Wywracanie świata. "Młody człowiek formatowany przez lewicę"Wywracanie świata. "Młody człowiek jest formatowany przez lewicę po to, aby stał się jej janczarem na wojnie z ideologicznym wrogiem"

Lewicowi radykałowie wraz z wielkim biznesem zaprzęgają dziś nieświadomych manipulacji młodych ludzi do budowy ponurego świata wielkich nierówności.
Sylwia Spurek niedawno ogłosiła, że nieuchronnie zbliża się „koniec kotleta i rosołu” na naszych stołach. Tego rodzaju deklaracje lewicowej europosłanki wzbudzają zazwyczaj salwy śmiechu. Jednak ideologia, którą ona reprezentuje, nie ogranicza się wyłącznie do kulinariów. To zwiastun coraz bardziej totalitarnych zapędów lewicy, która za sprawą kolejnych zakazów i nakazów chciałaby ingerować w każdy aspekt życia ludzkiego.
Lewica nie potrafi przeskoczyć samej siebie. Zawsze wśród jej rozlicznych, niekiedy zresztą wartościowych nurtów pojawiają się zamordyści, którzy ogarnięci fanatyczną misją zbawienia świata gotowi są sprowadzić na ten świat największe możliwe katastrofy. Niekoniecznie są oni żądni krwi jak bolszewicy. Często po prostu najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z konsekwencji własnych postulatów.
Człowiek jak zwierzę
Dość charakterystycznie w tym kontekście przedstawia swoją drogę europosłanka Sylwia Spurek. Niestrudzona propagatorka weganizmu i „praw zwierząt” mówi w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, że mocno wierzy w to, że „świat może funkcjonować bez przemocy. Od ponad dwudziestu lat zajmuję się prawami człowieka, zwłaszcza kobiet, kwestią przemocy wobec kobiet w każdym aspekcie, działam przeciw dyskryminacji i przemocy ze względu na płeć, wiek, orientację seksualną, pochodzenie narodowe i etniczne. I to działanie przeciwko przemocy ze względu na gatunek było naturalną konsekwencją mojej dotychczasowej drogi. Do grup, które wspierałam, w sposób naturalny, doszły zwierzęta pozaludzkie”.
Inaczej mówiąc, Sylwia Spurek doszła w pewnym momencie do wniosku, że można postawić znak równości pomiędzy dyskryminowanym człowiekiem a wykorzystywanym dla celów konsumpcyjnych zwierzęciem. To zapewne dlatego zamieściła kiedyś w internecie szokujący plakat przedstawiający krowy w pasiakach idące do komory gazowej. Bo przecież zwierzę – jak wynika z poglądów Sylwii Spurek – ma takie same prawa jak człowiek. Zabijanie go na mięso jest więc niejako nową odsłoną Holokaustu.
To zupełnie absurdalne z punktu widzenia kultury ludzkiej wywyższenie zwierzęcia jest jednocześnie bardzo niebezpieczne, ponieważ prowadzi do dehumanizacji człowieka. Bo skoro zwierzę jest równe człowiekowi, to znaczy również, że człowiek jest jak zwierzę (stąd Spurkowy podział zwierząt na „ludzkie” i „pozaludzkie”). Tymczasem zwierzę można lubić, można się o nie troszczyć, chronić, ale nigdy nie będzie ono traktowane podmiotowo.
W ten sposób pani Spurek, wychodząc od walki z przemocą i troski o prześladowanych, dociera do punktu, w którym nie ma już człowieka i zamiast niego pozostaje wyłącznie zwierzę. Być może to naiwność, może fanatyzm, ale jego skutki mogą być groźne. Już są groźne.
Najpierw zabiorą dzieci
Tak jak u Orwella są zwierzęta równe i równiejsze. Lewicowi kapłani nowego świata są oczywiście równiejsi, bo to oni – który to już raz – wiedzą najlepiej, czego potrzebują inni i jak powinien wyglądać raj na ziemi. Wszyscy pozostali powinni głęboko wierzyć w lewicowe zbawienie i podążać ku świetlanej przyszłości. Kapłani chcą przecież zbawić każdego, nawet tego, który się opiera. Dlatego – oczywiście w trosce o dobro człowieka – muszą prowadzić go za rękę i kierować, jeśli trzeba, każdym aspektem jego życia. Jak dziecko.
Nic więc dziwnego, że lewica, zwłaszcza ta najbardziej postępowa, w pierwszej kolejności zawsze walczy o dzieci. O nasze dzieci. Bo dzieci, jeśli je odpowiednio wcześnie wyrwać spod kurateli rodziców, są przecież łatwe do uformowania. Zaczęło się z dzisiejszego punktu widzenia niewinnie, bo od wspierania swobody obyczajowej w latach 60. na Zachodzie, choć i wcześniej bolszewicy chętnie brali dzieci „wrogów ludu” na „wychowanie” w domach dziecka. Dziś ta swoboda obyczajowa zamienia się w zinstytucjonalizowany bunt przeciwko rodzicom. Przesuwana jest w dół granica dorosłości, nawet jeśli nie formalnie, to faktycznie. Niezdolne do krytycznej oceny rzeczywistości dzieci od małego pozbawiane są intelektualnej samodzielności i faszerowane ideologicznymi bredniami podawanymi w lekkostrawnej popkulturowej papce. Narusza się ich tożsamość płciową i niszczy w ten sposób nieuformowaną jeszcze psychikę. Autorytetami nastolatków stają się samozwańczy, przekupieni influencerzy, często również nastoletni, a przez to bardziej podatni na manipulację i zarazem bardziej wiarygodni dla młodych odbiorców. Przekaz jest bardzo prosty i opiera się na pobudzaniu naturalnego generacyjnego buntu. Tyle że ten bunt przeciwko pokoleniu rodziców i wyznawanym przez nich zasadom jest sterowany.
Treści, które dzięki rewolucji internetowej mniej lub bardziej subtelnie podsuwa dziś młodzieży wielki przemysł medialny, zachęcają do wyzwolenia się spod wszelkich zasad. Wystarczy obejrzeć seriale dla młodzieży, posłuchać tekstów piosenek czy zajrzeć do rozmaitych TikToków. Pozytywnymi bohaterami są dziś chłopcy, którzy stali się dziewczynkami (lub na odwrót), czarnoskórzy, lesbijki, zniewieściali młodzieńcy, a w ostateczności pary żyjące w wolnym związku. Z kolei szwarccharakterami są zawsze biali mężczyźni, patriarchalne, a często po prostu żyjące nudnym, monotonnym życiem rodziny oraz oczywiście katoliccy księża – zwykle pedofile. Nic dziwnego, że wielu młodych ludzi jest całkowicie zagubionych. Zwłaszcza jeśli ich rodzice, goniący za pieniędzmi lub po prostu zbyt zapracowani, nie mają już czasu, siły lub wystarczającej świadomości, aby przeciwstawić się nadciągającym zagrożeniom.
Niedawno na łamach „Kultury Liberalnej” ukazał się artykuł, którego autorki w afirmatywnym tonie (w końcu to liberalny periodyk) opisywały klasę w pewnej wielkomiejskiej szkole społecznej, w której wszystkie dziewczynki, oprócz jednej, nazwanej w artykule Ulą, zadeklarowały się jako nieheteronormatywne (biseksualne, homoseksualne i niebinarne).
Ależ ta Ula jest odważna! Bo musiało wymagać odwagi, żeby powiedzieć całej grupie, że jest się inną… hetero kobietą
– piszą autorki artykułu. Nieoczekiwanie więc dziwadłem w tej szkole okazała się 14-latka, która odczuwa zainteresowa nie płcią przeciwną. I być może chciałaby w przyszłości założyć rodzinę.
Takie szkoły nie są jeszcze w Polsce typowe, ale to przecież kwestia czasu. Nieprzypadkowo lewica domaga się dostępu do szkół i ich ideologizacji w genderowym duchu. Oczywiście pod pretekstem tolerancji i obrony praw człowieka.
Klimat dla inżynierii
Młody człowiek jest formatowany przez lewicę po to, aby stał się jej janczarem na wojnie z ideologicznym wrogiem. Wróg jest ciągle ten sam – to przeciwnicy zmian – zmienia się jedynie pole bitwy. Dziś rozgrywa się ona wokół walki w obronie klimatu. Nastolatki są straszone zmianami klimatycznymi i dość powszechnie rezygnują z diety mięsnej. Walka z ociepleniem klimatu ma także zniechęcić młodych ludzi do rodzicielstwa i – co za tym idzie – do zakładania rodzin. Bo przecież każdy nowy człowiek to kolejny groźny dla środowiska ślad węglowy.
Umiejętnie podsycane obawy pełnią tu dwojaką funkcję. Z jednej strony są zarzutem w stosunku do pokolenia rodziców, że „zawłaszczyło” i „zniszczyło” planetę, zaniedbując w ten sposób bezpieczeństwo potomnych. Z drugiej strony strach wciąga młodych w orbitę lewicy, która – gdy ich rodzice „zawiedli” – przejmuje rolę autorytetu jako jedyna siła, która jest w stanie uchronić świat przed nadciągającą z winy poprzednich pokoleń katastrofą.
Koncept katastrofy klimatycznej jest – jak wiele na to wskazuje – oparty na rzeczywistych zmianach klimatu. Zostały one jednak zgrabnie wykorzystane jako pretekst do zakrojonej na wielką skalę inżynierii społecznej. Gdy lewica zbuduje nowe społeczeństwo, klimat wróci do normy i zapanuje raj na ziemi. Na razie jednak konieczne są wyrzeczenia i rewolucja cywilizacyjna.
Przede wszystkim człowiek nie jest niczym więcej niż zwierzęciem i nie ma żadnego powodu, aby był traktowany lepiej niż każde zwierzę. Musi więc w imię solidarności międzygatunkowej oraz dla zmniejszenia śladu węglowego ustąpić miejsca innym organizmom. Przede wszystkim powinien ograniczyć swoją liczebność, a swój popęd seksualny kontrolować środkami antykoncepcyjnymi i aborcją. Dzieci powinno się rodzić jak najmniej i niewykluczone, że w przyszłości każde narodzone dziecko będzie obłożone rodzajem podatku, który będą musieli płacić jego rodzice, swego rodzaju odwrotnością 500+. Nie każdego będzie na to stać, uboższym pozostanie aborcja, zapewne dotowana lub bezpłatna – wszak chodzi o dobro planety.
Świadoma polityka depopulacyjna – niczym dżuma – doprowadzi do gwałtownego spadku liczby ludności europejskiej, ale dzięki temu znajdzie się więcej miejsca dla imigrantów z uboższych regionów świata. Taką wielokulturowość lewica powita z zadowoleniem, bo będzie to oznaczać dalsze osłabienie dawnego społeczeństwa. Kłopotem może się okazać „niekompatybilność” imigrantów z lewicowym modelem życia, ale tym nikt się na razie nie przejmuje.
W świecie bez dzieci rodzina straci jakiekolwiek znaczenie. Celem człowieka będzie praca i konsumpcja na własne potrzeby. Zwłaszcza że życie stanie się droższe, bo ochrona klimatu wymaga nowych, coraz to kosztowniejszych technologii: energii odnawialnej, wysoko przetworzonej żywności zastępującej mięso i nabiał oraz zupełnie nowych materiałów budowlanych. Zniknie tradycyjne rolnictwo i hodowla zwierząt, a wraz z nimi wiejskie społeczności. Jak zapewnia Sylwia Spurek, zakazane będzie nawet wędkarstwo, bo przecież zwierzęta nie mogą służyć zaspokajaniu jakichkolwiek potrzeb człowieka.
Nie do śmiechu
Na tych zmianach, jeśli do nich dojdzie, nie wszyscy stracą. Zawsze jest bowiem grupa, która zyskuje kosztem innych. W tym przypadku to wielcy macherzy biznesu, głównie z Ameryki, którzy łączą zarabianie pieniędzy z ideologią. Przebudowa społeczeństwa daje im możliwość wysforowania się daleko przed konkurencję i zwielokrotnienia zysków. Kontrolując przepływ informacji, są w stanie wypromować dowolny produkt i dowolną ideologię. A jednocześnie zniszczyć potencjalnych oponentów.
Kto skusiłby się dziś na piekielnie drogą energię odnawialną czy na kosztowne i mało praktyczne samochody elektryczne, gdyby nie klimatyczny przymus? Kto kupiłby kotlety ze sklonowanego mięsa z probówki albo jajecznicę z alg, gdyby nie ideologiczna presja weganizmu? A jeżeli nawet ktoś miałby opory, to do zmiany przyzwyczajeń szybko zmuszą go opłaty emisyjne doliczone do ceny paliwa lub wysokie podatki nałożone na tradycyjną żywność. W ten sposób kreuje się nowe rynki i zarazem unicestwia dotychczasowe, razem z konkurencją, która nie nadążyła za zmianami.
Na bazie nowych technologii tworzą się wielkie monopole, wobec których jesteśmy jako społeczeństwa bezradni.
Lewicowi radykałowie wraz z wielkim biznesem zaprzęgają dziś nieświadomych manipulacji młodych ludzi do budowy ponurego świata wielkich nierówności ekonomicznych i społecznych, którym będzie towarzyszyć ideologiczny i polityczny zamordyzm. Nie inaczej robi Sylwia Spurek, która walczy dziś z przemocą oraz z kotletami i rosołem, ale – podobnie jak wielu innych lewicowców w przeszłości – chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co jest na końcu drogi, po której kroczy. Naprawdę nie powinno nam być do śmiechu.
Artykuł z 44/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
