Bukareszt-Warszawa: Wspólna sprawaBukareszt-Warszawa: Wspólna sprawa
Demonstracja w Brukseli na Placu Luksemburskim przed główną siedzibą Parlamentu Europejskiego, która miała miejsce przedwczoraj to wyraz solidarności z uwięzionym politykiem rumuńskim, jednym z liderów prawicy w tym kraju Calinem Georgescu.
Miałem zaszczyt przemawiać na niej obok innych polityków konserwatywnych z Belgii, Polski, Rumunii i Cypru. Tego samego dnia odbyła się również w gmachu Europarlamentu konferencja pod szyldem Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, na której omawiano zagrożenia dla demokracji, które w wielu krajach Starego Kontynentu są następstwem polityki lewicy, liberałów czy też po prostu globalistów (choć zapewne pojęcie: kosmopolici czy internacjonaliści też tu pasuje). Udział w niej wzięli politycy z wielu krajów. Poza Rumunią także z Polski (byłem moderatorem pierwszej debaty, a w kolejnych jako prelegenci wystąpili Jacek Saryusz -Wolski, prof. Przemysław Sobolewski, Oskar Kida), Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Hiszpanii, Belgii, Chorwacji, Słowenii, Bułgarii, Danii, Cypru i Mołdawii.
Po co ta demonstracja? Po co wielokrotne już marsze w Bukareszcie i innych rumuńskich miastach? Po co kilkugodzinna konferencja w sercu kulejącej unijnej demokracji? Oto bowiem władze w Bukareszcie przy silnym wsparciu Unii Europejskiej oraz poszczególnych państw członkowskich na czele z Francją, metodami administracyjnymi i poprzez wymiar (nie)sprawiedliwości już od dwóch lat ingerują w procesy wyborcze w tym szóstym co do wielkości demograficznej państwie UE (a drugim po Polsce w naszym regionie Europy).
Gdy 24 listopada 2024 roku niespodziewanie Calin Georgescu wygrał I turę wyborów prezydenckich w Rumunii, a sondaże przed II turą dawały mu zdecydowane zwycięstwo (miał się w niej zmierzyć z mało znaną burmistrz popieraną przez liberałów) władze nagle unieważniły elekcje i nie dopuściły do zwycięstwa prawicowego polityka i wyboru go na głowę państwa. Potem postawiono mu zarzuty o rzekomym wspieraniu go przez rosyjskie boty, choć dziennikarskie śledztwo i to tamtejszych mainstreamowych mediów ujawniło, że otrzymał on rzeczywiście duże zorganizowane wsparcie w intrenecie, ale ze strony rumuńskiej partii Partidul National Liberal (PNL) wchodzącej w skład Europejskiej Partii Ludowej (w ten sposób chciała ona zmniejszyć szanse lidera AUR, znanego przyjaciela Polski George Simiona, ale jak widać „przedobrzyła”). Nie dopuszczono go do kolejnych wyborów, w roku 2025, a w tym roku aresztowano. Dosłownie w przeddzień demonstracji przed siedzibą PE w Brukseli - zapewne nie przypadkiem w tym dniu - zamieniono (na razie?) więzienie na areszt domowy.
Tak naprawdę jednak nie chodzi tu tylko o Rumunie. Ten eurodzwon dzwoni też w Polsce czy Francji, które będą miały wybory w przyszłym roku i wielu innym krajom. To też nasza sprawa.
