Jak Tusk wyrósł na pierwszego stand-upera w PolsceJak Tusk wyrósł na pierwszego stand-upera w Polsce

Nie dziwię się, że stand-upy Donalda Tuska, naszego nieocenionego premiera, mają największą w Polsce widownię. Nie odkryte do niedawna jeszcze talenty Donalda Tuska na taki przywilej i miejsce w hierarchii twórców rodzimego stand – upu w pełni zasługują.
Od ponad roku, a ściślej od czerwca 2025, rząd ma swojego rzecznika rządu. Jest nim Adam Szłapka, formalnie przynależny do zapomnianej już partii Nowoczesna, założonej wiosną 2015 roku przez Ryszarda Petru. Podobnie jak jego pierwszy polityczny patron, sprawia wrażenie sympatycznego. Od swego ówczesnego mistrza przejął inną cechę, która nie pozwala nazwać go złotoustym. Za to stoją przed nim odpowiedzialne zadania. Przekazywanie Polakom wybitnych osiągnięć oraz ważnych decyzji i zamierzeń rządu, których nie zauważało polskie społeczeństwo. A przez to nie było w stanie docenić sukcesów koalicji 13 grudnia. Powinnością rzecznika jest także wlewanie otuchy w nasze serca w sytuacjach kryzysowych. Oczywista, że nigdy nie zawinionych przez rząd. Weźmy choćby powodzie. Tym bardziej, że „prognozy nie były przesadnie alarmujące”. Czasami pojawiają się tylko kłopoty z odszkodowaniami dla ofiar, których niekiedy dorobek całego życia przepadał w kilka sekund w rwącym nurcie niszczącego żywiołu. Za każdym razem Adam Szłapka współczuje poszkodowanym. W imieniu rządu.
Ale nie tylko Adam Szłapka upowszechnia sprawy wagi państwowej. Od pewnego czasu zadanie to wziął też na własne barki sam premier Donald Tusk. Uznał widocznie, że jego przekaz nabierze odpowiedniej, co tu dużo mówić, najwyższej politycznej rangi. Robi to z niekłamanym upodobaniem. Regularnie, raz w tygodniu w formie mini konferencji prasowej, odbywanej każdorazowo jako wstęp do posiedzenia rządu. Są to wystąpienia na żywo, transmitowane bezpośrednio przez nasze wszystkie główne stacje telewizyjne. Publiczne i prywatne.
Podobnie jak prof. Henryk Domański, który nie ukrywa, że świetnie się bawi w piątkowe poranki, słuchając radia TOK FM, ja z równym utęsknieniem oczekuję wtorkowych posiedzeń rządu, ze względu na wspaniałe widowisko, jakie serwuje Donald Tusk. Ale w tym przypadku, w odróżnieniu od wielu innych publicznych spotkań, nigdy nie zawodzi. Sypie dowcipami jak z rękawa. Zrozumiałe, że główną rolę w spektaklu odgrywa Donald Tusk, ale nie można pominąć członków gabinetu premiera, do których umownie kierowane są słowa ich szefa. Są szczególnie uprzywilejowani, bo w myśl przyjętej konwencji, to oni jako pierwsi dowiadują się najróżniejszych rewelacji, którymi w swoim wstępie do obrad dzieli się z nimi premier. A to o tym, że konieczna jest podwyżka cen na stacjach benzynowych w związku z zamknięciem przez Iran cieśniny Ormuz. A to, że rząd wspaniałomyślnie obniżył - na kilka tygodni! - ceny paliwa, co na pewno z wdzięcznością przyjęli nie tylko zwykli posiadacze samochodów, ale firmy usługowe, zajmujące się przewozem wszelkich towarów i produktów żywnościowych. Innym razem, premier opowiada, że zdecydował o podjęciu przez naszą prokuraturę śledztwa, aby ustalić polskie wątki słynnej na cały świat sprawy przestępstw seksualnych amerykańskiego multimilionera Jeffreya Epsteina, a winnych postawić przed sądem oraz przykładnie, a więc surowo ukarać.
W tym przedstawieniu sprawą drugorzędną, niemal przypadkową, jest fakt, że dzięki obecności kamer telewizyjnych wielu stacji te same informacje, jakie kierowane są do ministrów, w tym samy czasie trafiają do tysięcy naszych rodaków.
Większość przekazywanych tam wiadomości premier mógłby przekazać na najzwyklejszych konferencjach prasowych. Ale nie o to Donaldowi Tuskowi chodzi. W istocie jest to widowisko, przypominające kabaret polityczny. W ogromnym stopniu niezamierzony. Farsa ta najbliższa jest popularnemu dziś widowisku nazywanym stand -upem, ukształtowanym na przełomie wieków XIX i XX w Stanach Zjednoczonych.
Tak jak w pokazie stand – upu, mamy do czynienia z monologiem komika, prezentującego przygotowany przez siebie program, wygłaszany na scenie przed publicznością. Widzimy, jak premier bliski jest regułom stand-upu, kiedy opowiadając dowcipy, sam stara się zachować, poważną kamienną twarz, zwiększając tym samym moc swoich żartów. Autor też stara się – trzeba przyznać z powodzeniem – aby forma wypowiedzi, a więc gesty, mimika i tonacja głosu współgrały harmonijnie z jej treścią. Widzimy rozpacz na twarzy, kiedy mówi o wetowaniu ustaw przez prezydenta. Nie jest w stanie pohamować się przed okazaniem zadowolenia z okazji podpisania umowy na program „Safe”. Podtrzymał hurra optymizm i szeroki uśmiech, kiedy zakomunikował o skierowaniu dodatkowych 17 miliardów złotych na służbę zdrowia. Ale przybrał groźną minę i dobrał odpowiednią do niej barwę głosu, zapowiadając rygorystyczną kontrolę wydatków i walkę z nadużyciami oraz niezdrowymi kominami. (Nie chodzi o niedrożność kominów, lecz o tzw. kominy płacowe – JJ).
Premier czyni wysiłki, aby stworzyć pozory familiarnej atmosfery, wtrącając do swojej publiczności słowa poufałości, mających stanowić wyraz dopuszczenia ministrów do tajemnic rządzenia, jak np. „sami najlepiej wiecie, jak to jest...” i tu zawiesza głos. Innym razem wysuwa sugestię, że wysoko ocenia ich intelekt, mówiąc, „w tym towarzystwie, nie muszę tłumaczyć, kto na tym korzysta”.
Tak więc publiczność zgromadzona przy stole obrad rządu jest niezwykle ważnym składnikiem widowiska, dzięki któremu wystąpienie premiera zaczyna świecić pełnym blaskiem. Nikt nie zakłóca pokazu, gdyż od momentu, w którym premier zaczyna swój występ, nie słyszymy, ani nie widzimy reakcji publiczności. Tracimy na nią widok. Możemy jedynie domyślać się, w jakim skupieniu i milczeniu siedzący przy stole ministrowie z ogromną uwagą przyjmują słowa premiera. Jakby tu delikatnie powiedzieć, niezależnie od tego, jaką wartość one mają. Czym te słowa w gruncie rzecz są i czemu mają służyć.
Takim klasycznym stand – upem premiera był plan uczynienia Polski potęgą morską, kiedy podczas jednego z sierpniowych posiedzeń prezentował rządowy projektu ustawy o strategicznych inwestycjach infrastrukturalnych. Wprawdzie zapowiadał, że nie będzie wymieniał wszystkich inwestycji, bo jest ich ogrom, ale nie potrafił się pohamować. Przy ósmej, dziewiątej i kolejnych, raczej wszyscy zapomnieli już jakie były pierwsze. Wszystko, to – inwestycje portowe, w Gdyni, Gdańsku, projekty kolejowe, łączące porty z resztą kraju, program jądrowy, rozbudowa portu w Świnoujściu – mają wielkie znaczenie dla obronności, zwiększają bezpieczeństwo, rozwijają gospodarkę - uzasadniał. Przekonywał, jakby to nie było dla wszystkich oczywiste. - Tak naprawdę tworzymy cały system, który da Polsce absolutnie wiodącą, kluczową rolę na Bałtyku – podkreślił.
W swoim stand – upach premier robi wysiłki, aby stworzyć obraz naturalności. Niestety kamuflaż nie udaje się, bo widać jak na dłoni, jak autora w tych wystąpieniach oszałamia, pochodząca prawdopodobnie z jego wnętrza pycha. Żyje przez tę chwilę w przeświadczeniu, że oto przedstawia przed światem doniosłe rzeczy, które zmieniają jego bieg. Z tego przypisywania sobie nadzwyczajnej roli wyrasta próżność, która go dodatkowo łechce. Właściwie dopiero dzięki stand-upom jaskrawo pojawiają się nowe, niewidoczne do tej pory cechy. Do niedawna na plan pierwszy przebijały się skłonności do manipulacji, zafałszowywania, oszustw, kłamstw i nie kontrolowanego składania pod wpływem nie do końca zrozumiałych motywów, obietnic. Tymczasem każdy nowy tydzień, kiedy przychodzi czas obrad rządu, Donald Tusk dostarcza dowodów, że w tkwią w nim niezmierzone pokłady najróżniejszych inwencji. Także twórczych.
