Demitologizacja czyli mistyfikacja. O książce Cezarego ŁazarewiczaDemitologizacja czyli mistyfikacja. O książce Cezarego Łazarewicza
Przez media przetoczyła się kampania promocyjna książki Cezarego Łazarewicza „Na Szewskiej. Sprawa Stanisława Pyjasa”. Służy ona również promocji tezy jej autora, że śmierć tytułowego bohatera była efektem nieszczęśliwego wypadku. Próba obrony tej peerelowskiej interpretacji podejmowana była w III RP wielokrotnie. Nigdy jednak nie miała za sobą tak rozbudowanych uzasadnień, jakich wydaje się dostarczać książka Łazarewicza. Nigdy także nie miała tak zmasowanego poparcia środowisk opiniotwórczych III RP. Jak często w tym systemie w tego typu kampaniach siłę argumentów zastępuje argument siły, czyli powtarzanie i potwierdzanie tego samego, co tworzy pozór nieodpartych dowodów, które w rzeczywistości są arbitralnymi deklaracjami.
Książka Łazarewicza to sporo ponad 400 stron, dużo wypowiedzi i relacji, które sprawiają wrażenie solidnej dokumentacji. Trzeba dokładnego czytania i znajomości tamtych czasów, aby odsłonić brak uzasadnienia mocno formułowanych tez. I temu, siłą rzeczy bardzo skrótowo, służyć ma niniejszy tekst.
W swoich publicznych wypowiedziach Łazarewicz posuwa się znacznie dalej niż w książce. Np. w rozmowie w „Kulturze liberalnej” deklaruje, że: „wiemy na pewno, że Pyjas nie został pobity, a przyczyną śmierci był upadek z wysokości. Te rzeczy są bezdyskusyjne”. Ma to stwierdzać m.in. prokuratura IPN. Wszystko to jest nieprawdą.
Trochę historii
Stanisław Pyjas został znaleziony martwy w Krakowie w bramie na ul. Szewskiej 7, 7 maja 1977 roku. Miał 23 lata, był studentem piątego (ostatniego) roku polonistyki i drugiego roku filozofii, a także jednym z liderów studenckiej opozycji w Krakowie. Było to środowisko osaczane, inwigilowane i zastraszane przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa. Niewiele przed śmiercią Pyjasa jego bliscy znajomi i on sam otrzymali anonimy szkalujące go i nawołujące do rozprawy z nim jako agentem SB. Uznali, że zgodnie z ówczesną strategią potraktują poważnie peerelowskie pozory państwa prawa i przekażą prokuraturze anonimy, w których znajdowały się karalne groźby. W III RP okazało się to, co było dla nas oczywiste od początku, że anonimy te pisali esbecy.
Bezpośrednio po śmierci Pyjasa w krakowskich gazetach na (nieoficjalne, oczywiście) żądanie SB ukazała się notatka, że Stanisław P., w którego krwi znajdowało się 2.6 promila alkoholu, spadł ze schodów i umarł na miejscu. Było to zaskakujące, gdyż nie została wykonana żadna oficjalna ekspertyza ani nie zostało zakończone śledztwo. Można nawet powiedzieć, że nie zostało ono rozpoczęte.
W dniu śmierci Pyjasa z moją narzeczoną i nieżyjącym już przyjacielem, Jackiem Nowaczkiem udaliśmy się do prosektorium, gdzie podałem się za brata Pyjasa i dałem łapówkę pracownikowi. Nie wiedział on jeszcze o kontekście sprawy i pozwolił nam obejrzeć zwłoki przyjaciela. Jego twarz nosiła ślady ciężkiego pobicia.
Pogrzeb Pyjasa w jego rodzinnych Gilowicach był manifestacją siły SB, której funkcjonariusze w dużej liczbie usiłowali straszyć uczestników, szydzili z nich, filmowali i fotografowali.
Grupa zaangażowanych w opozycję przyjaciół Pyjasa, wspieranych przez działaczy Komitetu Obrony Robotników, który powstał 9 miesięcy wcześniej i z którym współpracowaliśmy już od jakiegoś czasu, zorganizowała bojkot juwenaliów i serię manifestacji. Ogłosiliśmy powstanie Studenckiego Komitetu Solidarności, który miał działać na rzecz powołania niezależnej, apolitycznej organizacji studenckiej, a także stanowić ośrodek obywatelskiego zaangażowania studentów. Kolejne SKS-y powstały w innych większych miastach akademickich. W Krakowie, ale także np. we Wrocławiu stały się one najważniejszymi ośrodkami przedsierpniowej opozycji, a w 1980 roku organizowały Solidarność i NZS.
Śmierć Pyjasa już we wrześniu 1977 roku została uznana za wypadek na podstawie ekspertyzy zespołu kierowanego przez prof. Zdzisława Marka. Jednak nawet ówczesne badania wykazały, że ciało zabitego nie mogło leżeć tam, gdzie zostało znalezione, gdyby spadł ze schodów. Przyjęto więc karkołomną interpretację, że przewrócił się na równym gruncie, jego obrażenia pochodzą od uderzenia twarzą o nierówności posadzki, a śmierć nastąpiła na skutek uduszenia się krwią. To, że sprawa nie do końca zamknięta została po myśli SB i odrzucono wersję upadku ze schodów, zawdzięczamy mecenasowi Andrzejowi Rozmarynowiczowi, jednemu z bardziej znanych wówczas adwokatów Krakowa, prawnikowi kurii. Na prośbę przyjaciół Pyjasa, skierowaną do krakowskiego Kościoła, Rozmarynowicz zaproponował swoje usługi rodzinie i podjął się roli jej rzecznika. Protestował przeciw ówczesnemu orzeczeniu prokuratury i zamknięciu sprawy.
Wskutek presji przyjaciół Pyjasa pytanie o przyczynę jego śmierci zostało na nowo postawione po 1990 roku. Nowa ekspertyza sporządzona w 1991 przez profesorów Władysława Nasiłowskiego z Katowic i Andrzeja Jakilińskiego z Lublina uznała, że wszystko wskazuje, iż przyczyną śmierci było pobicie, a ciało najprawdopodobniej podrzucone zostało na ulicę Szewską.
Ponowne śledztwo w skrajnie niesprzyjających warunkach podjął prokurator, Krzysztof Urbaniak. Pomimo tego, że ogromna większość dokumentów została zniszczona, ciągle jeszcze obowiązywały klauzule tajności w stosunku zarówno do pracowników SB, jak i ich agentów oraz stałej obstrukcji zarówno ze strony starych funkcjonariuszy, jak i nowej władzy, udało się mu zrekonstruować przekonującą hipotezę zabójstwa Pyjasa, najprawdopodobniej dokonanego przez SB, albo na jej zlecenie. Udało się mu również oskarżyć ważnych pracowników tej instytucji w Krakowie o sprowadzanie śledztwa na fałszywe tory. Dwóch z nich stanęło przed sądem (w pozostałych wypadkach odstąpiono od ich ścigania z powodu wieku) i zostało skazanych prawomocnymi wyrokami na karę w zawieszeniu.
W 2010 roku dokonano ekshumacji Pyjasa i obok obrażeń identyfikowanych wcześniej stwierdzono złamanie kości szyjki udowej oraz pęknięcie miednicy. Biegli uznali, że to uszkodzenia typowe dla upadku z wysokości. Dlatego znowu przychylili się do wniosku o wypadnięciu z dwóch i pół piętra klatki schodowej jako o przyczynie śmierci. Z tym, że nie przesądzili czy nie uczestniczyły w tym osoby trzecie, które mogły Pyjasa zepchnąć ze schodów.
W 2021 roku IPN zakończył śledztwo w sprawie śmierci Pyjasa „z powodu niewykrycia sprawców”.
Ostatnią ekspertyzę Łazarewicz traktuje jako niekwestionowalną, uznając jednocześnie, że przesądza ona o przypadkowym charakterze zgonu. Pomija wszelkie wątpliwości zgłoszone pod jej adresem choćby przez prok. Urbaniaka. To niestety metoda autora „Na Szewskiej”. Książka służy uzasadnieniu określonej tezy. Wszystko, co ją wspiera, jest eksponowane i niepoddane żadnej krytycznej analizie, wszystko, co jej przeczy, jest nie zauważane, albo lekceważone.
Czego nie wyjaśnia ostatnia ekspertyza
Przede wszystkim ułożenia ciała. Nie mogło ono spaść ze schodów i leżeć w miejscu, w którym zostało znalezione. To 24 maja 1977 r. po wizji lokalnej Marek napisał: „/.../ wykluczyć trzeba, aby upadek denata nastąpił z któregokolwiek piętra (przez poręcz klatki schodowej) na posadzkę.”
Wyjaśnienie, że po upadku z wysokości ciało odbija się i przemieszcza na inne miejsce, jest niezgodne z prawami fizyki. Inne, któremu hołduje Łazarewicz, że Pyjas spadł, a następnie przeczołgał się na miejsce, gdzie został znaleziony, wyklucza ekspertyza z 1977 roku, której nikt nie podważył. Obrażenia głowy Pyjasa dowodzą, że musiał on całkowicie utracić przytomność w momencie ich odniesienia. Ten stan rzeczy powodował, że ewentualni sprawcy musieli uznawać niedające znaku życia ciało za martwe. Przeczy to podnoszonemu wielokrotnie przez Łazarewicza argumentowi, że ci, którzy zmasakrowali Pyjasa, nie pozostawiliby go przecież przy życiu. Teza ta jest w ogóle wątpliwa, gdyż mogliby oni chcieć wyłącznie zastraszyć jego i środowisko, a to, że SB miałoby się obawiać oskarżenia o pobicie, może formułować wyłącznie człowiek, który nie znał tamtych czasów, albo świadomie je mistyfikuje. W tym konkretnym przypadku nie ma to jednak znaczenia, gdyż Pyjas nie dawał oznak życia i ewentualni sprawcy byli przekonani o jego śmierci.
Dodatkowo na w klatce schodowej nie ma śladów krwi, które tego typu przedśmiertne przemieszczenie się Pyjasa musiałoby zostawić.
Nb.: Łazarewicz uznaje zgodnie z ekspertyzami z 1977 roku, że możliwe jest, iż brak śladów krwi spowodowany jest wsiąknięciem jej w podkoszulek i zarost Pyjasa. Równocześnie za dowód, który przekreśla wersję podrzucenie jego ciała do bramy, uznaje… brak śladów krwi na posadzce. Jak widać, te same dowody interpretuje radykalnie odmiennie zależnie od tego, co miałoby być ich efektem.
Eksperci zakładający upadek w klatce schodowej nie potrafią wyjaśnić szeregu obrażeń na ciele Pyjasa oraz otarć na jego ubraniu, które nie mogły być efektem upadku. Zakładają więc, że powstały one na skutek zderzeń spadającego ciała ze ścianą i poręczami schodów. Przeczy temu bardzo dokładne badanie zarówno schodów, jak i ściany w 1977 roku, które nie doprowadziło jednak do znalezienia śladów takich otarć. Śledczym w 1977 roku bardzo na tym zależało, gdyż pozostałości takie uprawdopodobniałyby wersję wypadku.
Dodatkową przyczyną wątpliwości wobec wersji ekspertów z Wrocławia są znaki na ciele Pyjasa: pod pachą i na ramieniu, które powstały przed jego śmiercią. Nie potrafili ich oni wyjaśnić. Urbaniak wskazywał, że są charakterystyczne dla obezwładniania i prowadzenia siłą człowieka.
Kluczowym argumentem jest brak odcisków palców Pyjasa w klatce schodowej. Eksperci z Wrocławia zakładają, że upojony do nieprzytomności Pyjas wspina się na wysokość dwa i pół piętra i wylatuje przez barierki. Jest noc. Stroma klatka schodowa jest zupełnie ciemna: zepsuto oświetlenie, inne światło nie dochodziło tam. Każdy trzeźwy człowiek, wchodząc po schodach na Szewskiej, trzymał się poręczy albo ściany. Zgodnie z wersją biegłych nieprzytomnie pijany wbiega, nie dotykając ani ściany, ani poręczy i potem spada, nadal nie dotykając niczego.
Jedną z kluczowych przesłanek wskazującą udział osób trzecich w śmierci Pyjasa jest wytarcie śladów palców na poręczy, ścianie i w całej klatce schodowej. Zostało tam jedynie kilka odcisków zatartych tak, aby nie można ich było zidentyfikować, ale nie wystarczająco dokładnie, aby zniknęły. Jedyny wyraźny odcisk należy do Mieczysława Czubaka, który mieszkał na Szewskiej 7 i tego dnia wyszedł bardzo wcześnie. Poprzednie zostały wytarte.
Łazarewicz twierdzi, że nie znaleziono ich dlatego, iż milicja wzięła się niechlujnie do roboty, a kiedy dowiedziała się, że ma działać intensywnie – tego samego dnia, parę godzin później – odciski zostały już zatarte. To niepoważne tłumaczenie jednoznacznie odsłania intencje Łazarewicza. Za wszelką cenę usiłuje on wymyślić wersję, która broniłaby interpretacji nieszczęśliwego wypadku, nawet jeśli przeczy jej zdrowy rozsądek.
Odciski palców nie anihilują się po kilku godzinach. Ktoś musiał je świadomie wytrzeć: większość definitywnie, niektóre częściowo, ale wystarczająco dla uniemożliwienia identyfikacji.
Człowiek, który spada, zawsze krzyczy – nikt nie słyszał tam krzyku, ani uderzenia ciała o posadkę. A uderzenie musiałoby być głośne, klatka jest mocno akustyczna, a kilku jej mieszkańców nie spało. Natomiast jedna z mieszkanek słyszała o tej właśnie porze ok. 2 w nocy odgłos „jakby osypującego się tynku”, co prokurator Urbaniak zestawił z dźwiękiem, jakie wydać mogło ciało położone na posadzce.
Nie wiadomo dlaczego eksperci z Wrocławia nie wzięli pod uwagę jego wersji, która przekonująco zestawia oraz tłumaczy wszystkie okoliczności.
Urbaniak założył, że sprawcy usiłowali upozorować upadek Pyjasa w sieni kamienicy przy ul. Szewskiej 7, po uprzednim pobiciu go w piwnicy tej posesji. Wchodzi się do niej z podwórka, na które wahadłowe drzwi znajdowały się 2 metry od miejsca, gdzie ciało Pyjasa zostało znalezione. W głąb piwnicy prowadziły strome, wysokie, kamienne schody. Upadek z nich mógłby spowodować te same obrażenia, które zdaniem ekspertów z Wrocławia spowodował upadek na klatce schodowej. W piwnicy bardzo głośno pracował generator uniemożliwiający usłyszenie przez osoby postronne dobiegających stamtąd krzyków czy innych dźwięków.
Na rzecz tej hipotezy świadczy relacja dawnej właścicielki kawiarni „Kropka”, która znajdowała się na Szewskiej 7 i piwnica należała do niej. Generator służył mrożeniu lodów. Właścicielka zeznała już w latach 90., że pracownica opowiedziała jej o znalezieniu okularów w tej piwnicy. Właścicielka obawiała się poruszać tę sprawę. Nie wiemy, czy po prostu bała się SB jak wszyscy w tamtym czasie, czy była straszona. W każdym razie bardzo prędko po śmierci Pyjasa dostała zgodę na przeniesienie swojej działalności gdzie indziej, o co bezskutecznie zabiegała długi czas.
Pyjas potrzebował okularów do pisania i czytania, a więc swojej podstawowej aktywności. Ponieważ złamały się mu parę dni przed śmiercią, skleił je plastrem i zawsze nosił w kieszonce bluzy jako rzecz niezbędną. Nie znaleziono ich przy jego zwłokach. Nad tymi okolicznościami Łazarewicz się nie pochyla.
Nie pochyla się również nad świadectwem Czubaka, który zeznał, że ktoś „bardzo dyskretnie” starał się otworzyć drzwi jego mieszkania ok. godz. 1:50, a więc w czasie kiedy według opinii biegłych z Wrocławia St. Pyjas miał już nie żyć, po czym zorientowawszy się, że drzwi są zamknięte na łańcuch, delikatnie je domknął. Wcześnie rano Czubak znalazł obok swoich drzwi chlebak Pyjasa. Jeżeliby pokrzywdzony miał wypaść przez barierkę, dlaczego chlebak leżałby w miejscu oddalonym od niej? Dlaczego ktoś późno w nocy w nieomal idealnej ciemności usiłuje dostać się do mieszkania Czubaka? Ktoś absolutnie trzeźwy, o czym świadczy jego zachowanie. Łazarewicz się tym nie zajmuje, ale pewnie uznałby to za jeden ze zbiegów okoliczności, które w jego wersji przyrastają w trybie geometrycznym. Ich nawarstwieniem się wyjaśnia m.in. śmierć Stanisława Pietraszki.
Druga śmierć
Ten kolega Pyjasa zeznał, że widział go pod akademikiem „Żaczek”, w którym obaj mieszkali, ok. 17.30. w dniu jego śmierci. Widział także kogoś, kto wyglądał, jakby śledził Pyjasa. Na podstawie relacji Pietraszki sporządzony został portret pamięciowy owego człowieka.
Dwa miesiące później na zaproszenie świeżo poznanej dziewczyny Pietraszko jedzie nad Zalew Soliński. Nie zastaje jej, nocuje na ławce i wtedy zostaje mu ukradziony dowód osobisty, co zgłasza na milicji. Rozmarynowicz uznawał, że była to metoda identyfikacji Pietraszki. Bezpośrednio potem zostaje znaleziony utopiony w Zalewie w czepku i kąpielówkach. Pietraszko nie umiał pływać i miał alergiczny wodowstręt. Powodowało to naturalne podejrzenia co do tego, że jego śmierć nie miała charakteru naturalnego i związana była ze śmiercią Pyjasa. Co na to Łazarewicz? Czytelnicy mogli już odgadnąć. To seria zbiegów okoliczności.
Pierwotnie sądzono, że to Pietraszko ostatni widział Pyjasa. Łazarewicz odnajduje świadków, którzy pili z nim piwo później. Ogłasza, że podważa to znaczenie świadectwa Pietraszki. Dlaczego? Przecież wartość tego zeznania nie polega na czasie, w którym świadek widział Pyjasa, ale na identyfikacji kogoś, kto prawdopodobnie go śledził na kilka godzin przed śmiercią. Łazarewicz wyciąga więc kolejny argument, który ma podobno dezawuować świadectwo Pietraszki. Na milicję zgłosił się mieszkaniec Żaczka podobny do portretu pamięciowego, aby oświadczyć, że to nie on. Zdaniem Łazarewicza ma to kluczowe znaczenie. Czy fakt, że ktoś podobny do portretu pamięciowego nie jest osobą, o którą chodzi, podważa zeznania, na podstawie których podobizna została sporządzona? Czy portret pamięciowy jest wiarygodny tylko wtedy, gdy do nikogo nie jest podobny? Przecież to nonsens.
Ale podobno Pietraszko naprawdę nie byłby w stanie rozpoznać osoby, którą identyfikował jako śledzącą Pyjasa. Skąd Łazarewicz to wie? Od peerelowskich prokuratorów. Twierdzę, że zeznania te nie odpowiadają prawdzie.
Pozostają jednak dziwne okoliczności śmierci Pietraszki. Łazarewicz ma na wszystko precyzyjną odpowiedź. Skąd? Od świadka, którego odnalazł po 45 latach.
Wersja, że Pietraszko uległ wypadkowi i sam się utopił w „Na Szewskiej”, oparta jest na jednym świadku, chociaż zwykły czytelnik raczej tego nie zauważy. Świadek objawił się Łazarewiczowi czterdzieści pięć lat po śmierci Pietraszki, deklaruje się jako jego przyjaciel, zna i pamięta wszystkie okoliczności. Tylko o jednym Łazarewicz nie pisze – jak to się dzieje, że przez czterdzieści pięć lat świadek, podobno przyjaciel Pietraszki milczał i po raz pierwszy o wszystkim mówi mu, prawie pół wieku później. Przez czterdzieści pięć lat, gdy publicznie podnoszone były wszelkie kontrowersje związane ze śmiercią Pietraszki, nie zabierał głosu. Po czym, kiedy Łazarewicz wydobywa go, jak królika z kapelusza wszystko wie i pamięta.
Mówi np., że Pietraszko zawsze chodził się myć w czepku, żeby chronić włosy. Podobno wszyscy w akademiku o tym wiedzieli. Dlaczego nikt o tym wcześniej nie mówił, kiedy zastanawiano się nad tym, że znaleziono go w czepku? Po przeczytaniu książki Łazarewicza rozmawiałem z osobami, które znały Pietraszkę – nic nie wiedziały o tym jego, podobno powszechnie znanym obyczaju. Można założyć, ze czterdzieści pięć lat upłynęło i zapomniały a tylko ten świadek to pamięta, ale dlaczego przez czterdzieści pięć lat nic o tym nie mówił?
Ja byłem – mówi ten świadek, który nie istniał przez czterdzieści pięć lat – w pierwszej ekipie, która weszła do pokoju Pietraszki zapieczętowanego w domu akademickim i od razu znalazłem jego dowód osobisty. Dowód, który został ukradziony Pietraszce, kiedy ten nocował na ławce pod Soliną. Ukradziono mu wyłącznie dokument. Odkryty przez Łazarewicza świadek twierdzi, że skoro dowód znalazł się w akademiku, to znaczy, że Pietraszko go zapomniał, a ponieważ nie chciało mu się go szukać, poszedł zameldować na milicję o jego zagubieniu. Dla znających PRL brzmi to nieprawdopodobnie. Oszukiwanie milicji było wtedy poważną i ryzykowną sprawą, a Pietraszko nie miał w sobie nic z desperata. Clou znajduje się jednak potem. No bo przecież, mówi ów wszystkowiedzący świadek, jeżeli naprawdę bezpieka ukradła dowód Pietraszce, to musiałaby włamywać się do zaplombowanego pokoju, żeby go podrzucić. Dzisiejszy czytelnik może potraktować to poważnie, ale ktoś, kto zna PRL...
Wynika z tego, że milicja i esbecja były niezależnymi instytucjami i jeśli MO zaplombowała pokój, to SB musiałaby się do niego włamywać, aby coś podrzucić. Nie będę tłumaczył absurdu tej interpretacji. MO we wszystkim musiała słuchać SB. Na jej polecenie dowolną liczbę razy plombowałaby i odplombowała pomieszczenie. Najprawdopodobniej zresztą dowód został tam zostawiony w momencie pieczętowania pokoju, po śmierci Pietraszki. Jeśli w ogóle się tam znajdował, a wszystkowiedzący świadek go widział.
Podsumujmy: całą sprawę Pietraszki, łącznie z wyglądem wybrzeża relacjonuje Łazarewiczowi jeden świadek, który milczał przez czterdzieści pięć lat, pomimo że w sferze publicznej wątpliwości na ten temat były bez przerwy eksponowane, a ten zapomina zapytać go: dlaczego mówi o tym dopiero teraz. Natomiast jego relację traktuje jako dowód. Jeśli świadek jest dla niego wygodny, pomija wszystkie wątpliwości, broń Panie Boże nie drąży ich i nie zadaje na ten temat niewygodnych pytań. Odwrotnie jest ze świadkami niepotwierdzającymi jego wersji.
PRL jako państwo prawa
Z książki Łazarewicza wynika, że była nim bardziej niż III RP. Zeznania ubeków i ich agentów, prokuratorów i ich biegłych traktowane są przez Łazarewicza jako niepodważalne świadectwo. Peerelowscy prokuratorzy pod wodzą Henryka Sołgi starali się, jak mogli, aby wyjawić okoliczności śmierci Pyjasa – twierdzi Łazarewicz. A skoro ich uczciwe śledztwo wykazało, że był to wypadek, trzeba przyjąć to do wiadomości.
Sęk w tym, że każdy, kto wtedy żył, doskonale wiedział, że nie było żadnej niezależnej prokuratury w PRL. Stanowiła ona element tego samego układu co SB i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Szczególnie my, obserwując śledztwo w sprawie śmierci Pyjasa. Jeśli prokuratorzy chcieli się od nas czegoś dowiedzieć to z pewnością nie jego realnych okoliczności. Robili wszystko, abyśmy potwierdzili, że to był wypadek. Próbowali nas zastraszyć. Wmawiali alkoholizm i narkomanię Pyjasa. Nikt z nas wtedy nie miał do nich żadnego zaufania.
Główny prokurator, Sołga po śmierci Pyjasa wypytywał mnie głównie o to, z kim się spotykam i o czym rozmawiam. Kiedy odmówiłem odpowiedzi i poprosiłem, aby wyjaśnił: jaki związek ze sprawą mają te pytania, podsunął mi zaciśniętą pięść pod nos i wrzasnął: „My się z wami rozprawimy! Z wami wszystkimi się rozprawimy!”.
I na podstawie świadectw tych „bezstronnych” prokuratorów Łazarewicz twierdzi, że Pietraszko nie potrafiłby rozpoznać osobnika, którego widział za Pyjasem.
Rozmarynowicz powtarzał, że Pietraszko jest pewny, że człowieka tego może rozpoznać. Adwokat mówił mi to osobiście wielokrotnie i powtarzał w latach dziewięćdziesiątych. Być może powodowany strachem Pietraszko prokuratorom powiedział co innego. Być może wymusili to na nim. W każdym razie Pietraszko bardzo się bał. Rozmarynowicz miał wyrzuty sumienia, bo był pewien, że wiedza Pietraszki na temat człowieka, który śledził Staszka, spowodowała jego śmierć.
Łazarewicz przyjmuje świadectwa funkcjonariuszy PRL-u za prawdziwe, a więc wychodzi mu ich wersja. Stwierdza np. że w dzień śmierci Pyjas nie był śledzony. Wyłącznie na podstawie relacji esbeków. Tych samych, którzy w latach 70. zeznawali, że Pyjas w ogóle nie był obiektem zainteresowania SB.
Dokumenty z tamtego czasu zostały dokładnie zniszczone. Zachowało się wyłącznie to, co z powodu biurokratycznej manii komunistycznego systemu, który reprodukował bez końca dokumenty, przechowało się w innych zbiorach związanych z innymi sprawami. Łazarewicz pisze, że na zlecenie centrali SB zaczęła rozpaczliwie szukać danych o tym, co działo się z Pyjasem w dniu jego śmierci i znalazła jeden dokument: relację agenta, który zobaczył Pyjasa „Pod blachą”. Oczywiście przypadkowo. A może przypadkowo zachowała się ta relacja?
Natomiast w IPN znajduje się inna relacja z inwigilacji Pyjasa niedługo przed jego śmiercią. Agenci opisują precyzyjnie i bez wyjątku wszystkie jego posunięcia, posiłek, który zjada, czas, który spędza w każdym miejscu, nawet na przystanku czekając na tramwaj.
Jeśli inwigilacja Pyjasa niedługo przed śmiercią była tak dokładna to dlaczego nagle została zdjęta? Zdrowy rozsądek wskazuje, że nic takiego nie nastąpiło i trwała ona cały czas, a ponieważ dokumenty zostały zniszczone, to znalezienie wspomnianego opisu wskazuje jej metodę. Jeśli Pyjas był tak nieważny, to po co jednego dnia, w którym nic specjalnego się nie działo tak dokładnie, był inwigilowany przez kilku agentów?
Do tego, kim był Pyjas, dla SB jeszcze wrócę. Teraz opiszę kolejną śmierć związaną ze sprawą.
Eksplozja przypadków
We wrześniu 1977 roku w knajpie „Pod filarkami” agent MO (milicja „wypożyczała” ich na żądanie SB), były bokser, Marian Węclewicz spotyka się z byłym funkcjonariuszem UB Tadeuszem Sową. Ten jest konfidentem SB, ale Węclewicz o tym nie wie. Wpijają po pięćdziesiątce, bo nie mają na więcej. Węclewicz idzie po pieniądze do Jana Knapika, który, jak mówi, jest mu je winien za pobicie Pyjasa. Węclewicz dokładnie opisuje to Sowie, który Knapika nie zna. Ten przyjmuje nieproszonego gościa, poi wódką, a kiedy się ona kończy, wychodzi w towarzystwie gościa, aby nabyć jej kolejną porcję. To, co działo się u Knapika, wiemy z zeznań jego i jego żony. Bezpośrednio po wyjściu Węclewicz spada ze schodów i ginie na miejscu. Sprawa zostaje uznana za wypadek i natychmiastowo umorzona. Jednak Knapikowa w latach 90. zeznaje, że jej mąż bezpośrednio po śmierci Węclewicza wraca do mieszkania i zakazuje jej o spotkaniu opowiadać, po czym ucieka wraz z nią z mieszkania. Ukrywa ją i siebie. Zostaje znaleziony na melinie.
Sowa przekazuje do SB informację o rozmowie z Węclewiczem, ale z dokumentem tym nic dalej się z nią nie dzieje. To zresztą jeden z dowodów matactw SB, na podstawie których jej dwaj funkcjonariusze zostali skazani. Naczelnik SB, Jan Bill twierdzi, że to była konfabulacja, a Łazarewicz… naturalnie mu wierzy. Nie dochodzi, dlaczego zapłacono za nią Sowie 5 tys. zł, co stanowiło ekwiwalent bardzo dobrej miesięcznej pensji.
Do SB zgłasza się podobno zupełnie niezrównoważony człowiek, którego nikt nie traktuje poważnie, żąda za swoje absurdalne konfabulacje 10 tys. zł, a funkcjonariusze SB… obiecują mu je, z tym że na początku wpłacają połowę.
W informacji Sowa przekazuje prawidłowe dane Knapika, którego nie znał, a dowiedział się o nich od Węclewicza. Knapik był pracownikiem konsulatu francuskiego w Krakowie i dużo wskazuje, że był agentem wywiadu PRL. Papiery na jego temat zostały dokładnie zniszczone. Tymi sprawami Łazarewicz się nie zajmuje. Aby podważyć relację Sowy, zbiera dane, które mogłyby uprawdopodobnić jego niestabilność mentalną. Właściwie bezkrytycznie powtarza wersję SB, mimo, że nie wygląda ona poważnie.
Argumentem przeciw uczestnictwu Węclewicza w zabójstwie Pyjasa ma być to, że boksował w lżejszych wagach, a więc nie cechował się potężną posturą, a w ogóle był już zniszczony przez alkohol. Tyle, że Węclewicz nie mówił, że Pyjasa pobił samotnie.
Kim był Stanisław Pyjas
Według Łazarewicza nikim ważnym. Tym bardziej ma to odbierać uzasadnienie atakowi na niego. Łazarewicz wie to z relacji esbeków. Szokujący, choć specyficznie ukryty w książce jest fakt, że opiera się prawie wyłącznie na ich zeznaniach głównie w III RP, a nie bierze pod uwagę dokumentów sporządzonych przez nich i ich agentów w trakcie dziania się sprawy. Odnotowuje je w książce, aby przejść nad nimi do porządku dziennego. Jak np. nad meldunkiem konfidenta, Jarosława Reszczyńskiego, który został wprowadzony do naszej grupy, aby ją rozpracować na początku 1976 roku. W jego raporcie Pyjas wymieniony jest jako jeden z „dwóch mózgów grupy”. W meldunkach SB do Warszawy jest on definiowany jako jeden z liderów krakowskiego środowiska opozycyjnego. Ale tego Łazarewicz nie bierze pod uwagę, bo pytani przez niego esbecy powiedzieli mu, że Pyjas nie był nikim ważnym. Wywody Łazarewicza wielokrotnie przebiegają w poprzek cytowanych przez niego dokumentów, ale ponieważ tych ostatnich jest dość dużo, zwyczajny, czyli niespecjalnie uważny czytelnik nie będzie zajmował się wychwytywaniem niekonsekwencji, ale przyjmie, że wnioski autora wypływają z zebranych przez niego świadectw. A tak nie jest.
Pyjas chciał wycofać się z działalności politycznej – stwierdza Łazarewicz. Uważny czytelnik zorientuje się, że na potwierdzenie tej mocno formułowanej przez autora tezy ma on jedno świadectwo, agenta SB, Lesława Maleszki. Zaiste, niezwykle wiarygodna to relacja. Z tym że w książce błyskawicznie zmienia się ona po prostu w fakt. I znowu, zwykły czytelnik nie musi zauważyć, jak bardzo nikłe jest jego uzasadnienie. Nikomu innemu Pyjas tego nie mówił. Również mnie, który byłem wtedy jego najbliższym przyjacielem zdecydowanie bliższym niż Maleszka. No, ale czytelnik książki będzie miał na ten temat inne zdanie. To, że Pyjas mógł mieć chwile zwątpienia w sens ówczesnego działania, jak każdy z nas, to jedna sprawa, ale to, że chciał się wycofać, to już konfabulacja.
O tym, że Łazarewicz nie bierze pod uwagę tego, co sam pisze, zwłaszcza jeśli kłóci się to z relacjami jego najbardziej wiarygodnych świadków, czyli funkcjonariuszy i agentów SB i jeśli przeczy to hipotezie wypadku, uważny czytelnik jest w stanie wychwycić stosunkowo łatwo. Oto, pisze on, że SB zajęła się naszą grupą jesienią 1976 roku, gdy nieco wcześniej opisuje wymierzoną w nas prowokację: wprowadzenie do naszej grupy agenta (Reszczyńskiego), który przedstawia nam możliwość stworzenia i redagowania artystycznego pisma. Działo się to na początku 1976 roku. W kwietniu byliśmy przesłuchiwani a ja pierwszy raz zatrzymany na 48 godzin.
Łazarewicz eksponuje, usiłuje znaleźć albo wymyśla to, co mogłoby minimalizować naszą rolę.
Istotnym elementem „demitologizacji” śmierci Pyjasa jest powtarzana wielokrotnie przez Łazarewicza konstatacja, że to, co ja, moja narzeczona i Nowaczek wzięliśmy za ślady pobicia, było efektem sekcji, a nasza interpretacja była efektem ignorancji. Ciekawe, że to samo usiłowali nam wmówić peerelowscy prokuratorzy, ale bardziej publicznie ze względu na obecność Rozmarynowicza stanowisko to nie było podtrzymywane. Co więcej, sam Łazarewicz, w książce przytacza wypowiedzi fińskich specjalistów, których Jarmo Jääskeläinen pytał o przyczyny śmierci Pyjasa, pokazując im zdjęcia jego zwłok. Jarmo Jääskeläinen był fińskim dziennikarzem, znanym dokumentalistą, który przebywał wtedy w Polsce i w 1977 zrobił dokument roku „Śmierć studenta” o Pyjasie. Pisze Łazarewicz: „Jääskeläinen przemycił je [zdjęcia Pyjasa] do Finlandii i pokazał dwóm fińskim medykom sądowym, którzy niezależnie od siebie orzekli, że takie obrażenia nie mogły powstać przy upadku i jedynym ich wytłumaczeniem jest pobicie. Ich zdaniem chłopaka ktoś trzymał za włosy i uderzał jego głową o ścianę.”
W 1991 roku przeprowadzono nową ekspertyzę, której dokonali bardzo znani specjaliści: profesorowie Nasiłowski i Jakiliński. Uznali oni, że śmierć nastąpiła najprawdopodobniej na skutek pobicia. W takich sprawach nigdy nie formułuje się jednoznacznej odpowiedzi, bo jest ona niemożliwa. Pozostaje stopień prawdopodobieństwa. Wszystko wskazywało, że Pyjas zginął na skutek pobicia.
Czyli ja wg. Łazarewicza z powodu swojej ignorancji podtrzymywałem wersję, którą niezależnie uznawali za najbardziej prawdopodobną eksperci z dwóch krajów. Z tym, że w moim wypadku, co wielokrotnie on podkreśla, nie można jej traktować poważnie.
Kim byliśmy
Im bardziej zagłębiamy się w „Na Szewskiej”, tym bardziej musimy odnosić wrażenie, że nie tylko Pyjas nie był ważny, ale całe jego środowisko z nim na czele to w gruncie rzeczy alkoholicy, drugorzędna artystyczna bohema, którą SB zainteresowało się w braku innych zajęć. Jak się stało, że ci nieudacznicy w ówczesnych warunkach byli w stanie współorganizować główny ośrodek opozycyjny w Krakowie, tego Łazarewicz nie tłumaczy.
Kim byliśmy: Staszek, ja, niestety Maleszka, inni z naszej grupy? Owszem, byliśmy naiwni politycznie, co szybko nadrabialiśmy w opozycji, ale zdecydowanie nie byliśmy idiotami, jakimi maluje nas Łazarewicz. Przytaczany przez niego nie wiem za kim „płacz po Baaderze” to groteskowy nonsens. Z jego opowieści wynika, że czytaliśmy wyłącznie „Grę w klasy”, no jeszcze Wojaczka, bo był poetą przeklętym. Może zamiast protestować, przytoczę lektury, które omawialiśmy przez kilka ostatnich miesięcy do śmierci Pyjasa i które jeszcze jestem w stanie wyłuskać z pamięci. A więc nie tylko Wojaczek (skądinąd świetny poeta), ale także Herbert, Eliot, Rilke, Dylan Thomas; Nie tylko Cortazar, ale i Dostojewski, Kafka, Mann, a z tekstów teoretycznych: Nietzsche, Husserl, Wittgenstein, Eliade, Levi-Strauss, Bachtin, semiotycy z Tartu. Mógłbym wymieniać więcej, bo pochłanialiśmy żarłocznie słowo pisane i spierali o nie, ale chyba nie ma potrzeby. Rozumiem, że Łazarewicz nie ma do mnie zaufania, ale może to potwierdzić u Maleszki.
Nie zastanawia się nad tym, jak skończony alkoholik taki jak Pyjas studiował dwa fakultety, dostawał nagrody rektorskie i był jednym z najlepszych studentów. Nie zastanawia się, bo jak zawsze znajduje właściwego świadka. Jest nim tym razem Adam Jastrzębski, który rzeczywiście później działał w SKS-ie, ale wcześniej słabo go znaliśmy, a z Pyjasem miał kontakty sporadyczne.
Nie przeszkadza mu to obficie opowiadać o jego degeneracji i alkoholizmie. Dlaczego Łazarewicz eksponuje relacje kogoś, kto tak mało miał do czynienia z Pyjasem i nie zestawia ich z wypowiedziami tych, którzy znali go lepiej? Odpowiedź jest chyba oczywista. Trzeba docenić umiejętność znajdowania świadków, którzy zawsze potwierdzą wcześniej założoną interpretację i dbałość o to, aby żadni inni nie zepsuli w ten sposób uzyskanego efektu.
Jastrzębski mówi jeszcze, że nigdy nie wierzył w zabójstwo Pyjasa. Znowu docenić trzeba kunszt Łazarewicza. Nie pyta Jastrzębskiego, dlaczego przez blisko pół wieku nie podzielił się z nami swoimi wątpliwościami.
Przy okazji więc pozwolę sobie również na swoje wątpliwości. Jastrzębski jest przykładem gorączki politycznej, która w naszym kraju trawi dziś wszystko. Zażarty KOD-owiec również przeszłość interpretować zaczyna w duchu walki obecnej. Trzeba uderzyć w „godnościowe podstawy PiS”, a więc zakwestionować powagę walki z komunizmem i jego zło.
Oto przykład. W „Na Szewskiej” Seweryn Blumsztajn wręcz twierdzi, że Jacek Kuroń instrumentalnie wykorzystał śmierć Pyjasa, aby stała się ona amunicją w walce z systemem PRL. Dlaczego nie protestował przeciw temu, Blumsztajn nie tłumaczy, a Łazarewicz nie pyta.
Jeśli to, co mówi, miałoby być prawdą, kolejnym krokiem powinna być demitologizacja Kuronia i w ogóle podważenie jego wizerunku. Instrumentalne wykorzystanie czyjejś śmierci w politycznej grze jest sprawą kompromitującą.
Oczywiście ani Blumsztajn, ani Łazarewicz do tego się nie posuwają. To typowy przykład braku konsekwencji obecnych demitologizatorów. Nie uderza się w swoich idoli. „Gazeta Wyborcza” jest centrum wojny kulturowo-politycznej, jednym z głównych uczestników walki z prawicą rządzącą w Polsce. Jednocześnie cały jej prestiż ma pochodzić z tego, że jej twórcy dzielnie opierali się komunie. Jeśli była ona niespecjalnie opresyjna, a różniła się od opozycji tylko tym, że jej przedstawiciele w inny sposób działali na rzecz Polski, to cóż za wielki powód do chwały? Jeśli represje komunistów były mitem, to jaką odwagą było występowanie przeciw nim?
Trzeba powtórzyć raz jeszcze, to nie siła argumentów, to argument siły. Mnogość nawet najbardziej nonsensownych wywodów powoduje, że biedny odbiorca nie orientuje się w ich niespójności i braku fundamentów. Dziś „Wyborcza” sytuuje się na czele walki o przywrócenie przywilejów SB. To zresztą wspólny postulat całej obecnej opozycji, w której nastąpiło zjednoczenie byłych komunistów i antykomunistów. Ale to ci pierwsi narzucili ton. Polityczny interes ponad wszystko.
Kuroń był jednym z liderów KOR-u, ale nie był jedyny. Jak to się stało, że wszyscy bez oporu pogodzili się z jego manipulacją? Była tam również Aniela Steinsbergowa, znana z uczciwości legenda polskiej palestry o niezwykłym prawniczym doświadczeniu. Ona i inni znani z niezależności dali się tak za nos wodzić Kuroniowi?
To wszystko nieważne. Ważna jest wojna przeciw PiS, a więc demitologizacja, bo przecież swoją historię partia Kaczyńskiego na mitach opiera.
Apologia Marka
Doskonałym przykładem tego zabiegu ze strony Łazarewica jest uczynienie z Marka postaci nieskazitelnej. Kim był ten prof. medycyny sądowej? Rozmarynowicz oburzał się na jego postępowanie i uznawał go za wspólnika esbeków. Tak jak my wszyscy.
Łazarewicz przytacza wypowiedź obecnego szefa ZMS, który rozwodzi się nad kryształową szlachetnością Marka i ostentacyjnie kłamie, twierdząc, że wypowiedź tegoż w audycji dla Radia Kraków została zmontowana. Otóż nie była ona w ogóle montowana, a ma znaczenie kapitalne.
Gdy objąłem stanowisko dyrektora w Polskim Radiu Kraków w 1990 roku, zleciłem dwóm dziennikarkom realizację reportażu o sprawie Stanisława Pyjasa. Zgodnie z moją rekomendacją zadzwoniły do Marka, w czasach PRL-u szefa Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie, który nadal piastował to stanowisko. To na podstawie sporządzonej przez niego oraz innych biegłych ekspertyzy śledczy uznali, że śmierć Pyjasa była nieszczęśliwym wypadkiem – powtarzam. Tymczasem w rozmowie ze wspomnianymi dziennikarkami, nie wiedząc, że jest nagrywany, Marek trzykrotnie powtórzył, że to oczywiste, że ktoś Pyjasowi dał w mordę. W ten sposób jasno wskazał, że został on pobity, równocześnie zaprzeczając w ten sposób informacjom, które zostały zawarte w wydanej przez siebie ekspertyzie.
Jeśli ktoś, na podstawie którego ekspertyzy uznano śmierć Pyjasa za wypadek, nie posiadając żadnych nowych danych – audycja nagrana została, zanim jeszcze do sprawy wrócono i była pierwszym tego aktem – twierdzi: „to jasne, że ktoś Pyjasowi dał w mordę” i na pytanie reporterki dwukrotnie(!) jeszcze to powtarza, to nie jest żadna kolokwialna wątpliwość, ale mocne i świadome stanowisko. Jeśli więc Marek był przekonany, że Pyjas został pobity, to musimy spróbować to wyjaśnić. Łazarewicz zamiast tego bez komentarza cytuje kłamliwe dywagacje obecnego Marka następcy. W innych wypadkach Łazarewicz obficie komentuje wypowiedzi, które mu nie pasują. Wprawdzie gdzie indziej zauważa wypowiedź Marka wyemitowaną w Radiu Kraków, ale nie odwołuje się do niej, gdy świadek kwestionuje fakty. To jego metoda.
18 maja br. na łamach „Wyborczej” ukazał się list dr Adama Grossa, byłego pracownika Katedry i Zakładu CM UJ w Krakowie. Przedstawia on zabójstwo Pyjasa, jako nieoparty o żadne dowody mit, o czym dobitnie świadczyć by miała ekspertyza Marka z 1977 roku. Nie wspomina o jego wypowiedzi z 1990 roku.
Oto pointa listu: „W tym miejscu chciałem upomnieć się o przywołanie pamięci dobrego imienia i szacunku dla śp. profesora Zdzisława Marka, ówczesnego kierownika Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej, który przez kilkadziesiąt lat był publicznie piętnowany i poniżany przez zwolenników tezy o morderstwie. Od początku twierdził bowiem, że było inaczej nie dlatego, że był partyjny i wysługiwał się reżimowi, jak twierdzono, ale po prostu dlatego, że był specjalistą medycyny sądowej.”
Redaktorzy, którzy puszczają to bez komentarza, świadomi są, że mają do czynienia ze skrajnie stronniczą relacją, która deformuje znany również im stan rzeczy. Choćby to, że w zmieniających się okolicznościach w latach 90. Marek wycofywał się ze swojej dawnej wersji, twierdząc, że nie przesądzał niczego, a tylko prezentował dane.
Swoją drogą apologia Marka, którą prezentuje obecny szef ZMS w Krakowie czy jego były pracownik każą raz jeszcze zastanowić się na ciągłością personalno-instytucjonalną między PRL a III RP. Tłumaczyć ona może ostatnią wrocławską ekspertyzę i dziwne zachowanie jej autorów.
Nieżyjący już Jan Józef Lipski, który stanowi ikonę „Wyborczej”, w 1983 roku opublikował książkę „KOR”, w której przedstawia Marka jako usługowego esbeckiego rzeczoznawcę. Przywołuje nie tylko sprawę zabójstwa Pyjasa, ale i śmiertelne pobicie w czerwcu 1976 roku w Radomiu Jana Brożyny. Marek robił wszystko, aby odciążyć milicjantów, którzy tego dokonali.
W 1985 roku został napadnięty i poparzony w swojej piwnicy ważny wówczas dla Solidarności krakowskiej kapłan, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Sprawa została umorzona a podstawą do tego była ekspertyza Marka, który wywodził, że ksiądz przeżył atak epilepsji i poparzył się sam. Sprawa wywołała wówczas wielkie oburzenie zarówno niezależnej opinii publicznej, jak i kurii krakowskiej. Marek pokazywany był jako postać wyjątkowo paskudna. Dziś o tym wszystkim zapomniano.
Po emisji reportażu o śmierci Pyjasa wysłałem do „Wyborczej” list z pytaniem, jak można utrzymywać na stanowisku szefa Zakładu Medycyny Sądowej kogoś, kto był wspólnikiem morderców, tzn. zabójstwo przedstawiał jako wypadek, a tym samym uniemożliwiał pociągnięcie do odpowiedzialności jego sprawców. Udało się mi list opublikować, choć były z tym już poważne kłopoty. Nie sądzę, aby miał je dziś z publikacją swojego dr Gross.
W efekcie rektor Akademii Medycznej, prof. Andrzej Szczeklik, któremu podległa ZMS powołał komisję senacką, która zdjęła Marka ze stanowiska i odsunęła od kontaktów ze studentami. Powodem nie była nawet sprawa Pyjasa czy Isakowicza-Zaleskiego, ale interwencja Marka uniemożliwiająca obdukcję studentów pobitych przez ZOMO niewiele przed upadkiem komuny. Marek kazał zniszczyć dokumentację, a ofiary przepędził. Łazarewicz naturalnie wbrew świadectwom przychyla się do wersji Marka, że winny był jego podwładny. W jego sprawie to on okazuje się zawsze instancją ostateczną dla Łazarewicza. Sprawę Isakowicza-Zaleskiego wspomina tak, że żaden czytelnik nie będzie wiedział, o co chodzi. Robi co może, aby obronić dobre imię Marka.
W tym celu eksponuje sprawę sądową, którą poniekąd zmuszony przez komisję senacką Marek wytoczył mi o pomówienie. I znowu: wprawdzie Łazarewicz wspomina kwestię z mojego listu, w którym definiuję, co rozumiem przez wspólnictwo, ale w tekście powtarza, że skazał mnie bezstronny sąd za pomówienie Marka o współudział w morderstwie. Sprawę wydaje się pokazywać chyba tylko po to, żeby udokumentować bezpodstawny upór słusznie skazanego. Nie odnotowuje więc, że sąd odmówił wprowadzenia do listy dowodów audycji z wypowiedzią Marka, czyli koronnego argumentu, co jest prawniczym skandalem, nie przytacza wypowiedzi sędziego apelacyjnego, który powiedział, że „wolno było panu [mnie] tak na temat Marka myśleć, ale nie mówić”.
Łazarewicz odwołuje się do sprawy Grzegorza Przemyka, w której akurat Marek zachował się przyzwoicie. Mało kto jest w pełni integralny, nie znam zresztą dokładnego kontekstu tamtych wydarzeń. W niczym nie kwestionuje to nieakceptowalnego zachowania w przytoczonych przykładach. Łazarewicz napisał dobrą książkę o sprawie Przemyka. Teraz opublikował „Na Szewskiej”.
Poświęcam tyle miejsca Markowi, gdyż podejście do niego pokazuje nie tylko metodę Łazarewicza, ale klimat intelektualny jego środowiska, który doskonale widać po tym, kto jest przez nie nie tylko rehabilitowany, ale wręcz dowartościowany.
Bohaterowie książki Łazarewicza
Pisałem już, że Łazarewicz za wiarygodne uznaje służby PRL, a więc i ich relacje. W efekcie jego wnioski muszą być identyczne z tym, co ogłosiła prokuratura w 1977 roku. Ale w szminkowaniu PRL-u posuwa się znacznie dalej. Szczególnym świadectwem tego jest jego stosunek do SB.
Wg Łazarewicza w Krakowie były dwie frakcje tych służb. Starzy ubecy, którzy pamiętali stalinizm, po paru klasach podstawówki potrafili tylko wyrywać paznokcie oraz młodzi inteligenci po Uniwersytecie Jagiellońskim. Czytając książkę, można odnieść wrażenie, że kwestią przypadku było to czy ktoś zostawał opozycjonistą, czy szedł do SB.
Łazarewicz twardo deklaruje, że nowe pokolenie ubeków wierzyło w PRL. W rzeczywistości jego obraz młodych esbeków tak jak i innych funkcjonariuszy PRL oraz całego tamtego państwa jest głęboko fałszywy. Nikt wówczas nie wierzył w PRL. Opowieści na ten temat pojawiły się dopiero w III RP. Ci, którzy służyli komunizmowi, tłumaczyli, że jeżeli nie oni, przyszliby gorsi. Nawet wysoko postawieni w aparacie partyjnym usprawiedliwiali się, że jesteśmy skazani na fatalny system, musimy robić, co chce Moskwa, więc chodzi o to, aby robić to możliwie łagodnie.
SB była prostą kontynuacją UB i wszyscy a szczególnie jej funkcjonariusze o tym pamiętali. Była to organizacja terrorystyczna, która miała zastraszyć Polaków i zmusić ich do uległości. Ci, którzy godzili się na służbę w niej, byli skrajnymi cynikami. Szli tam, bo oferowano lepsze warunki i różne możliwości, których nie mieli zwykli poddani PRL. Ci, którzy zaciągali się do SB, wiedzieli, że działają przeciwko wspólnocie i nie przejmowali się tym. Wręcz to demonstrowali. Ci, którzy zapisywali się do partii, tłumaczyli, że w inny sposób nie mogliby zrobić nic sensownego. Ale i tak czuli potrzebę usprawiedliwienia. Do esbecji szli najgorsi, którzy niczym się nie przejmowali. Uznawali, że ich interes uzasadnia wszystko, a funkcjonowanie w SB dawało władzę.
Ci młodzi esbecy mówili niekiedy wprost, że chętnie by nas tłukli, ale chwilowo (co podkreślali) jest to zakazane. Zakaz nie był aż tak rygorystyczny, toteż zdarzało się, że potrafili kogoś z nas ciężko pobić. To to samo środowisko, które wyprodukowało zabójców ks. Jerzego Popiełuszki z Grzegorzem Piotrowskim na czele, matematykiem, absolwentem studiów podyplomowych, naszym rówieśnikiem.
Dla przedstawicieli pewnego typu kultury ciekawsi zawsze wydają się przestępcy niż ich ofiary. Właściwym bohaterem „Na Szewskiej” jest Maleszka. Nie twierdzę, że nie jest to postać interesująca, ale opisy głębszych przyczyn jego agenturalnego wyboru, które Łazarewicz eksponuje, nabierają znamion usprawiedliwienia. Taka metoda pozwala uniewinnić każde zło, które zawsze ma przecież jakąś genezę. W książce najbardziej odrażające donosy Maleszki są pomijane, jego próby niszczenia tych, którzy traktowali go jak przyjaciela ledwie wzmiankowane. Kłamstwa takie, jak np. stwierdzenie Maleszki, że jego spowiedź w „Wyborczej” była w pełni prawdziwa (była inteligentnie i gruntownie zmistyfikowana), o czym Łazarewicz powinien wiedzieć, są przyjmowane przez niego na wiarę. Jego zaufanie do konfidenta mogłoby wzruszać, gdyby nie konsekwencje jakie się z tym wiążą.
W wywiadach, aby dowartościować Maleszkę potrafi powiedzieć rażącą nieprawdę. Cytuję: „On jednocześnie niezwykle skutecznie pomagał walczyć z komunizmem. Był kreatywny po obu stronach barykady. Przecież to on wpadł na pomysł, że najlepiej będzie, kiedy koledzy Pyjasa, którzy dostali anonimy szkalujące go, poszli z nimi do prokuratury. I to on zaniósł tam tę skargę.”
Ani nie był to pomysł Maleszki, ani nie uczestniczył w dostarczeniu anonimów do prokuratury. Na wszelkie możliwe sposoby usiłował blokować albo chociaż pacyfikować naszą działalność.
Próba dowartościowania PRL-u a jednocześnie umniejszania znaczenia środowiska krakowskich opozycjonistów wręcz bije z książki Łazarewicza. Nawet tak wyjątkowe wydarzenia jak bojkot juwenaliów i manifestacje, które były ewenementem w historii PRL ogląda on przez pomniejszające szkło.
W niedzielę, ostatni dzień juwenaliów, kiedy miały miejsce naprawdę duże demonstracje i ogłoszone zostało powołanie SKS-u, zabawa pomimo wysiłków działaczy SZSP właściwie zamarła. W wersji Łazarewicza wygląda, że raczej nasze demonstrację były mało znaczącym wtargnięciem w juwenaliowy żywioł.
Wieczorem, kiedy z Szewskiej 7 ruszyła manifestacja pod Wawel na rynku przebierańców trudno było uświadczyć. Natomiast wylot z Szewskiej na rynek zablokowała zwarta grupa esbeków głęboka na jakieś dziesięć jeśli nie więcej rzędów. Pierwsza grupa manifestantów przedarła się przez ten kordon, ale potem przejść nie było już sposobu. Zawróciliśmy więc tłum kłębiący się na Szewskiej i pod Wawel poszliśmy Plantami.
W wersji Łazarewicza to bawiący się studenci zablokowali marsz i dlatego musiał on zmienić swoją trasę. Ten obraz zasadniczo różni się od rzeczywistości.
Jak cała książka.
