Demokracja gdańskich ochłapówDemokracja gdańskich ochłapów

Państwo miało być do kitu, a samorządowcy ze złota.
Z tej okazji ogłosili w okrągłą 30. rocznicę wyborów 4 czerwca 21 postulatów samorządowych.
Żeby Polska była wreszcie Polską... samorządną, solidarną, "w której mieszkańcy sami decydują o losach swoich lokalnych wspólnot".
Chcieli więcej władzy, nowych jej narzędzi, więcej wspólnego majątku i europejskich pieniędzy, a mniejszej wobec państwa podległości.
Dziś już tak nie lamentują.
Ćwierć wieku temu budżet Gdańska sięgał 700 mln złotych. Żeby miasto funkcjonowało, a władza się wyżywiła, sprzedano infrastrukturę krytyczną socjaldemokratom z Lipska, co gdańskim łyczkom prezentowano jako użyteczną ogółowi prywatyzację. Dziś budżet miasta to ponad 6 mld zł, 9 razy więcej niż w 2002 roku.
Chce się żyć, a nie wyć... przy własnych wypłatach.
Z tej wdzięczności różnych przechodniów częstowano pączkami opłaconymi miejskim groszem, za pieniądze podatników nabyto tort za 6 tys. zł, który prominenci władzy "wsunęli" w imieniu "drogich" miejscowych mieszczan, dla polepszenia relacji społecznych elektoratowi rozdawano cebulki tulipanów.
Jakby to powiedział znany analfabeta - "Zdrowie wasze w gardła nasze".
Kolekcjonując posady związane z... posadą w urzędzie uwagę ogółu obywateli przywódcy gminni zaprzątają urokiem budżetu obywatelskiego. To pół procenta zabawnej demokracji ochłapów - raptem 31 mln złotówek do rozdrapania w miejskiej loterii.
Sprytne, ale płytkie.
Przyjemnie zauważyć, że coraz mniejsza liczba podatników - 34,4 tys. w 2026 wobec 42 tys. w 2025 - daje się nabrać na tę polityczną szarlatanerię. Gdańsk to nie jest Porto Alegre i szczątkowa partycypacja społeczna jako sposób na walkę z wykluczeniem społecznym, przestaje przesłaniać istotę władztwa samorządowego.
To polityczna mistyfikacja, bo budżet obywatelski to w istocie cały budżet Gdańska - ponad 6 mld złotych powstaje z podatków, które płacą "drodzy Gdańszczanie", z ich dochodów i majątku - prywatnego i publicznego, który powierzono w zarząd "mieszkańcom" wybranym w wyborach przez innych mieszkańców według klarownego klucza partyjnego. W Gdańsku zastępy Tuska lepiej są postrzegane niż zastępy Kaczyńskiego, zastępów Czarzastego i Kosiniaka-Kamysza nigdzie w okolicy nie widać.
Nie jest chyba trudno podołać sprawom gdańskim za tyle miliardów złotówek?
Przede wszystkim reprezentować interes publiczny, interes obywateli w relacjach zewnętrznych z silnymi firmami budowlanymi, respektować nader wszystko dobrostan mieszkańców w konfrontacji z ekspansją przemysłu, zwłaszcza gdy ingeruje w substancje społeczna dzielnic. Przestać mamić ludność swoją - "mieszkańców, którzy sami decydują o losach swoich wspólnot" - znaczeniem okruchów z budżetu obywatelskiego.
Zacząć chodzić pieszo i jeździć autobusem do urzędu, dzieci swoje do szkól publicznych posyłać, porezygnować z rad nadzorczych i finansowego tuczenia swojej okolicy politycznej. Nie brać też pieniędzy na kampanie od swoich podwładnych. Wtedy wstyd będzie ławką na skwerze opłacić wieżowiec przy skwerze czy tramwaj pod oknem...
Tumanić "drogie Gdańszczanki i drogich Gdańszczan", że "sami decydują" o ułamku budżetu, choć mamy system przedstawicielski a nie demokrację bezpośrednią to zręczny wybieg, który przesłania realne emocje i możliwości władzy. Rządzić może wtedy frazesem, mylić tropy, stawiać przesłony.
Gdańskiem nie rządzą niedorajdy, reprezentują godny własny budżet... obywatelski. Wyczytać można, że sezon 2025 A. Dulkiewicz pokwitowała na poziomie 335 tys. zł, jej pierwszy zastępca Piotr Grzelak zamknął rok kwotą 447 tys. zł, 430 tys. zł to budżet obywatelki sekretarz Danuty Janczarek, obywatelka skarbnik Izabela Kuś sięgnęła po 400 tys. zł, poziom 351 tys. zł odnotował zastępca prezydenta Piotr Borawski, nieco ponad 320 tys. zł w dobytku wiceprezydent Moniki Chabior, tylko wiceprezydent Emilia Lodzińska pozostała w tyle - jedynie 270 tys. zł.
