The day after...The day after...

Przypominam tytuł amerykańskiego "filmu grozy" przedstawiającego świat godziny po wybuchu bomby atomowej nieprzypadkowo. W polskiej polityce bowiem ta specjalna bomba jądrowa eksplodowała w piątek. A teraz mamy właśnie może już nie "jeden dzień po". Stało się oczywiście tak, jak miało się stać.
Dla wszystkich uważnie śledzących polską scenę polityczną było bowiem jasne, że takie cięcie będzie miało miejsce. Polityczna logika bowiem była tu prosta: lepiej doprowadzić do rozwodu, nawet bardzo ostrego, pięć kwartałów przed wyborami niż pięć miesięcy przed nimi. To kwestia minimalizowania strat. To.kwestia prostego rachunku strat i zysków. Zero zdziwienia zatem.
Oczywiście boli. Trudno, żeby było inaczej. Boleć musi. Jednak jeśli TVP w likwidacji zaprasza do komentowania rozłamu w PiS polityków koalicji 13 grudnia, obu skądinąd z dość specyficznymi zaszłościami: pana senatora Kwiatkowskiego i pana posła Gomolę i stawia przed nimi miskę pełną popkornu z sugestią, że niby teraz ci z koalicji rządowej już nic nie muszą robić tylko oglądać bratobójcze walki na prawicy i żreć, co im na Woronicza podetknieto — to ja się nawet cieszę!
Cieszę się, bo wiem, że ci Państwo ze swoją pychą kroczącą przed upadkiem i tanim "Schadenfreude", mającym zasłonić największą katastrofę w służbie zdrowia w historii post-PRL-owskiej tak naprawdę, wbrew swoim intencjom i uzasadnionym strachom, torują drogę władzy prawicy. Nawet prawicy podzielonej. AKAPIT. Jasne, że Mr d'Hondt jest nieubłagany i że premiuje największe ugrupowania, te liczące powyżej czy 30, a najlepiej 40 procent. To jasne.
Jednocześnie jasne jest też, że koalicja 13 grudnia poszła w wyborach Anno Domini 2027 w trzech blokach — i je politycznie wygrała. Politycznie, bo utworzyła rząd, choć arytmetycznie wygrało je Prawo i Sprawiedliwość. Czy zatem prawica podzielona na 4 formacje jest skazana na porażkę? Nie, absolutnie nie. Czy zwiększyła swoje szanse na wygraną w ostatni weekend? Wielu mówi, że wręcz przeciwnie, ale to trochę wróżenie z fusów,"gdybologia", bo tak naprawdę dopiero w październiku/listopadzie 2027 (jeszcze nie wiadomo, kiedy będą u nas wybory, choć u sąsiadów przez morze — Skandynawów daty parlamentarnej elekcji są znane... parę lat z góry !) będziemy mogli ocenić, jakie są realne konsekwencje tego największego rozłamu na polskiej prawicy w dziejach III i IV RP.
Nie będę w tym miejscu ani hipokrytą, ani nie będę naiwny — także dlatego, że czytają nas ludzie doprawdy znający się na polityce — zatem nie będę apelował o powstrzymanie wzajemnych ataków. Niestety, brzmi to szlachetnie, ale jest mało realne. Na pewno jednak nie wolno przekreślać szans na współprace ani teraz — w obecnej kadencji, w tym parlamencie, ani zwłaszcza w przyszłej kadencji — w rządzie Rzeczypospolitej.
