Dlatego w Polsce, w latach 2015-2023 zmieniło się wszystko. Taśmy prawdy o Platformie zmieniły wiele, ale rządy Zjednoczonej Prawicy udowodniły, kto po której stronie stoi. Kto będzie budował i wyposażał własny dom, a kto będzie z niego wynosił albo zapraszał na gotowe do dużego pokoju. Odsłonięcie kurtyny w ostatnich kilku latach pokazało całkowite uzależnienie rządu tej koalicji od ośrodka decyzyjnego poza Polską. Operacja musiała być przygotowywana bardzo długo, niemal przez pokolenia. Specjalnie po to, by nikt nie zauważył. Jak żaba nie zauważa, że kucharz od dawna podkręca palnik. Gra idzie o wszystko. Prezydent o tym wie. Na szczęście wiedzą też o tym za Oceanem, bo sami wygrali w podobnych warunkach. Od czego lub od kogo tak dokładnie zależy, czy będzie Polska? Na pewno od samodzielnie myślących polskich patriotów. No
i od tego, czy Polacy zrozumieją, że Rzeczypospolita jest jak rodzinny dom. Jeśli go zadłużysz lub sprzedasz, to przepadłeś z kretesem.
Któżby jeszcze w 1918 roku pomyślał, że i za sto lat trzeba będzie brać się w garść wbrew bujdom o internacjonałach i jakiejś wspólnocie, w której wygrywają wszyscy, tylko nie my? Może to już ostatni raz?
