Wyrwa w twierdzy Tuska. Widzą to wszyscy, poza jej obrońcami
Wyrwa w twierdzy Tuska. Widzą to wszyscy, poza jej obrońcami

Donald Tusk osiągnął sukces. Zbudował twierdzę, gdzie okopał się jego wcale niemały żelazny elektorat. To „załoga Rudego”, która zbyt wiele zainwestowała w poparcie swojego dowódcy, by teraz się łatwo wycofać. Jednak po wybuchu szpitalnej afery w Warszawie na niewzruszonej dotąd konstrukcji pojawiło się poważne pęknięcie. Widzą je wszyscy poza obrońcami twierdzy. Co „Pierwszy Kierownik” zrobi, by jego towarzysze pozostali ślepi jeszcze choćby przez rok z okładem?
Z czego zbudowana jest twierdza Tuska
Marek Migalski w opublikowanym niemal równo trzy lata temu artykule w „Rzeczpospolitej”, przypisał głównie wyborcom Prawa i Sprawiedliwości pojęcie „domknięcia poznawczego”. Opisała je w latach 90. zeszłego wieku para psychologów Arie Kruglanski i Donna Webster. Były europoseł, którego zresztą wybrał elektorat PiS, skrótowo określił ten mechanizm psychologiczny, jako charakterystyczny dla ludzi, chcących „szybkich i pewnych wyjaśnień (nawet jeśli nie są one prawdziwe)”. Dlatego, jak można się było dowiedzieć z tekstu, wyborcy PiS żyją w kłamstwie i są odporni na prawdziwe argumenty.
Zastosowanie wspomnianej teorii w taki sposób jest efektowne, bo proste jak linijka. Opiera się na ciągle skutecznej kontrze: My wykształceni z aglomeracji vs. Oni – nieuki ze wsi.
To główny budulec twierdzy Tuska. Tożsamość. Zaproszenie do środka dostają ci, którzy chcą uchodzić za bystrych, otwartych, uśmiechniętych i zamożnych - no, po prostu „fajnych”. Nikt z nich nie będzie się przecież utożsamiał z jakimiś „wieśniakami z Podkarpacia”, choćby nawet stamtąd pochodził.
„Wierzę w Donalda Tuska”
Jeśli już jesteś wewnątrz twierdzy, obowiązują cię zasady tam panujące. Przede wszystkim masz być wierny temu, co głosi „Najfajniejszy”. Po drugie masz nienawidzić wrogów spoza twierdzy. Na taką postawę jest również określenie w psychologii. To „poznanie chroniące tożsamość”. Nie powinno się go przypisywać jednej wybranej grupie. Jednak ten mechanizm jasno tłumaczy zachowanie „uśmiechniętych”. „Poznanie chroniące tożsamość”, jak pisze autor tej teorii Dan Kahan, skłania do „selektywnego uznawania i odrzucania dowodów zgodnie ze schematami odzwierciedlającymi przekonania dominujące w ich grupie”. A wszystko to w imię obrony tożsamości.
Podobny sposób myślenia biegnie w poprzek podziałom uwzgledniającym wykształcenie, płeć czy pochodzenie. I wcale nie jest właściwy tylko starcom niewrażliwym na postęp i dorosłym absolwentom podstawówek.
Przykładem może być skądinąd znakomita aktorka Joanna Szczepkowska. Niemal równo rok temu mówiła w Trójce:
"Wierzę w Donalda Tuska. Nie dam sobie powiedzieć, że to człowiek, który ma jakieś tam złe intencje".
W kolejnym zdaniu usprawiedliwiała działania swojego idola, który przecież musi „włamywać się do prawa”, by naprawić to, co popsuł PiS. Sama zresztą tego nie wymyśliła, to narracja obowiązująca od pierwszych dni rządzącego obozu.
Szczepkowska do dziś nie uznaje również wyników wyborów prezydenckich, nazywając Karola Nawrockiego „rezydentem”. Obstaje twardo przy triku Tuska wymyślonym na potrzeby przykrycia klęski wyborczej, choć już sam autor tej bzdury dawno o niej zapomniał.
„Mimo wszystko to bardzo zła wiadomość”
Z drugiej strony nawet tak lojalny obrońca twierdzy nie może przejść obojętnie wobec szpitalnej afery.
"To jednak mimo wszystko bardzo zła wiadomość. Nie chodzi tylko o tego lekarza ani o system, który rzeczywiście powinien być już uzdrowiony. Chodzi chyba najbardziej o etos moralny, w jaki ufamy stronie liberalnej. Chodzi więc najbardziej o tych, którzy z tego pokoju i ścieżek na skróty korzystali. Nazwiska powinny być podane do naszej wiadomości i wierzę, że tak będzie, niezależnie od tego, kto to jest i jakie stanowisko pełni. Póki co, wygląda na to, że nie będzie zamiatania pod dywan
- napisała artystka w czerwcu na facebookowym koncie. Oczywiście pani Joanna zastrzegła wcześniej, że ta afera to pryszcz w porównaniu z tym, co robił PiS, niemniej coś w murach twierdzy złowieszczo zatrzeszczało. Zwłaszcza, że pod wspomnianym „dywanem” coraz więcej wszystkiego.
Mury wciąż mocne, ale dziur pełno
Oczywiście, daleko jeszcze do sypiącego się gruzu z wałów obronnych. Statystyki KO w sondażach wciąż trzymają się mocno, a kto z dotychczasowych sojuszników nie chciał iść w tempie dyktowanym przez koalicyjnego przywódcę, z trudem przedziera się teraz przez próg wyborczy, albo i to dla niego za wysoko.
Tak czy owak Kierownictwo musi działać. Gdy mury zagrożone, finezja idzie na bok. Waldemar Żurek poci się, by nadążyć z wykonywaniem rozkazów. Wie, że musi dopaść Ziobrę lub przynajmniej Romanowskiego, aby zadowolić twardy elektorat swojego pryncypała. Żurkowi można nawet współczuć, bo po ustawieniu sobie praworządności według własnych potrzeb, coraz częściej zdarza się sędzia, co to odmówi wydania Europejskiego Nakazu Ścigania lub wyśmieje „aferę dwóch wież”. I w dodatku nie są to neosędziowie, tylko ci z nominacją „od naszych”.
W poszukiwaniu "kontrafery"
Został jeszcze jeden bastion - prokuratura. Ta ma przynajmniej wdzięczną pamięć i zgodnie z przyjętą linią prowadzi śledztwo ws. Szpitala Południowego bez zawrotnych prędkości. Wiarygodny świadek zdążył złożyć bardzo ponure zeznania, główny bohater afery zdążył już wydać oświadczenie, grożąc pozwem swoim oskarżycielom, NIK opublikował raport o „porządkach” panujących w placówce, a broniący lekarza-milionera mec. Jacek Dubois z nudów sam pogania śledczych, by przesłuchali jego klienta.
Prokuratura porusza się jednak z godnością, zgodnie z zasadą, co nagle to po diable. Dlatego wciąż „w najbliższym czasie nie ma w planach” przesłuchania Dawida Kacprzaka. I nawet jeśli sprawa trafi do sądu, to wyroku raczej nie ma się też co spodziewać przed wyborami. Zresztą Rafał Trzaskowski uspokoił już swoich żelaznych wyborców, że salonu VIP nie było w Szpitalu Południowym. Był jedynie pokój dla wtajemniczonych, gdzie przyjmowano po przejściu przez drzwi z zamkiem na kod.
Oczywiście nie cała prokuratura Żurka pracuje w jednym rytmie. Śledczy innych pionów nie tracą czasu i dzielnie grzebią w archiwach w poszukiwaniu "kontrafery".
Funkcjonariusze najeżdżają więc o 6 rano byłego szefa Polskiej Fundacji Narodowej, by odgrzać sprawę sprzed blisko dekady, zastanawiając się, czy postąpił zgodnie ze statutem fundacji, czy nie do końca. Robią przy tym rabanu na cały kraj, krzycząc o sprawiedliwości dla wszystkich.
Prokuratura wraz z policją zbadała też grunt w Trybunale Konstytucyjnym, wchodząc do gmachu TK w dniu Zgromadzenia Ogólnego Sędziów. Na razie to jedynie pokaz siły, pozostającej mocno w kontraście do niemocy ws. przesłuchania lekarza i radnego KO.
To musi runąć
Na odsiecz twierdzy przybywa również niezawodny Roman Giertych. Poseł KO też nie bawi się w ceregiele. Rzuca to, co obrońcy twierdzy chcą usłyszeć ku pokrzepieniu serc. Choć wszyscy w Centrali zastanawiają się, jak niwelować skutki afery i w wyścigu z „gangreną” obcinają swoje struktury po kawałku, mec. Giertych w ogóle nie widzi problemu. Jaka afera? Wyborcy mecenasa uśmiechają się jak zwykle pogodnie, czytając jego wpisy na platformie X, gdzie starannie wymieszane fakty z przekłamaniami są podawane w formie kawału o Radiu Erewań i rowerach, których to nie rozdają, ale je kradną. Żart z czasów głębokiej komuny, ale widać ciągle skuteczny.
Swoisty sukces Tuska w budowie twierdzy na gorsze czasy jest zatem niepodważalny. A im bliżej wyborów, tym jej obrońcy będą uzbrajani w coraz to mniej wymagające argumenty, łącznie z tymi siłowymi. Ale do tego wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić słuchając naszych uśmiechniętych elit od Sikorskiego, poprzez Komorowskiego i Wałęsę, po Tuska.
Tusk zbudował twierdzę, która wprawdzie wciąż trzyma się mocno, ale nie da się łatać coraz liczniejszych dziur zaprawą z mrocznych wspomnień o PiS. To musi runąć. Dobrze byłoby jednak, żeby nikt na jej gruzach nie odnosił podobnego sukcesu i nie budował po wyborach podobnych wałów dla swoich partyjnych fanatyków. Nieważne, kogo wspierających.
