Afera powodziowa, czyli: łyso wam? Uśmiechnijcie się, brygada!Jaszczuk: "Jedź, Anuś, jedź". Afera powodziowa, czyli: łyso wam? Uśmiechnijcie się, brygada!
Jeśli ktoś nie pamiętałby ośmiu lat rządów PO-PSL i wszechobecnej wówczas buty i arogancji na szczytach władzy, to państwo Anna i Piotr Konieczyńscy zafundowali wczoraj Polakom przyspieszoną lekcję najnowszej historii Polski.
Jak bardzo premier Tusk nie „wściekałby się” i jak często nie powtarzał zapowiedzi „wypalania gorącym żelazem”, to hojna dla przyjaciół wiceprezes KARR, za tę "hojność" już odwołana (czyjaś głowa musiała polecieć. Dlaczego nie prezesa Huberta Papaja?), nie jest żadnym „wypadkiem przy pracy” rządu, tylko w zasadzie jego emanacją.
Kiedy w apogeum afery wokół Szpitala Południowego Jarosław Kaczyński z Mateuszem Morawieckim postanowili jednak przeprowadzić rozwód PiS ze środowiskiem byłego premiera, na Wiejskiej i w Alejach Ujazdowskich musiano odetchnąć z ulgą. Donald Tusk mógł spokojnie oddać się robieniu sobie PR-u przy pomocy kuriozalnych rolek, na których ostrzega seniorów przed upałami, klepie się po kolanie, kibicując Katarzynie Niewiadomej-Phinney albo odwiedza plan serialu „Ranczo”. Kto wie, czy nie był przekonany, że nikt nie zburzy jego spokoju, ale później przyszła pani Anna Konieczyńska, mówiąc: „potrzymaj mi nowe płytki na taras”.
Polacy chcieli, to mają?
Donald Tusk zwykł pytać swoich przeciwników politycznych – a może także tę część Polaków, którzy nie bardzo wierzą w jego propagandę sukcesu: „I co, łyso wam?” lub „Dotarło, zakute łby?”. Buta i arogancja to coś, do czego najpierw Platforma, a obecnie Koalicja Obywatelska zdążyła przyzwyczaić Polaków już w latach 2007-2015. To był jeden z powodów, dla których straciła władzę. Na ile wyborcy mają krótką pamięć, a na ile łudzili się, że w szerokiej „patchworkowej” koalicji będzie inaczej? Że Tusk będzie bał się Czarzastego, Biedronia, Kosiniaka-Kamysza czy Hołowni, a oni będą groźnie patrzeć na ręce premiera i jego ludzi?
Pewne jest jedno: to, co nie udało się Dawidowi Kacprzykowi, może udać się Annie Konieczyńskiej przy nieocenionym wsparciu męża. Chodzi mianowicie o odświeżenie pamięci Polakom, zwłaszcza tym, którzy – nie chcąc kolejnej kadencji PiS i w październiku 2023 r. głosując na ugrupowania, które później weszły do koalicji rządzącej, łudzili się, że z budowania czegokolwiek z Platformą może wyjść coś dobrego. Może nabrali się na to, że gdy Donald Tusk na wiecach wyborczych grzmiał: „Jak ktoś wybiera łajdaków, to ma łajdackie rządy”, to miał na myśli ówczesny rząd, czyli PiS, a nie zapowiadał po prostu, jak będą wyglądać rządy jego koalicji i że kto takich ludzi wybierze, ten sam sobie winien.
Duet Konieczyńskich zaserwował widzom Telewizji wPolsce24 coś, co – gdyby nie działo się naprawdę – byłoby dość przyjemną komedyjką. Pani Anna (w chwili pisania tego tekstu świeżo zdymisjonowana z KARR, a dzień wcześniej zawieszona w KO) śmieje się w twarz dziennikarzom i wyraźnie nie boi się żadnej odpowiedzialności za to, o co jest oskarżana. Zapewne ma gdzieś z tyłu głowy doktrynę Neumanna albo zwyczajnie jest osobą uczciwą i przyzwoitą, wszak uwielbia Władysława Bartoszewskiego, zwłaszcza jego wypowiedź o przyzwoitości. Z drugiej strony mąż, z pieskiem na ręku, zachowuje się, jakby przygotowywał się do komediowej roli, a więc pracował w domu, jako że jest aktorem. Hojna pani Anna, bo przecież nie chytra - wszak gdyby była chytra, sama przytuliłaby kasę, a nie rozdała kolegom i mężowi, z którym przecież może mieć rozdzielność majątkową, śmieje się w twarz, a jej rycerz na białym koniu powtarza jak zdarta płyta „Anuś, jedź”, uskarża się na hejt i groźby, jakich rzekomo doświadcza jego zadowolona z siebie i swego „dolce vita” małżonka, a później wdaje się w niedorzeczną rozmowę z dziennikarzem.
Pan Piotr Konieczyński nieco przypomina pewną ekscentryczną postać z bardzo niegrzecznego, dziś skrajnie niepoprawnego politycznie, serialu „Mała Brytania”. W pierwszym sezonie występuje niejaki Ray McCooney – właściciel pensjonatu w Szkocji, przypominającego stare zamczysko. Mężczyzna, niezależnie od tego, czy rozmawia z gośćmi, urzędnikami, którym zalega z podatkiem, czy panem od naprawy telewizora, posługuje się zagadkami, rymowankami i baśniowymi metaforami, zamiast odpowiedzieć normalnie na pytania np. o to, czy serwowane w hotelowym barze ciasto zawiera orzechy. Gra również na fleciku piccolo i albo nie ma kontaktu z rzeczywistością, albo po prostu udaje całkowicie odklejoną osobę, aby jakoś wywinąć się z poważnych problemów finansowych pensjonatu. Panu Piotrowi w rozmowie z redaktorem Rafałem Jarząbkiem dosłownie brakowało tylko flecika i zagadek oraz rymowanek o elfach i krasnalach. Może następnym razem, kiedy znów ktoś go zapyta, co konkretnie zostało zalane, pan Piotr skorzysta z tej podpowiedzi?
A przecież to wszystko już było!
I choć powtarzanie „Anuszka, jedź już”, niedorzeczne zmienianie tematu, robienie „ofiary” z żony, która zadowolona z siebie wsiada do samochodu i nie wygląda na zaszczutą, raczej na pewną albo swojej niewinności, albo bezkarności (mimo utraty stanowiska w KARR, trudno sobie wyobrazić, co też zrobi pani Annie ten „straszny” sąd koleżeński. Z całą pewnością zostanie tam potraktowana niezwykle surowo, bo pan premier, zdaje się, mówił coś tam o „wypalaniu gorącym żelazem” i to nawet kilkakrotnie w jednej wypowiedzi), później – ucieczka do domu, jakby trzeba było natychmiast iść do łazienki, może wyglądać komicznie, to przecież wszystko to w różnych formach już widzieliśmy. To emanacja czy to Platformy, czy Koalicji Obywatelskiej. Jej polityków, działaczy i różnych ludzi, na przykład przedsiębiorców, którzy na znajomości z kimś z KO wychodzą dość dobrze – albo pycha, buta, samozadowolenie, albo odwracanie kota ogonem. Przecież dokładnie to samo robi premier Donald Tusk, kiedy zabawia się w Youtubera. Niekiedy jeszcze uprawia putiniadę, czyli – wzorem satrapów z Moskwy czy z Mińska, zwołuje ministrów, urzędników i publicznie rozstawia ich po kątach: „Ty, Czesławie, masz jechać i załatwić sprawę alkotubek. Ty, Marcinie, masz udać się teraz, niezwłocznie na tereny powodziowe. Panie z PKP, dlaczego ten dworzec nie jest odśnieżany na bieżąco?”. Ale wszystkie działania są fasadowe. Pan Kacprzyk może sobie odgrywać komedię ze zwracaniem pieniędzy, ale przesłuchany wciąż nie został. Z drugiej strony mamy odwracanie kota ogonem w stylu „a, bo za PiS było gorzej”, odwracanie uwagi od problemu, tłumaczenie, że ta czy inna sprawa to problem systemowy. Ewentualnie – udawanie, że żadnej afery nie ma.
I to wszystko widać u różnych ministrów i polityków nie tylko z KO, ale w ogóle z całej koalicji. Więcej: dotyczy nie tylko polityków, bo dzieje się w każdym, ale to każdziutkim obszarze funkcjonowania państwa. Marszałek Czarzasty uzurpuje sobie prawo do oceniania, kto jest dziennikarzem, a kto nie, kiedy jest pytany o ankietę bezpieczeństwa oraz znajomość z panią Swietłaną Czestnych. Minister Cienkowska stypendium dla „Jasia” Kapeli tłumaczy tym, że ona o gustach nie dyskutuje. Minister Hennig-Kloska po burzliwej debacie Sejmu nad podejrzaną ustawą wiatrakową nie tylko dostaje stanowisko, ale też kwiaty od kolegów z koalicji. Minister Sobierańska-Grenda opowiada w mediach o uśmiechniętych pacjentach. Rzecznik rządu Adam Szłapka wrzuca rolki, na których bawi się wiatraczkami i chwali sukcesami poprzedników, minister Tomczyk opowiada o „Rambo”, minister Żurek na spotkaniach z działaczami KOD zastanawia się, ile musiałby trenować, żeby zmierzyć się na ringu z prezydentem Nawrockim. Mecenas Giertych nie kryje się z tym, że gdyby urzędniczka przetrzymywana w areszcie wydobywczym i odseparowana od autystycznego syna złożyła zeznania obciążające byłego premiera Mateusza Morawieckiego, byłaby na wolności. Nikt nie ponosi odpowiedzialności za produkcję i dystrybucję rzekomo profrekwencyjnych, a tak naprawdę propagandowych, topornie, prymitywnie uderzających w prawicową opozycję spotów, a osoby wymieniane w kontekście tej afery spokojnie brylują sobie na manifestacjach. Siłowo przejęte media publiczne w permanentnej likwidacji przytulają grubą kasę, uprawiając toporną propagandę, tyle że na rzecz innej ekipy politycznej, a takie postacie, jak Dorota Schnepf, Justyna Dobrosz-Oracz czy Mateusz Dolatowski codziennie śmieją się Polakom w twarz. Kiedy TVP czy PAP przygotują nierzetelny, manipulacyjny materiał albo popełnią błąd i są krytykowane – nie ma przeprosin, nie ma skruchy. Jest retoryka oblężonej twierdzy i zaklęcia o atakach na niezależnych dziennikarzy. W państwowych i miejskich spółkach posadki dostają osoby, które na platformie X siały obrzydliwy hejt i robiłyby to nadal, gdyby nie przyłapali ich dziennikarze. Wiceprzewodniczący Koalicji Obywatelskiej i zarazem adwokat, wymieniany już wcześniej z nazwiska, nie kryje się z tym, że zarządza w internecie społecznością, której działalność niepokojąco przypomina farmę trolli. Radni, parlamentarzyści i ministrowie radośnie pląsają sobie na wydarzeniu organizowanym przez prezydenta Warszawy i wiceprzewodniczącego KO do piosenki „J...ć PiS”. I wszystkie te rzeczy robią z uśmiechem, z satysfakcją, samozadowoleniem.
I co, naiwne „polaczki”? Łyso wam? Uśmiechnijcie się brygada, bo po nas choćby i potop!
