Unijna rozgrywka o „kwestię polską”Unijna rozgrywka o „kwestię polską”. "Pięć lat kampanii, dziesiątki debat, rezolucji, żądań, napomnień, gróźb"

Trzeba przyznać, że w całym sporze Polski z Brukselą Orbán zachowuje się powyżej standardów, jakie można by uznać za normalne, nawet między zaprzyjaźnionymi krajami.
Komisja Europejska pod wodzą Ursuli von der Leyen uprawia w „kwestii polskiej” taktykę lawirowania pomiędzy gniewem i furią eurodeputowanych a sceptycznymi obiekcjami przywódców państw unijnych.
W ciągu ostatnich dni mogliśmy zaobserwować ciekawe różnice w podejściu głównych unijnych instytucji do sporu z Polską.
Niewątpliwie najbardziej przewidywalny jest Parlament Europejski, w którym centrolewicowa większość zafiksowała się nie od dziś na pragnieniu dopadnięcia i ukarania państwa polskiego. A jeśliby porównać natężenie namiętności europosłów obecnie i przed pięcioma laty, kiedy „kwestia polska” po raz pierwszy stawała na agendzie europarlamentu – to dopiero widać skalę wzrostu rozdrażnienia i szewskiej pasji, jaka ogarnia to gremium, ilekroć mowa jest o naszym kraju. Ideologiczna wrogość wobec rządzącej w Polsce prawicy legła niegdyś u źródeł owej pasji. Jednak ta wrogość nie tłumaczy w pełni obecnej furii i gniewu dopadających europosłów, przynajmniej tych, którzy w polską kampanię angażują się z poświęceniem od jej samego początku.
Furia i frustracja europarlamentu
Po pięciu latach tej kampanii europarlament musi mieć dojmujące poczucie politycznej niemożności w „kwestii polskiej”. Dziesiątki debat, rezolucji, żądań, napomnień i gróźb, kierowanych zarówno w stronę rządu polskiego, jak i Komisji Europejskiej oraz przywódców państw nie wywołały realnego efektu. W ciągu tego długiego czasu nie udało się doprowadzić do zmiany władzy w Polsce ani nawet nie udało się pozbawić jej poparcia społecznego w kraju. Nie udało się nakłonić Rady Europejskiej, aby użyła swego prawa do napiętnowania Polski za „stałe i poważne naruszanie wartości” ( jak głosi traktat). I ciągle nie udało się obłożyć Polski tymi sankcjami, które miały nas „finansowo zagłodzić”, pod żadnym z kilku możliwych i wypróbowywanych w praktyce tytułów prawnych. To tylko z perspektywy polskiej może się wydawać, że Warszawa nieustannie znajduje się pod straszną presją albo nawet „ma pistolet przyłożony do głowy” ( jak mówi ostatnio Morawiecki). Trzeba na moment być zdolnym do empatii wobec europosła Verhofstadta albo europosłanki Barley, aby pojąć, jak bardzo ich obecna furia i gniew mają korzenie w poczuciu przewlekłej bezsilności.
W ich oczach Warszawa prowadzi w Unii „mroczną grę” (wedle określenia Verhofstadta), która na dodatek przynosi polskim władzom sukcesy. A europarlament ma wcale niebłahe polityczne powody, aby coraz bardziej agresywnie i nerwowo reagować na taki stan rzeczy. Najpierw dlatego, że Polska stała się dlań poletkiem doświadczalnym, dowodzącym, iż nawet głęboka i pełna pasji solidarność większości europejskich partii z opozycją w jednym z krajów członkowskich nie jest wystarczającym narzędziem do ułatwienia odsunięcia znienawidzonego rządu i przejęcia władzy. A to jest świadectwo politycznej słabości europarlamentu w hierarchii unijnej władzy.
Europosłowie doskonale przecież mają w pamięci nie tak dawne zdarzenia, zaledwie sprzed dekady, kiedy Komisja Europejska, na życzenie Berlina i Paryża, zdmuchiwała w ciągu kilku dni rządy Grecji i Włoch, z łatwością doprowadzając tam do nominacji unijnych funkcjonariuszy na nowych premierów. To zatem, co było możliwe, gdy stanowczo chciały tego rządy dwóch najsilniejszych państw unijnych, teraz okazuje się niewykonalne, gdy przez tyle lat nalega na to demokratycznie wybrany europarlament. Posłowie są więc przekonani, i dają temu zresztą publicznie wyraz, iż Komisja tylko udaje, że chce polskiej opozycji otworzyć drogę do władzy, Berlin i Paryż są zaś niemal całkowicie obojętne wobec zdeterminowanej akcji europarlamentu.
Nic dziwnego zatem, że przewodniczący europarlamentu, włoski socjalista David Sassoli, skarży formalnie Komisję Europejską pod wodzą von der Leyen o… celową bezczynność w „kwestii polskiej”, co zdaniem większości deputowanych jest przejawem oportunizmu KE, będącego faktycznym współuczestnictwem w rujnowaniu „unijnych wartości”. Paradoks sytuacji polega na tym, że luksemburski Trybunał Sprawiedliwości UE ma teraz do rozpatrzenia jednocześnie dwa akty oskarżenia w zasadzie o tę samą rzecz. Jeden wniosła w kwietniu Komisja Europejska przeciw Polsce, a drugi – europarlament wnosi właśnie teraz przeciw KE. Gdy zaś idzie o rządy, to tłumioną furię w europarlamencie musiała wzbudzić uwaga rzucona publicznie przez Merkel w Brukseli (podczas spotkania pożegnalnego z premierem Belgii), że:
Unijni partnerzy Polski powinni odejść od konfrontacji, a zamiast tego rozmawiać z rządem w Warszawie, aby znaleźć rozwiązanie trudności we wzajemnych stosunkach
Furię tłumioną, gdyż mimo wszystko, choć Merkel wystąpiła tu w roli otwartego krytyka taktyki politycznej europarlamentu, to publiczne wylewanie złości na odchodzącą w aurze szacunku niemiecką kanclerz kłóciłoby się z polityczną poprawnością.
Co więcej, europosłom wyraźny zawód sprawia także ostatnio Macron, o którym było wiadomo, iż nie tylko prawicowego rządu w Warszawie nie lubi, ale że wielokrotnie nie miał zahamowań, aby deprecjonować generalnie rolę Polski w Europie. Jednak teraz, w obliczu kwietniowych wyborów prezydenckich, gdy francuska opinia publiczna jest bodaj najbardziej eurosceptyczna w całej Unii, wszyscy kontrkandydaci Macrona zaś przyjaźnie wypowiedzieli się co do istoty wyroku polskiego Trybunału Konstytucyjnego, przecieki z Paryża coraz częściej wskazują, iż nawet tamtejsze władze straciły entuzjazm dla projektu nakładania sankcji na Warszawę. To wszystko sprawia, że „kwestia polska” stała się (poza wszystkim innym) także pretekstem dla rozgrywki o władzę i porządek dziobania wewnątrz Unii.
A trzeba pamiętać, że co najmniej od czasu wejścia w życie traktatu lizbońskiego w roku 2009 Parlament Europejski na różne sposoby i przy wielu okazjach próbuje w trybie precedensów poszerzyć swój wpływ na unijną politykę, co widać choćby przy awanturach o obsadę unijnych urzędów, batalii o narzucenie Europie progresywnej ideologii, konflikcie pomiędzy ideą „dużego” i „małego” budżetu unijnego czy sporach o europejską politykę wschodnią. Deputowani mają przy tym co najmniej jeden silny argument ustrojowy po swojej stronie. W końcu europarlament jest jedyną władzą unijną pochodzącą z bezpośrednich demokratycznych wyborów, a ciągle jego ustrojowa supremacja, która powinna wynikać z logiki demokratycznej, w realiach Unii pozostaje iluzją. „Kwestia polska” miała dowieść, że jednak iluzją nadal nie będzie, ale tymczasem dowiodła ( jak dotąd)… czegoś dokładnie odwrotnego. Łatwo zrozumieć furię i gniew eurodeputowanych, którzy muszą mieć poczucie ignorowania ich politycznej roli nie tylko przez przywódców państw, ale nawet przez KE, przynajmniej w teorii zależną od europarlamentu.
Komisja Europejska, czyli za, a nawet przeciw
Tymczasem Komisja Europejska pod wodzą von der Leyen uprawia taktykę lawirowania pomiędzy gniewem i furią deputowanych a sceptycznymi obiekcjami przywódców państw. Gdy przychodzi do politycznej retoryki, zwłaszcza na forum europarlamentu, to (tak jak ostatnio na sesji w Strasburgu) von der Leyen podejmuje licytację z posłami o to, kto okaże się werbalnie bardziej stanowczy wobec Warszawy. Dlatego właśnie strasburska odpowiedź szefowej Komisji na ostrą w tonie mowę Morawieckiego robiła wrażenie „rozmowy ze ścianą”. Von der Leyen w ogóle nie reagowała na argumentację polskiego premiera, ale „gadała swoje”, czyli to, co chcieli usłyszeć i tak wściekli na nią deputowani.
Niech pan wykonuje zalecenia przekazane Polsce
– pokrzykiwała na Morawieckiego, zaraz potem grożąc trzema karnymi procedurami: przed Radą Europejską, przed Trybunałem Sprawiedliwości UE oraz przed samą Komisją Europejską (czyli blokadą funduszy w imię tzw. warunkowości budżetu).
Tyle tylko, że wszyscy dobrze wiedzą, iż po pierwsze – nic nie wskazuje, aby Rada (czyli rządy państw unijnych) zamierzała kontynuować rozpatrywanie oskarżenia przeciw Polsce, wniesionego jeszcze przez poprzednią Komisję pod wodzą Junckera. Po drugie – że luksemburscy sędziowie zastosowali już wszystkie możliwe środki przeciw Polsce, a zostało im jeszcze tylko rozpatrzenie polsko-węgierskiej skargi na „warunkowość budżetu”, którą zapewne odrzucą, być może z jakimiś zastrzeżeniami co do treści owych „warunków”, jakie mogą być stawiane krajom członkowskim. A zatem, że po trzecie – wszystkie realne narzędzia sankcji przeciw Polsce trzyma dziś właśnie Komisja, która może (praktycznie bezkarnie) blokować wypłatę pieniędzy z funduszu odbudowy pod byle jakim formalnym pretekstem albo nawet pójść na ową „trzecią wojnę światową”, czyli w imię „warunkowości budżetu” zacząć na serio „głodzić” Polskę, blokując całość środków na politykę spójności i politykę rolną. Ale po brukselskim szczycie, który odbył się 21–22 października, wszystko wskazuje na to, iż takich kroków Komisji nie życzą sobie ani Merkel, ani Macron. Mało prawdopodobne, aby taką chęć miał okazać przyszły kanclerz Scholz, który teraz jest nawoływany przez nieprzyjazną rządowi polskiemu niemiecką prasę, aby w swą pierwszą podróż wybrał się nie do Paryża, lecz do Warszawy, by w ten sposób, w dzisiejszych kryzysowych warunkach, „zasygnalizować niemiecką odpowiedzialność za Europę Wschodnią” (cytat z monachijskiej „Süddeutsche Zeitung”). Krótko mówiąc, gdzie jak gdzie, ale w niemieckiej elicie panuje niepokój co do zaostrzania się polskiego kryzysu.
Ostra mowa strasburska Morawieckiego i jeszcze ostrzejszy jego wywiad dla „Financial Timesa” dodatkowo komplikuje sytuację von der Leyen. Morawiecki jasno mówi, że w razie sankcji „będzie bronić Polski wszelkimi dostępnymi metodami”, a ta zapowiedź natychmiast ewokowała w Europie dywagacje nad hipotezą polskiego weta przy uchwalaniu nowego pakietu klimatycznego, co Komisję, dla której jest to niemal kwestia życia i śmierci, wprowadziłoby w nie lada tarapaty. Co prawda wygląda na to, że w europejskich kancelariach nie dowierza się, iż to Warszawa mogłaby się zdecydować na taką „trzecią wojnę światową” (ten cytat z wywiadu Morawieckiego zrobił w Europie prawdziwą karierę), jednak po prawdziwym krótkim spięciu w Strasburgu i wywiadzie w „FT” nie jest to już wcale aż tak oczywiste.
„Mechanizm warunkowości budżetu”
Dodatkowego kłopotu narobił jeszcze szefowej Komisji Tusk, który najpierw przypętał się do Brukseli, ale co gorsza – po powrocie do Polski oznajmił, niejako „za Komisję” i „w jej imieniu”, że ta nigdy na serio nie rozważała ani prawdziwej blokady budżetu dla Polski, ani sankcji finansowych. Tusk w istocie zadenuncjował von der Leyen przed wszystkimi jej wrogami z Parlamentu Europejskiego (i nie tylko), umacniając przekonanie, iż zawsze prowadziła ona tylko pozorowaną grę przeciw Polsce, a w istocie chodzi na pasku dyrektyw, które odbiera ciągle jeszcze od swej patronki i przyjaciółki Angeli Merkel. Paradoksalnie ta „denuncjacja” Tuska może zmusić von der Leyen do pokazania, iż tak w istocie nie jest. Trudno powiedzieć, czy Tusk dość niepoważnie próbował dowieść, iż nadal gra jakąś rolę w decyzjach dotyczących „kwestii polskiej” w Brukseli, czy też bardzo przemyślnie skalkulował, że swoją denuncjacją może zwiększyć szanse na jakieś kolejne kroki Brukseli przeciw Polsce. Jedno jest pewne, że wtrącając się w taki sposób w cały konflikt, z pewnością nie ułatwił kompromisu pomiędzy Morawieckim i von der Leyen.
Pomocą dla von der Leyen, w trudnej pozycji między Scyllą rozzłoszczonych europosłów i Charybdą ostrożnych przywódców państw, stało się nałożenie w ubiegłą środę przez luksemburskich sędziów kary na Polskę z powodu dalszego działania Izby Dyscyplinarnej, na przekór lipcowemu „zarządzeniu tymczasowemu” sławetnej sędzi Lapuerty. Stało się to na wniosek Komisji, a zatem trudniej teraz oskarżać von der Leyen o celową bezczynność. Ten krok był już od dawna wkalkulowany w taktykę postępowania rządu polskiego i nie jest jakoś szczególnie dokuczliwy dla Warszawy, zważywszy wielekroć powtarzane deklaracje o rychłej, zamierzonej przez PiS likwidacji tej izby. PiS nie chce tylko tego robić nagle i „na rozkaz”, ale w ramach szerszej kolejnej reformy, już kilka razy zapowiadanej przez Kaczyńskiego.
Sama konstrukcja tego rodzaju kar nakładanych na państwa jest prawniczą zagadką, jako że luksemburski Trybunał broni dziwnej teorii o otwartym charakterze tego swojego uprawnienia, tzn. braku potrzeby jego umocowania w traktatach. Ale tak czy owak to spodziewane posunięcie Trybunału nie zrobiło większego wrażenia na władzach w Warszawie, o czym może najlepiej świadczy reakcja zausznika szefa PiS – Terleckiego.
O matko! Strasznie jakoś panikujecie
– rzucił on do zasypujących go pytaniami dziennikarzy. W Brukseli są świadomi takiego podejścia rządu polskiego.
Dużo poważniejszym problemem jest cały czas „mechanizm warunkowości budżetu”, na który zresztą, co do zasady, zgodził się swego czasu Morawiecki. Zapewne jest tylko kwestią czasu, kiedy ów „mechanizm” wejdzie w życie, najpóźniej po legalizującym go orzeczeniu luksemburskich sędziów. Presja europosłów, aby nie pozostał on tylko na papierze, będzie ogromna, bo liderzy Parlamentu Europejskiego traktują to rozwiązanie jako swoje największe polityczne osiągnięcie w walce nie tylko o narzucenie Europie wspólnej, obowiązującej ideologii, ale także o własną pozycję polityczną w procesie decyzyjnym wewnątrz instytucji unijnych. Gdyby istotnie było tak, jak mówi Tusk – tzn. że Komisja tylko udaje, że chce ów „mechanizm” zastosować wobec Polski (a to nie jest całkiem pewne, ale dość prawdopodobne), to problemem dla Morawieckiego może się stać inny scenariusz, oczywiście lepszy dla Polski, ale kłopotliwy dla naszych relacji z Węgrami.
Trzeba przyznać, że w całym sporze Polski z Brukselą Orbán zachowuje się powyżej standardów, jakie można by uznać za normalne, nawet między zaprzyjaźnionymi krajami. Po prostu opowiada się ostatnio za interesami Polski w każdych okolicznościach, i to bez względu na wynikające stąd dla Węgier ryzyko. Jest całkiem możliwe, że von der Leyen zechce przekierować ostrze „warunkowości” z Warszawy na Budapeszt, tym bardziej że w Brukseli ciągle się podkreśla, iż w przeciwieństwie do Polski Węgry mają na sumieniu przypadki korupcji co do funduszów europejskich. Takie przekierowanie ostrza miałoby z perspektywy politycznych wrogów Orbána bardzo pragmatyczny sens. W kwietniu na Węgrzech są wybory, które Orbán może przegrać, bo idzie na razie z centrolewicową opozycją łeb w łeb. Przy takiej relacji unijne pieniądze mogłyby się stać czynnikiem rozstrzygającym o wyniku wyborów, a wtedy, jeśliby Orbán został pokonany, cała europejska centrolewica miałaby w końcu jakieś poczucie sukcesu i realnego wpływu na politykę w naszym regionie.
W razie takiego scenariusza wcale nie będzie oczywiste, czy należy jak najszybciej dążyć do rozejmu w polskich relacjach z Komisją, nie licząc oczywiście na ocieplenie z europarlamentem, które w tym rozgorączkowanym gronie nie jest możliwe. Czy też kontynuować batalię, tym razem w obronie funduszów należnych Węgrom.
*Artykuł z 44/2021 numeru tygodnika „Sieci”
