WYWIAD "SIECI". Tomasz Praga: Musimy ochronić PolskęWYWIAD "SIECI". Gen. dyw. Tomasz Praga: Musimy ochronić Polskę. Pytanie tylko, jak mocno poobijani z tego wyjdziemy

Musimy być bardzo ostrożni, gdy już decydujemy się kogoś wpuścić do Polski, bo wśród tej masy ludzi mogą być tacy, którzy pracują dla obcych służb.
O wymagającej służbie Straży Granicznej, wojnie hybrydowej, prowokacjach białoruskiego reżimu i determinacji, która pozwoli nam przetrwać trudny czas próby, mówi komendant główny SG gen. dyw. Tomasz Praga w rozmowie z Markiem Pyzą i Marcinem Wikłą.
Panie generale, narracja niektórych mediów na temat tego, co się dzieje na granicy, jest coraz ostrzejsza. Nielegalnych imigrantów porównuje się do „więźniów obozów koncentracyjnych”, którzy są „łapani jak w łapance” albo do „Żydów wydawanych w czasie wojny”. Jest mowa o „okupacyjnej rzeczywistości” w pasie nadgranicznym, którego bronicie. Czy da się w takim momencie wyłączyć emocje i robić swoje?
Tomasz Praga: W większości odbieramy pozytywne komentarze, wiele osób do nas dzwoni i pisze z wyrazami poparcia. Niestety wylewa się też na nas sporo hejtu. To są słowa, które nas wszystkich ranią. Wiem, że one wynikają z emocji i niejednokrotnie z niewiedzy, ale przede wszystkim są nieprawdziwe. Mamy kumulację nerwów i trudno wytłumaczyć zachowania części osób, które powinny sobie zdawać sprawę z tego, że sytuacja na granicy białoruskiej jest nadzwyczajna i mamy do czynienia ze sztucznie wytworzonym przez Białoruś szlakiem migracyjnym, który reżimowi Łukaszenki przynosi ogromne dochody.
Zdajemy sobie z tego sprawę, ale mimo to hejt nie ustaje, a nawet się wzmaga. Jak to działa na morale ludzi na służbie?
Funkcjonariusze czytają te obraźliwe opinie. Można nawet powiedzieć, że są przez ten hejt osaczani, nie ogranicza się on bowiem do wpisów w internecie czy sprejem na murach. Jedna ze stacji telewizyjnych docierała na Podlasiu do domów strażników granicznych, do ich rodzin. Pukali do ich drzwi, prosili o wywiady, a nawet oferowali za to pieniądze. To szukanie sensacji tam, gdzie jej nie ma. Robimy to, do czego zostaliśmy powołani, bronimy granic naszej ojczyzny, naszego domu. Dlatego wszystkim funkcjonariuszom, którzy w takich warunkach pełnią tę codzienną, ważną i niebezpieczną służbę, należą się ogromne podziękowania.
Niektóre media są wobec was bezwzględne, epatują historiami o „dzieciach zamarzających w lesie”, piszą, że „wśród mundurowych są sadyści, którym sprawia przyjemność znęcanie się nad ludźmi z granicy”. Co by pan powiedział autorom takich artykułów?
Przytoczyłbym im moją niedawną rozmowę z funkcjonariuszem z Nadbużańskiego Oddziału SG, którego patrol towarzyszył nam na granicy. Powiedział mi wprost: „Panie komendancie, ja tu jestem dla mojej żony i moich dzieci. Dobrze wykonując swoją pracę, dbam o ich bezpieczeństwo. Chronię swój dom”. To mnie bardzo podbudowało. Kiedy opadną emocje, nasza praca zostanie uczciwie oceniona i niektórzy zmienią negatywne zdanie na nasz temat.
Podstawą tej krytycznej narracji ma być pokazanie, że strażnicy graniczni są bezwzględni wobec ludzi potrzebujących ratunku.
Ależ my tym ludziom pomagamy! Z tłumu szturmującego naszą granicę uratowaliśmy już wiele osób, m.in. takie, które były ofiarami przestępców trudniących się handlem ludźmi. Dziś o wszystkich szczegółach nie możemy mówić, kiedyś opinia publiczna będzie mogła je poznać. Nigdy nie odmawiamy pomocy medycznej, jedzenia, ubrania. Schemat działania jest taki: najpierw sprawdzamy, czy osoby, które już przekroczą naszą granicę, są w dobrym stanie zdrowotnym, czy potrzebują opieki lekarza, a dopiero potem podejmujemy kolejne działania.
Czy funkcjonariusze pracujący obecnie na granicy białoruskiej to ludzie mieszkający w tym regionie? Są u siebie?
W dużej mierze tak. Mamy dwa oddziały chroniące granicę z Białorusią: podlaski i nadbużański. Dzisiaj są tam spore siły: 4,5 tys. funkcjonariuszy SG i 7,5 tys. żołnierzy WP działających na pierwszej linii, przy samej granicy. Mamy też nieocenione wsparcie WOT i policji. Do Podlaskiego Oddziału SG oddelegowani są również funkcjonariusze z pozostałych oddziałów SG oraz Komendy Głównej SG. Delegacje trwają po kilka tygodni. Rotacja jest konieczna, by dać odpocząć tym, którzy są tam ciągle i stykają się z sytuacjami, które do tej pory nigdy nie zdarzały się na polskiej granicy. I jeszcze jedno, to tam zdobywa się doświadczenie, którego nie da się zastąpić żadnymi szkoleniami ani ćwiczeniami.
Ciekawi nas, czy strażnicy, którzy pochodzą z tamtych terenów, mają poczucie, że bronią własnej ziemi, na której się wychowali, i że de facto biorą udział w wojnie?
Tak, to są ich małe ojczyzny, oni tam żyją i udzielają się nie tylko na płaszczyźnie służbowej. Jak mało kto mają świadomość, że to jest wojna hybrydowa. W „normalnym” czasie mieliśmy rocznie 300–400 prób przekroczeń na granicach Polski z Rosją, Białorusią i Ukrainą. W tym roku do lipca wszystko utrzymywało się mniej więcej w tych liczbach, ale latem zaczął się szturm i zanotowaliśmy już ponad 30 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy – 3,5 tys. w sierpniu, 7,6 tys. we wrześniu i ponad 17 tys. w październiku. Pierwsze dwa dni listopada to kolejne ponad tysiąc osób. Choćby po tych statystykach widać, że presja narasta i będzie narastała.
Co się dzieje, gdy straż graniczna spotyka w lesie grupę ludzi?
Uporządkujmy fakty. Najliczniejszą grupą są ci, którzy próbują przekroczyć granicę, ale im to naszymi działaniami uniemożliwiamy. Stan wyjątkowy i obecna zapora inżynieryjna z drutem concertina bardzo nam w tym pomagają. Takie osoby, gdy napotkają nasz opór, są zazwyczaj agresywne. Gdy jest ich dużo, pierwsza linia funkcjonariuszy ich nie zatrzyma, byłoby to zresztą niebezpieczne. Mamy jednak linię drugą i tam łapiemy już każdego. Nawet jeśli rozbiegają się w różnych kierunkach, jesteśmy na to przygotowani. Ponad połowę zatrzymywanych osób stanowią młodzi mężczyźni w wieku 19–35 lat.Jeśli nie potrzebują pomocy medycznej ani nie chcą się zwrócić o ochronę międzynarodową, są zawracani w kierunku granicy. Jako ciekawostkę dodam, że wiele z tych osób jest zdziwionych, że są w Polsce. Ktoś ich okłamał, że to już powinny być Niemcy.
Wiemy, kim oni są?
Legitymowanie często nie jest możliwe, gdy spotykamy w środku nocy grupę kilkunastu czy kilkudziesięciu mężczyzn. Zazwyczaj nie mają nawet dokumentów. Najważniejszy jest dla nas stan ich zdrowia oraz fakt, czy chcą się ubiegać o ochronę międzynarodową w Polsce. Jeżeli nie oczekują pomocy od naszego kraju, otrzymują postanowienia o opuszczeniu terytorium Polski i są doprowadzani do granicy. Deklaracje i oświadczenia, które składają, nie pozostawiają wątpliwości: w większości ich krajem docelowym są Niemcy, czasem Francja lub Szwecja. Nie ma to nic wspólnego z szukaniem przez nich bezpieczeństwa, jak próbuje nam się wmawiać. Po prostu świadczenia socjalne, które mogą dostać w tych krajach, są nieporównywalne z polskimi.
Są tacy, którzy chcą zostać u nas?
Takie osoby też się zdarzają. Nie wszyscy od razu to mówią. Ale nasi funkcjonariusze mają ogromne doświadczenie i z własnej obserwacji czy nawet strzępków słów są w stanie wywnioskować, czy mają do czynienia z kimś, kto realnie potrzebuje pomocy. Mieliśmy do czynienia z grupami osób, które prowadzone przez kurierów miały trafić do Niemiec, ale wyłuskaliśmy stamtąd tych, którzy byli prowadzeni wbrew swej woli. Wystarczy słowo, pewne zachowania, które my jesteśmy w stanie dostrzec, i od razu reagujemy. O ochronę międzynarodową musi się osobiście zwrócić cudzoziemiec, który jest już na terenie Polski, a nie przed linią granicy, choćby było to bardzo blisko, jak np. w Usnarzu.
Co tam dziś się dzieje? Ta wioska stała się symbolem kryzysu na granicy.
Nie ma tam nikogo. Zostało trochę namiotów, czasem pojawia się białoruski patrol.
Wróćmy do tych, którzy deklarują chęć pozostania w Polsce. Jaka jest dalsza ścieżka?
Proszę pamiętać, że Straż Graniczna przyjmuje wnioski o objęcie ochroną międzynarodową również od osób, które legalnie dostały się na terytorium Polski. W tym roku łącznie takie wnioski przyjęliśmy już od prawie 6 tys. osób – od tych, którzy dostali się na terytorium Polski drogą legalną oraz nielegalną, to już ponad dwa razy więcej niż rok temu. W strzeżonych ośrodkach jest ok. tysiąca osób, które złożyły wniosek o ochronę międzynarodową w Polsce. Cudzoziemcy, którzy nielegalnie przekroczą granicę, są przez nas zatrzymywani. Jeżeli chcą złożyć wniosek o ochronę w Polsce, to zwracamy się do sądu, który decyduje o umieszczeniu ich w strzeżonych ośrodkach. Tylko w ten sposób możemy ich sprawdzić pod kątem potencjalnego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa oraz porządku publicznego, potwierdzić tożsamość i po sprowadzeniu tłumacza przesłuchać. To jest konieczne, bo wśród tej masy ludzi mogą być tacy, którzy pracują dla obcych służb. Musimy być więc bardzo ostrożni, gdy już decydujemy się kogoś wpuścić do Polski. Takie osoby za naszym pośrednictwem składają wniosek o ochronę międzynarodową w RP do szefa Urzędu ds. Cudzoziemców.
Wydaje się, że tysiąc osób, które chce zostać w Polsce, to niewiele.
Bądźmy precyzyjni, mówimy tu tylko o osobach, które przekroczyły granicę nielegalnie z Białorusi do Polski, są w strzeżonych ośrodkach i zadeklarowały, że chcą złożyć wniosek o ochronę międzynarodową w Polsce. Ale od 18 sierpnia ub.r. Polska przyjęła prawie 19 tys. (dane do 31.10.2021) obywateli Białorusi, którzy zgłosili się albo do naszych placówek dyplomatycznych, albo złożyli deklarację na przejściu granicznym. Osobiście wydałem polecenie, by wszyscy obywatele Białorusi, którzy chcą wjechać do Polski, byli wpuszczani i mogli złożyć wniosek. To skuteczna droga. W tym czasie na „zielonej granicy” zanotowaliśmy tylko dwa przypadki nielegalnego przekroczenia przez Białorusinów. A przecież to są ludzie, których życie i zdrowie jest realnie zagrożone, reżim Łukaszenki jest dla nich naprawdę bezwzględny.
Mówi pan, że dla Mińska ten kanał przerzutowy ma, poza politycznym, cel zarobkowy. To rzeczywiście tak dochodowy interes?
Myślę, że mówimy o milionach dolarów. Nawet gdy odliczy się koszty połączeń samolotowych i opłacenie pobytu tych ludzi na terenie kraju. Widać też, że Mińsk ten przestępczy proceder rozwija. W ostatnim czasie się okazało, że za naszą wschodnią granicą zaczynają się pojawiać nawet przybysze z Kuby. Nie jest ich jeszcze wielu, ale połączenie zostało otwarte.
A ilu „turystów” na Białorusi wciąż czeka, by ruszyć na naszą granicę?
Według naszych służb od 15 do 20 tys., ale pamiętajmy, że te loty są kontynuowane, że oni nadal napływają. Należy w tym miejscu podkreślić, że mamy do czynienia z sytuacją precedensową. Po raz pierwszy na świecie otwarty został szlak przemytniczy, który wykorzystuje linie lotnicze w tak ogromnej skali.
I nie da się z tym nic zrobić? Nie pomoże Unia Europejska, sprawa dotyczy przecież granicy całej wspólnoty?
Jednym z rozwiązań jest, aby UE zwróciła uwagę na przewoźników lotniczych, którzy są zaangażowani w ściąganie nielegalnych imigrantów. UE powinna jasno powiedzieć: skoro bierzecie udział w tym haniebnym procederze, udostępniacie swoje samoloty reżimowi Łukaszenki do realizowania czarterów i uważacie, że to jest dla was najlepszy biznes, to może przestaniecie latać do Unii albo nad Unią? Nie wyobrażam sobie, by większość z tych linii taki sygnał zignorowała. A bez samolotów nie ma jak zasilić Białorusi nielegalnymi migrantami.
Na razie Europa wspiera nas bezobjawowo. Kończy się na komunikatach.
Straż Graniczna nie potrzebuje dziś fizycznego wsparcia Frontexu, choć współpracujemy z tą unijną agencją. Mało kto wie, że korzystaliśmy np. z jej zdjęć satelitarnych. Codziennie wymieniamy się informacjami. Wspólnie z Agencją Frontex organizujemy loty dla cudzoziemców, którzy otrzymali decyzje zobowiązujące ich do powrotu do krajów pochodzenia. Na przejściach granicznych non stop obecni są funkcjonariusze Frontexu. Tyle że zdolności operacyjne Frontex osiągnie dopiero za sześć lat. W ubiegłym roku to my szkoliliśmy pierwszą grupę ich funkcjonariuszy, bo wygraliśmy konkurs – okazało się, że zrobimy to najlepiej.
Jak wygląda współpraca z białoruską strażą graniczną? W końcu to nasza wspólna granica.
Trzeba przyznać, że do tej pory ochrona granicy przez Białorusinów była bardzo stabilna. Dzisiaj system się zmienił. Funkcjonariusze białoruscy biorą w przemytniczym procederze czynny udział i czerpią z tego korzyści. Stali się de facto przemytnikami, są ogniwem w tym łańcuchu. Teraz to tylko nasza strona chroni granicę polsko-białoruską. Początkowo zachowywano jeszcze jakieś pozory, był jakiś kamuflaż. To się skończyło, w biały dzień podjeżdżają samochodami, są umundurowani, podstawiają migrantów i odjeżdżają, nie kryją się. Czasem nawet przebierają w mundury tych cudzoziemców, co jest bardzo niebezpieczne, bo sprawia, że nie zawsze wiemy, z kim mamy do czynienia.
Jak ostatnio, gdy patrol spotkał trzech umundurowanych mężczyzn z długą bronią, którzy nocą przeszli na teren Polski.
Gdy zostali zauważeni, wezwaliśmy ich do identyfikacji specjalnym kodem. Wtedy oni przeładowali broń i po chwili konsternacji cofnęli się na stronę białoruską. To pokazuje, że żadna nasza ostrożność nie jest przesadzona. Ten konflikt eskaluje, wchodzimy na wyższy poziom napięcia na linii granicy. Po obu stronach mamy ogromne siły straży granicznej, wojska i policji. Ludzie są uzbrojeni w ostrą amunicję, działają pod ogromną presją. Po umundurowaniu widać, że są w tę operację zaangażowane także białoruskie służby specjalne.
W komunikatach czytamy co jakiś czas, że pojawiają się strzały. Ktoś próbuje was przestraszyć?
Rzeczywiście, co chwilę mam doniesienia, że nasze patrole słyszały wystrzały. I sprawa jest poważna, bo poza pojedynczymi strzałami pojawiały się serie z broni maszynowej. Ktoś może to zlekceważyć, ale wystrzelono też w kierunku naszego patrolu racę z pistoletu sygnałowego, która spadła dosłownie cztery metry od funkcjonariuszy. Po każdym takim przypadku piszę pismo do mojego białoruskiego odpowiednika z żądaniem wyjaśnienia.
Co pan czyta w odpowiedziach?
Ostatnio odpisał, że u nich broni nie używano, niczego nie odnotowano, nic takiego się nie zdarzyło. I tak jest w zasadzie za każdym razem. Pamiętacie panowie tę tragiczną sytuację, gdy na Bugu utonął cudzoziemiec? Też interweniowałem. I wtedy stwierdzono, że na linii granicy w ogóle nie odnotowano takiego zajścia.
Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o budowie trwałej bariery na granicy polsko-białoruskiej. Czy poza oczywistym uszczelnieniem ma to też być sygnał wysłany do krajów, z których przybywają cudzoziemcy, że przez Polskę przejścia nie ma?
Tak, to najważniejsza kwestia. Bardzo się cieszę, że ustawa została uchwalona przez Sejm i podpisana przez pana prezydenta. To dobra decyzja. Wysoka na pięć metrów konstrukcja zwieńczona drutem concertina już sama z siebie będzie lepiej chroniła naszą granicę i zapewne w zdecydowanej większości wyeliminuje próby przedzierania się do Polski, zwłaszcza gdy tę infrastrukturę wzmocnimy patrolami Straży Granicznej – wyślemy czytelny sygnał, że tutaj szlak został zupełnie zamknięty.
Jak bardzo zaawansowana będzie to konstrukcja?
Nie mogę zdradzić szczegółów technicznych, ale to będzie system połączonych z sobą czujników ruchu i kamer. w nocy, wyczuwających każdy ruch. Poza obecnym problemem przerzutu ludzi nie zapominamy też o przemycie towarów, z którym walczymy. Ta zapora praktycznie całkowicie go wyeliminuje.
Do kogo będzie należało ostatnie słowo, w jakie elementy ma być wyposażona ta bariera?
Tylko Straż Graniczna ma pełną wiedzę, czego tak naprawdę potrzeba, by granicę Polski maksymalnie uszczelnić, by ją realnie chronić. Wiemy, jakie należy zastosować rozwiązania techniczne, zaproponowaliśmy je i zostały one zaakceptowane. Bardzo cieszy mnie to, że politycy w tej kwestii opierają się na naszym doświadczeniu.
Straż Graniczna obchodzi 30-lecie istnienia. Wielu funkcjonariuszy, pan także, to ludzie mający duży staż pracy w terenie. Jak bardzo to doświadczenie pomaga w kierowaniu służbą w tych wymagających czasach?
Rzeczywiście, rozpocząłem służbę w 1992 r. w Bieszczadzkim Oddziale Straży Granicznej, w ramach służby wojskowej. Spędziłem tam półtora roku. Zaczynałem w plutonie wartowniczym. Później byłem pomocnikiem oficera operacyjnego oddziału. Tam się nauczyłem służby na mapach, na radiostacjach, koordynacji wymiany informacji w czasie działań granicznych. Zdecydowałem się zostać w SG. Moim pierwszym przydziałem była strażnica w Hermanowicach. Utkwiła mi w głowie pierwsza Wigilia w służbie. Pamiętam, że gdy w miejscowości Malhowice zobaczyłem w oddali światła w domach, krzątających się ludzi, naszła mnie refleksja, że to, co robimy, ma ogromne znaczenie. To, że my tu marzniemy, pozwala tym ludziom w domach spokojnie spędzać święta. Wtedy poczułem głęboki sens naszej służby. Zanim trafiłem do Komendy Głównej, byłem jeszcze chorążym operacyjnym, pracowałem na przejściu w Medyce i dopiero potem w sztabie i w kancelarii tajnej. Dlatego bawi mnie, gdy ktoś twierdzi, że wziąłem się znikąd, że tylko siedziałem za biurkiem.
Wróćmy do granicy i najtrudniejszego do upilnowania odcinka na Bugu – jak chce pan zapewnić tam szczelność?
Granica przebiega środkiem nurtu, więc na rzece nic nie postawimy. Ale Bugiem nie da się przekroczyć granicy tak dynamicznie jak na lądzie. Co możemy zrobić? Analizujemy możliwości skutecznego zastosowania najnowszych rozwiązań technologicznych do ochrony granicy państwowej, również z wykorzystaniem doświadczeń międzynarodowych w tym zakresie. Celem jest pozyskanie skutecznego narzędzia do zabezpieczenia tego odcinka. By być precyzyjnym, dziś w statystykach Bug nie jest problemem. Na prawie 30 tys. prób nielegalnego przekroczenia granicy z Białorusią w oddziale nadbużańskim mieliśmy tylko ok. 300.
Ten cały system składający się na nową barierę to będzie zupełna nowość dla Straży Granicznej?
Nie. M.in. w bieszczadzkim oddziale funkcjonuje perymetria między placówkami w Medyce i Korczowej. W tej chwili jest w trakcie odbiorów technicznych. To ponad 30 km instalacji, bez dodatkowego ogrodzenia. Kabel perymetryczny z detektorami zakopany w ziemi, pas orny, kamery z własnym zasilaniem itd.
Co ta perymetria nam daje? Jak to działa?
To system składający się z kabla wyposażonego w różnego typu sensory. On znajduje się praktycznie na linii granicy. Dalej jest pewna przestrzeń i system stacjonarnych kamer, na wysokości ok. 7 metrów. Stoją w odległości 100 metrów od siebie, każda „widzi” kolejną, a tym samym chroni ją przed zniszczeniem. Mają też możliwość komunikacji z kamerami na wyższych wieżach, kilkudziesięciometrowych, byśmy mogli natychmiast dostać szerszy obraz i zobaczyć, co się dzieje na większym obszarze. Dodatkowo te kamery reagują na sygnały z przewodu perymetrycznego, który zabezpiecza nas również przed podkopami, bo wyczuwa nawet mały ruch czy drgania.
A nie wyczuje ruchu żubra czy rysia?
Oczywiście. Jednak zanim system wejdzie do użytku, zostanie skalibrowany. I będzie wiedział, czy ma do czynienia z człowiekiem, czy ze zwierzęciem. Rozpozna też nasz patrol. Ponadto działa to w ten sposób, że kamera natychmiast przekazuje sygnał do centrali i u dyżurnego wyświetla się alert. To operator weryfikuje, czy należy podjąć działania. I w razie potrzeby informuje grupę szybkiego reagowania.
Wyłapiemy każdego?
Nie, bo nikomu to się nie udaje. Ale ograniczymy do minimum liczbę nielegalnych przekroczeń granicy. Kilka lat temu byłem zaproszony przez mojego amerykańskiego odpowiednika na granicę z Kanadą, widziałem, jak Amerykanie tam pracują, ich centrum operacyjne pod Waszyngtonem robi ogromne wrażenie. Ale my nie mamy się czego wstydzić.
Gdy w grudniu skończy się stan wyjątkowy, na granicy będzie już spokój?
Chciałbym, lecz to mało prawdopodobne. Mamy sygnały o tym, że część „turystów” wraca już z Białorusi do Bagdadu. Sprzyjać nam będzie pogarszająca się pogoda, efekty przynoszą nasze działania i zapowiedzi wzmocnienia granicy. Widzimy też na forach, na których komunikują się ci migranci, że są oni coraz bardziej sceptyczni, jeśli chodzi o możliwość dostania się do Polski. Miesiąc temu sami szacowali, że ok. 10 proc. ludzi jest w stanie wedrzeć się do naszego kraju. Dziś piszą już tylko o 1 proc. Ale musimy jeszcze chwilę poczekać, by się przekonać, czy Łukaszenka odpuścił. My szykujemy się na najtrudniejsze scenariusze.
Część mieszkańców strefy przygranicznej, mówiąc, że kieruje się sercem, pomaga w lasach ludziom, którym udało się przejść przez granicę. Pana zdaniem to dobrze czy źle?
Te organizacje, które działają przy granicy, nie zdają sobie sprawy, że mogą stać się narzędziem w rękach przestępców.
Ale pytamy o zwykłych ludzi, którzy ugotują zupę, zaniosą do lasu koce, ciepłe ubrania, powerbanki do komórek. Jakkolwiek by patrzeć, pomagając nielegalnym migrantom, łamią prawo, umożliwiają im ukrywanie się przed strażą graniczną. Lecz dla nich ważniejsze jest, by pomóc dzieciom w lesie. Jak pan to ocenia?
Większość ludzi w strefie rozumie tę ciężką sytuację, wspiera nas. Tej mniejszości chciałbym zadać jedno pytanie: dlaczego do nas nie zadzwonicie? My się nimi naprawdę zaopiekujemy. Jeśli ktoś będzie potrzebował pomocy, otrzyma ją od nas. Rozumiem odruchy serca, wrażliwość na krzywdę innych. Niektórzy nie zgadzają się z powstaniem strefy, inni chcieliby, żeby wszystkich wpuścić i później dopiero się zastanowić, z kim mamy do czynienia. Ale jeśli byśmy to zrobili, to dziś nie rozmawialibyśmy o 30 tys. ludzi, lecz o 300 tys., a może i milionie. Reżim Łukaszenki czerpałby z tego korzyści, a my byśmy za to płacili.
Widzi pan w tle tych „odruchów serca” politykę?
Trudno jej nie widzieć, skoro mieliśmy zachowania niektórych osób niepotrzebne i dalece nierozważne. Mój litewski odpowiednik sam zapytał: „Co się u was dzieje? U nas wszyscy są razem, opozycja krytykuje jakieś drobiazgi, ale zasadniczo wspiera rząd w obronie granicy”.
I co pan mu odpowiedział?
Że jest mi po prostu przykro, iż część społeczeństwa nie widzi zagrożeń, eskalacji tej agresji, że mamy czas próby. Dla mnie to wielki zawód, że nie jesteśmy w tym razem.
Wygramy tę wojnę?
Tak! Nie mam najmniejszych wątpliwości. Pytanie tylko, jak mocno poobijani z tego wyjdziemy. Mam tu na myśli nasze wewnętrzne spory. Ale na pewno to wygramy. Wiecie, skąd we mnie ta pewność? Nie obserwujemy, aby wśród funkcjonariuszy na granicy wzrosła liczba zwolnień lekarskich. Mimo tych nieprawdziwych informacji, że funkcjonariusze zaczynają odchodzić, na koniec roku będziemy mieć więcej przyjęć niż odejść. Ludzie chcą założyć mundur SG i to jest budujące.
De facto zostaliście zaatakowani z różnych pozycji – i z zewnątrz, i na scenie wewnętrznej.
Ale to nas nie złamie. Mimo ataków niektórych mediów funkcjonariusze stoją niezłomnie. Dostaję wiele esemsów od znajomych, których dawno nie widziałem. Piszą, byśmy dalej tak trzymali. Komendanci z placówek na pierwszej linii otrzymują z całej Polski maile, kartki, gdzieś kwiaty przyszły z podziękowaniami za nasze działanie. To tylko buduje. Musimy ochronić Polskę – naszą ojczyznę, która nas wychowała, dała pracę, a dziś mówi: „Sprawdzam, potrzebuję was!”. Po co walczyli nasi dziadowie, pradziadowie? Czy mamy zapomnieć, że jesteśmy spadkobiercami przedwojennej Straży Granicznej, Korpusu Ochrony Pogranicza? Będziemy chronić naszą ojczyznę i będziemy wierni rocie ślubowania: „Strzec nienaruszalności granicy państwowej, nawet z narażeniem życia”.
Wywiad z 45/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
